zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 1 marca 2021

recenzja: The Rolling Stones "A Bigger Bang"

6.09.2005  autor: RJF
okładka płyty
Nazwa zespołu: The Rolling Stones
Tytuł płyty: "A Bigger Bang"
Utwory: Rough Justice; Let Me Down Slow; It Won't Take Long; Rain Fall Down; Streets of Love; Back of My Hand; She Saw Me Coming; Biggest Mistake; This Place Is Empty; Oh No, Not You Again; Dangerous Beauty; Laugh, I Nearly Died; Sweet Neocon; Look What the Cat Dragged In; Driving Too Fast; Infamy
Wykonawcy: Mick Jagger - wokal, gitara, gitara basowa, harmonijka, pianino; Keith Richards - gitara, wokal, gitara basowa, pianino; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Virgin Records, EMI Records
Rok wydania: 2005
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Osiem długich lat kazali nam czekać na swoją nową płytę. Ostatni studyjny album The Rolling Stones, "Bridges to Babylon", ukazał się w 1997 roku. Jednak zespół nie zaprzestał działalności koncertowej. W 2002 roku grupa ruszyła w trasę z okazji czterdziestolecia działalności. Trasie nie towarzyszył jednak nowy album, a jedynie dwupłytowe wydawnictwo "Forty Licks", na którym znalazło się 36 najlepszych nagrań z lat 1964-1997 oraz cztery zupełnie nowe piosenki zarejestrowane latem 2002 roku. Wtedy też pojawiły się plotki o rychłym nagraniu nowej płyty. Zespół twierdził, że ma gotowych blisko 30 nowych utworów i być może jeszcze następnego roku do sklepów trafi nowy krążek. Niestety, były to tylko plotki. Co prawda, co jakiś czas z obozu The Rolling Stones dobiegały informacje, że grupa pracuje nad nowym materiałem, ale nie przynosiły one żadnych konkretów. Latem 2004 roku okazało się, że sprawa nie wygląda wcale tak różowo. Do, dobiegających od czasu do czasu wiadomości, o walce gitarzysty Ronniego Wooda z alkoholowym uzależnieniem, dołączyły hiobowe wieści o zdiagnozowaniu u perkusisty Charliego Wattsa raka krtani. Przez moment mogło się wydawać, że los nowego albumu zawisł na włosku. Jednak już po raz kolejny w ponad czterdziestoletniej historii zespołu okazało się, że Stonesi potrafią wyjść nawet z największej opresji. 10 maja 2005 roku na tarasie prestiżowej szkoły muzycznej Juilliard w Nowym Jorku zespół zorganizował, z typowym dla siebie rozmachem, konferencję prasową, podczas której ogłosił, że w sierpniu tego roku ruszy w kolejną światową trasę, a zaraz potem wyda nowy album.

Jaki jest "A Bigger Bang"? Z jednej strony zaskakujący, a z drugiej dokładnie taki, jakiego można było się spodziewać. Zaskakujący, bo zespół pomimo zeszłorocznych perypetii jest w znakomitej formie, a jednak płyta zawiera wszystkie składniki, które dotąd determinowały albumy Stonesów. Otwierający krążek utwór "Rough Justice" to typowy "rocker", których jest przynajmniej kilka na każdym krążku Kamieni. Tu jeszcze są "Oh No, Not You Again" (mający swoją koncertową premierę podczas pamiętnej konferencji), czy "Driving Too Fast". Nie mogło też zabraknąć stylizacji innych gatunków: funkujący "Rain Fall Down", trochę soulowy "She Saw Me Coming", czy mająca już długą tradycję na płytach The Rolling Stones stylizacja country w "Biggest Mistake", tu przywołująca na myśl utwór "Dead Flowers" z klasycznego albumu "Sticky Fingers". Jakieś murzyńskie wibracje ma w sobie znakomity "Laugh, I Nearly Died". Natomiast w "Back of My Hand" zespół powraca do swoich bluesowych korzeni, grając zupełnie tak, jakby znajdował się w chicagowskim studiu Chess, u progu lat sześćdziesiątych.

Jeszcze przed wydaniem płyty zrobiło się głośno o utworze "Sweet Neocon", który miał być ostrą krytyką rządów George'a W. Busha. Rzeczywiście, Mick Jagger nie szczędzi ostrych słów pod adresem przywódcy Stanów Zjednoczonych, śpiewając "You say you are a patriot / I think that you're a crock of shit", jednak pod względem muzycznym jest to jeden ze słabszych punktów płyty. Podobne jak trochę rozmyta ballada "Streets of Love".

Na każdej płycie The Rolling Stones swoje kila minut ma Keith Richards. Te na "A Bigger Bang" są wyjątkowo udane. Ballada "This Place Is Empty" czerpie dużo z tradycji amerykańskiej piosenki, a zamykający płytę utwór "Infamy" ma w sobie jakiś niepokój, charakterystyczny dla rockowej alternatywy przełomu lat 70. i 80.

Płyta "A Bigger Bang" jest znacznie surowsza w brzmieniu od wielu poprzednich krążków Stonesów. Zespół ograniczył skład muzyków sesyjnych do niezbędnego minimum, pozbywając się, często obecnych w ich muzyce instrumentów dętych, czy smyczkowych. Na płycie nie ma też, w przeciwieństwie choćby do "Bridges to Babylon", eksperymentów z elektroniką. Zostali tylko czterej członkowie grupy, współpracujący z nimi nieprzerwanie od 1993 roku basista Darryl Jones, oraz kilku okazjonalnych gości.

Czy można zaprezentować coś zupełnie nowego będąc obecnym na scenie nieprzerwanie od 43 lat i mając na koncie ponad dwadzieścia płyt? Może i można, ale po co, skoro to, co się robi najlepiej, wychodzi bardzo dobrze i nie potrzebuje poprawek? "A Bigger Bang" nie jest albumem przełomowym. Przełomowe były płyty "Aftermath" (1966), "Beggars Banquet" (1968), "Let It Bleed" (1969), czy "Sticky Fingers" (1971). "A Bigger Bang" to zbiór szesnastu dobrych piosenek, pokazujący, że tak naprawdę nie trzeba mieć młodej metryki, aby być młodym duchem. Widać, panowie wzięli sobie do serca słowa wypowiedziane przez Pete'a Townshenda w 1989 roku podczas wprowadzenia The Rolling Stones do Rock'n'Roll Hall of Fame: "Cokolwiek robicie nie zestarzejcie się z godnością. To by do was nie pasowało". "A Bigger Bang" udowadnia, że o to nie musimy się martwić.

Komentarze
Dodaj komentarz »