zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 18 sierpnia 2022

recenzja: Paradise Lost "Believe in Nothing"

18.03.2001  autor: Margaret
okładka płyty
Nazwa zespołu: Paradise Lost
Tytuł płyty: "Believe in Nothing"
Utwory: I Am Nothing; Mouth; Fader; Look at Me Now; Illumination; Something Real; Divided; Sell it to the World; Never Again; Control; No Reason; World Pretending
Wykonawcy: Nick Holmes - wokal; Gregor Mackintosh - instrumenty klawiszowe, gitara; Aaron Aedy - gitara; Steve Edmondson - gitara basowa; Lee Morris - wokal, instrumenty perkusyjne
Wydawcy: EMI
Premiera: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Nie będę ukrywać, że Paradaje od niepamiętnych czasów odgrywają niezwykle ważną (w zasadzie najważniejszą) rolę w moim muzycznym życiu. Nic więc dziwnego, że każda ich kolejna płyta z góry skazana jest na moje uwielbienie. Jednak nawet rajscy maniacy czasem z niepokojem oczekują nowego dzieła swej ukochanej grupy. Bo czego należało spodziewać się po "Believe in Nothing"? Jeszcze śmielszego zanurzenia się w otchłani elektronicznych dźwięków? Nie zaprzeczam, "Host" mi się podoba(ł), jednak niewątpliwie był on trudny do zaakceptowania dla zwolenników tradycyjnych gitarowych brzmień. Panowie krytycy nie żałowali złośliwych uwag - Paradajom bez przerwy zarzucano komercjalizację, gwiazdorstwo, zdradę, kopiowanie Depeche Mode... Na dobrą sprawę chyba już nikt nie wierzył (no może poza małymi wyjątkami), że powrócą jeszcze kiedyś do ciężkich gitar, do przepięknych solówek. Ale Oni nie byliby sobą, gdyby pozwolili się rozgryźć, gdyby nie zaskoczyli... Już widzę te miny bezdusznych krytyków, którzy dwa lata temu postawili nad nimi krzyżyk. Czy teraz będą mieli odwagę odszczekać te wszystkie brednie? A fani? Czy uwierzą w gitarowe nawrócenie swego ukochanego zespołu?

"Believe in Nothing"... niby niedorzeczny zlepek słów, a jednak po głębszym przemyśleniu dochodzi się do zupełnie innych wniosków. Uwierzyć w nic, w coś, co nie istnieje, w coś, w co wszyscy już dawno temu zwątpili. Uwierzyć raz jeszcze w Paradise Lost, w to, że to oni nadają kształ muzyce i stylowi, a nie odwrotnie (przypuszczenia, że po "Host" można nagrać już tylko album techno-dyskotekowy). To, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem - Angole powrócili do tradycyjnego instrumentarium, przypomnieli sobie i słuchaczom, co znaczy mieć dwie gitary w zespole. Na "Believe in Nothing" poza kilkoma, wręcz sekundowymi fragmentami nie ma miejsca na elektroniczne bajery (brzmienie jednak jest bardzo nowoczesne). Zamiast loopów i sampli słychać ciężką gitarę Aarona (nareszcie o sobie przypomniał!) i - uwaga - cudowne, niepowtarzalne SOLÓWKI Gregora (przepiękne "ikonowo-dracońskie" czasy - choćby "Mouth", "Illumination", "World Pretending"). Nie ulega wątpliwości - TAK może grać tylko JEDEN zespół. Wyczarowywać tak urzekające melodie (Gregor jak Ty to robisz??), kreować TAK czarowny klimat, pełen melancholii, smutku i głębi ("Illumination", "World Pretending" - kwintesencja rajskiego stylu), lecz jednocześnie jakiejś ukrytej nadziei, jakiegoś nieokreślonego buntu ("Control", "Sell it to the World").

Mimo powrotu do gitar nie można tak do końca mówić o "Believe in Notning" jako o kontynuacji "ikonowo-drakońskich" klimatów. Owszem - solówki, niepowtarzalny nastrój są niewątpliwie bardzo podobne, jednak Paradaje nie skopiowali chwalebnej przeszłości, nie pozostali obojętni na to, co dzieje się na współczesnej scenie mocnego uderzenia. Brzmienie tej płyty jest nieco inne - bardziej nowoczesne, a do tego potężne, klarowne. Mocne fragmenty mają w sobie więcej "brudu", zadziorności ("Control", "Mouth" "No Reason", fragmenty "Look at me Now", "Sell it to the World") niż gotyckiego ciężaru i mistycyzmu (vide "Icon"). Nie sposób nie wspomnieć o licznych urozmaiceniach, które dodają tej muzyce uroku - choćby "filmowy", wręcz symfoniczny wstęp "Divided" (smyczki, trąbki, fortepian) czy skrzypcowe solo w "Never Again". No i oczywiście nie można zapomnieć o narratorze tej dźwiękowej opowieści. Nick Holmes kolejny raz stanął na wysokości zadania, a nawet ponad tą wysokość. Można śmiało powiedzieć, że wokale w Paradise Lost jeszcze nigdy nie brzmiały tak profesjonalnie, jeszcze nigdy nie były tak dojrzałe i urozmaicone. Nick jak zwykle urzeka swą specyficzną barwą - raz delikatną (zwrotki "Look at me Now"), innym razem niezwykle przejmującą, pełną niespotykanej ekspresji i głębi ("Illumination", "World Pretending") lub dla odmiany nacechowaną buntem i zadziornością ("Sell it to the World", "Mouth"). W "Control" natomiast wokal został nieco zniekształcony, udziwniony. Holmes śpiewa czysto i bardzo pewnie, po raz kolejny udowadniając, że jest świetnym wokalistą. Na oddzielną uwagę tradycyjnie zasługują jego teksty - doskonale współgrające z dźwiękową zawartością dzieła. Niezwykle poruszające, prawdziwe, pełne metafor, niedomówień, zaangażowania. Z tych wszystkich elementów Angole kolejny raz wyrzeźbili prawdziwe dzieło sztuki, wyjątkową płytę, która znów potwierdza ich wyjątkową pozycję w świecie cięższych (tak, tak!) dźwięków.

Do tego albumu przylgnęły juz rozmaite etykietki - iż jest to powrót do lat doskonałości, że to "Host" z gitarami albo brakująca część dyskografii - pomost między "Draconian Times" a "One Second"... Takich opini będzie pojawiało się coraz więcej. I tak naprawdę niewiadomo, czy znajdzie się taka jedna uniwersalna, która będzie w stanie odzwierciedlić zawartość "Believe in Nothing". Jedno za to jest pewne - Paradise Lost nagrali kolejną fantastyczną płytę, nie podlegającą żadnym klasyfikacjom. Płytę utrzymaną w ich niepowtarzalnym klimacie, lecz jednocześnie inną od tego, co stworzyli do tej pory. Kolejny raz zaskoczyli, nie pozwolili się zaszufladkować. Kolejny raz roztrzaskali ramy, którymi za wszelką cenę próbowano oprawić ich twórczość. Rajska magia nadal działa. Tego zaklęcia już nie można cofnąć... Zapomnij zatem o wszystkim, co do tej pory przeżyłeś i widziałeś. To nigdy nie istniało. Uwierz w coś, czego nie możesz pojąć. Uwierz w Nic!

Komentarze
Dodaj komentarz »