zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 25 lutego 2021

recenzja: Rhapsody "Rain Of A Thousand Flames"

2.05.2002  autor: Taim
okładka płyty
Nazwa zespołu: Rhapsody
Tytuł płyty: "Rain Of A Thousand Flames"
Utwory: Rain Of A Thousand Flames; Deadly Omen; Queen Of The Dark Horizons; Tears Of A Dying Angel; Elnor's Magic Valley; The Poem's Evil Page; The Wizard's Last Rhymes
Wydawcy: Limb Music Products
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Kiedy usłyszałem, że muzycy Rhapsody określają własną muzykę mianem "Hollywood metal", moją pierwszą reakcją był krzywy uśmieszek. Fakt faktem, wszystkie albumy były tzw. epickie, ale taka nazwa to lekka przesada. Jednak po zapoznaniu się z "Rain Of A Thousand Flames" zaczynam zmieniać zdanie. Cały album (EP) od początku do końca sprawia wrażenie, jakbyśmy we własnej wyobraźni oglądali film, a muzyka prowadziła nas przez kolejne sceny. Prawie każdy utwór wykonany jest z wielkim rozmachem, muzyka przechodzi ze smutnych melodii, przez heavy metalowe granie w doniosłe partie symfoniczne. Po przesłuchaniu tej płyty określenie "Hollywood metal" nie wydaje się już takie przesadzone.

Samo "Rain Of A Thousand Flames" jest tylko EP, a nie pełny album, to taki wypełniacz przed czwartą płytą, która powinna pojawić się już w lutym. Ale co ta za EP! Gdyby każdy mini-album reprezentował taki poziom, jak to wydawnictwo, świat byłby o wiele lepszy. Łączna długość nagrań wynosi 42 minuty, mamy siedem utworów i w dodatku każdy nowy! Żadnych odnowionych starych wersji, editów, czy wersji demo.

Jedyną "normalną" kompozycją jest tytułowe "Rain...", gdzie mamy do czynienia z typowym heavy/ power metalowym grzaniem, oczywiście podpartym orkiestrą. Są dwa przerywniki trwające niecałe dwie minuty, przy czym "Elnor's Magic Valley" wydaje się jakby żywcem wyjęty ze średniowiecza. Dwa najdłuższe kawałki na płycie - "Queen of The Dark Horizons" oraz "The Wizard's Last Rhymes", każdy trwający ponad 10 minut - są znakomitym połączeniem metalu z symfonią. Muzycznie coś pomiędzy "Symphony of Enchanted Lands" a "Dawn of Victory". W pierwszym znajdziemy fragmenty muzyki z horroru "Phenomena", w drugim natomiast z "Symfonii Nowego Świata" Antoni Dvoraka. Wygląda, jakby Rhapsody momentami przesuwało się w klimaty a'la Therion. Kompozycje nie są już aż tak wesołe, jak to miało miejsce wcześniej (melodyjne oczywiście dalej są), częściej słyszymy chór. Trochę dziwnym utworem jest "Tears Of A Dying Angel". Niemal całą jego długość zajmuje monolog narratora, lamentującego nad nadchodzącą tragedią, ładnie to współgra z muzyką, momentami jednak brzmi trochę śmiesznie, ale to tylko moje wrażenie. Właściwie jedyną rzeczą, do której można się przyczepić, jest krótki fragment, kiedy rolę narratora przejmuje kobieta. Zadaje się, iż jest ona Włoszką i ma nieciekawy akcent, efekt jest raczej słaby. Ciekawy motyw znajdziemy w "Queen...", pod koniec muzyka zmienia się w takie dziwne granie, niby z lat 80, ale... to trzeba usłyszeć, nigdy wcześniej Rhaposdy czegoś takiego nie zrobiło. Bardzo zaciekawił mnie wokalista, tym razem nie śpiewa tak czysto jak wcześniej, jest bardziej agresywnie i nie tak melodyjnie (podobnie jak w "Holy Thunderforce" tylko wolniej). Nie zdominowało to jednak wszystkich partii wokalnych. Na pewno natomiast Fabio Lione jest jednym z lepszych wokalistów na scenie power, czy heavy metalowej.

"Rain Of A Thousand Flames" jest albumem dobrym, nawet bardzo dobrym. Mimo tego, iż wystawiłem wysoką ocenę, wydawnictwo to nie jest dla kogoś, kto twórczości Rhapsody dotąd nie poznał. Nie jest to typowy albumu i lepiej zacząć od "Symphony of Enchanted Lands" albo "Dawn of Victory". Dla fanów natomiast pozycja obowiązkowa i nikt nie powinien być zawiedziony. W dodatku wydawca deklaruje, że album ma być wyjątkowo tani. Nie wiem jak to będzie w Polsce, ale w Niemczech kosztował 25 marek i jest to chyba trochę mniej, niż normalnie.

Komentarze
Dodaj komentarz »