zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 25 lutego 2021

recenzja: Redemption "Snowfall On Judgement Day"

19.03.2011  autor: tjarb
okładka płyty
Nazwa zespołu: Redemption
Tytuł płyty: "Snowfall On Judgement Day"
Utwory: Peel; Walls; Leviathan Rising; Black and White World; Unformed; Keep Breathing; Another Day Dies; What Will You Say; Fistful of Sand; Love Kills us All / Life in One Day
Wykonawcy: Ray Alder - wszystkie instrumenty; Nick van Dyke - gitara; Sean Andrews - gitara basowa; Greg Hosharian - instrumenty klawiszowe; Chris Quirarte - instrumenty perkusyjne; Bernie Versailles - gitara
Wydawcy: Inside Out Music
Rok wydania: 2009
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Żeby było jasne - tak, jestem ignorantem. Za diabła nie interesuje mnie, czy ta muzyka ma w sobie cokolwiek świeżego. Nikt nie zmusi mnie też do zastanawiania się, ile tym chłopakom brakuje instrumentalnie do klasy Dream Theater, bo tego po prostu nie czuję. Jedyne, co się dla mnie liczy, to fakt, że "Snowfall on Judgement Day" pod względem ogólnej przyjemności, wynikającej z obcowania z muzyką, zmiata z powierzchni ziemi całą progmetalową konkurencję od czasów "Paradise Lost" Symphony X.

Przyznam, że wcześniej nie przepadałem za tym zespołem. Twierdziłem nawet, że Ray Alder (od wielu lat jeden z moich absolutnych, wokalnych ulubieńców) najzwyczajniej w świecie się tam marnuje. Tak wspaniały głos zasługiwał na lepszy materiał, nawet nie po to, żeby miał czas na popisywanie się, bo to nie tego typu wokalista, ale żeby chciało się tego słuchać jeszcze i jeszcze. A tu nic, jakoś muzyka z poprzednich płyt Redemption do mnie nie trafiała. Lider formacji, gitarzysta Nick van Dyke, który od listopada 2008 roku zmaga się z nieuleczalną chorobą krwi, znacznie rozwinął się jednak artystycznie przez dwa lata, jakie minęły od wydania "The Origin of Ruin". Fani progresywnego metalu dostali do swoich rąk album o niebo lepszy, niż poprzednie dokonania grupy, stanowiący udaną mieszankę klimatów Dream Theater i Fates Warning, podanych w tym razem naprawdę smacznym sosie a la Redemption.

Co znajdziemy na płycie? Dziesięć piosenek, z których dwie to klasyczne, rozbudowane, progmetalowe kompozycje, a cała reszta oscyluje gdzieś między prog i heavy, z naciskiem na bogatą aranżację tego pierwszego gatunku i przystępność oraz przebojowość drugiego, dzięki czemu trafią w gusta nie tylko miłośników progresywnych dźwięków. Oczywiście są wśród nich kawałki różnego sortu. Zdecydowanie najlepszy jest początek albumu. Potężny "Peels" już samym instrumentalnym wstępem zapowiada, że mamy do czynienia z wielkim dziełem. Świetne riffy, wspaniały refren i sześć minut doskonałej, muzycznej roboty. Także "Walls" i "Leviathan Rising" z wplecionymi wstawkami m.in. z relacji telewizyjnych z wydarzeń na placu Tiananmen to piosenki, do których będzie się z przyjemnością wracać przez długie lata. Nie tylko dlatego, że pełne są progmetalowego mięsa naprawdę wysokiej jakości - po prostu znakomite melodie i riffy gonią się tutaj nawzajem.

Po tych trzech wspaniałościach następuje to, co na "Snowfall on Judgement Day" najpiękniejsze. Pierwszy z dłuższych utworów, "Black and White World", który rozpoczyna delikatne solo na pianinie. Jeśli po przesłuchaniu wydanej niewiele wcześniej "Black Clouds & Silver Linings" zastanawialiście się, jak brzmiałoby "The Count of Tuscany", gdyby muzycy Dream Theater nie poszli na całość i zmieścili się w dziesięciu minutach, to posłuchajcie tego kawałka - robi właśnie takie wrażenie. Ja wiem - tekst jest przesłodzony do bólu, ale "Black and White World" ma w sobie to coś, co sprawia, że aż chce się śpiewać kolejne wersy wraz z Rayem. Nick van Dyke skomponował dzieło, które kiedy trzeba czaruje fantastycznymi partiami instrumentalnymi, by chwilę później wyciskać łzy. Sądząc po reakcjach wielu znanych mi fanów progresywnego metalu, ten utwór z pewnością przejdzie do klasyki gatunku.

Również wśród zamieszczonych dalej kompozycji jest w czym wybierać. Wystarczy posłuchać bazującego na nietypowym riffie "Unformed" lub utrzymanego w powerballadowym klimacie "What Will You Say". Fajnie słucha się też drugiego kawałka z balladowym refrenem - "Keep Breathing", choć nie ma już aż takiego polotu. Mniej przypadły mi do gustu najostrzejsze obok "Peel" i "Leviathan Rising" kawałki "Fistful of Sands" oraz "Another Day Dies", co jest o tyle ciekawe, że w tym drugim śpiewa sam James LaBrie z Dream Theater. Ostatni raz słyszeliśmy go w duecie z Rayem na płycie "Parallels" Fates Warning, czyli osiemnaście lat wcześniej. Wtedy jednak wokaliści zaproponowali nam zupełnie inne dźwięki. Być może fani nowocześniejszych odmian metalu będą mieli inne zdanie, ale dla mnie te dwa utwory nieco burzą ogólne wrażenie. Bez nich ten ponad siedemdziesięciominutowy album byłby znacznie bardziej zwarty i łatwiejszy do przełknięcia.

Zaraz po "Fistful of Sands" przechodzimy jednak do finału w postaci "Love Kills us All / Life in One Day", czyli najdłuższego nagrania na płycie. Jako całość nie robi wprawdzie aż tak dobrego wrażenia, jak "Black and White World", ale fragmentami jest naprawdę piękne. Przywołuje niekiedy specyficzny klimat słodkiego rocka z lat osiemdziesiątych, choć może to być tylko moje odczucie. Niestety nieco zmarnowano tutaj potencjał, jaki miało potężne uderzenie partii instrumentalnej po klimatycznym wstępie do kompozycji. Poszczególne części utworu moim zdaniem nie przechodzą między sobą aż tak płynnie, jak powinny. Nie zmienia to jednak faktu, że po wyłączeniu odtwarzacza kończąca płytę melodia długo jeszcze pozostaje w uszach.

Parę słów na koniec. Na pochwałę zasłużył Greg Hosharian, który zastąpił przy keyboardzie Nicka van Dyke'a, pozwalając mu skupić się na gitarowych popisach. Znany z zespołu Vendetta, flirtujący z muzyką filmową klawiszowiec pozytywnie wpłynął na brzmienie Redemption. Co istotne, odnajduje się zarówno w momentach klimatycznych, jak i w progresywnych galopadach. Takie połączenie Kevina Moore'a i Jordana Rudessa, choć nie odważę się porównywać tych muzyków pod względem technicznym. Swój kunszt potwierdził także perkusista Chris Quirarte, którego gry słucha się naprawdę przyjemnie. Ogólnie odnosi się wrażenie, że muzycy nareszcie poukładali wszystkie klocki we właściwy sposób, co może spowodować spory skok naprzód w rozwoju grupy, zakładając oczywiście, że ze zdrowiem Nicka van Dyke'a będzie wszystko w porządku. "Snowfall on Judgement Day" to moja ulubiona metalowa płyta roku 2009 i z czystym sumieniem daję jej 8 na 10.

Komentarze
Dodaj komentarz »