zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 20 maja 2024

recenzja: Theatre Of Tragedy "Velvet Darkness They Fear"

14.02.2000  autor: Margaret
okładka płyty
Nazwa zespołu: Theatre Of Tragedy
Tytuł płyty: "Velvet Darkness They Fear"
Utwory: Velvet Darkness They Fear; Fair And Guiling Copesmate Death; Bring Forth Ye Shadow; Seraphic Deviltry; And When He Falleth; Der Tanz Der Schatten; Black As the Devil Painteth; On Whom The Moon Doth Shine; The Masquerade and the Phoenix
Wydawcy: Massacre Records, Morbid Noizz
Premiera: 1996
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Nigdy nie przekonałam się do debiutanckiej płyty Theatre Of Tragedy. I ten dystans pozostał do dziś. Wciąż uważam, że był to kolejny wtórny krążek, a muzyka jaka go wypełniała zbyt mocno kojarzy się z pewnymi (wiadomo jakimi) grupami. Ponieważ pierwsze wrażenie zwykle jest bardzo ważne i czasem trudno zatrzeć niemiłe wspomnienia, długo zwlekałam przed zapoznaniem się z kolejną płytą Theatreów. W końcu "Velvet Darkness they Fear" pojawił się obok mnie. Bez większego entuzjajzmu postanowiłam jednak zaryzykować, by sprawdzić, kogo zespół skopiuje tym razem...

Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast bezmyślnego powielania Paradise Lost czy My Dying Bride do moich uszu rozlała się niezwykle majestatyczna, uczuciowa i wzniosła muzyka. Owszem, Theatre Of Tragedy nadal pozostawał pod wpływem swych poprzedników, ale jednocześnie ukazał coś dotąd nieznanego, coś zarezerwowanego tylko dla nich. Zestawienie mocnego, surowego growlingu Raymonda z pięknym sopranem Liv Kristine zaczęło nasuwać skojarzenia z piękną i bestią. Dziś tego typu rozwiązania wokalne nie są zbyt oryginalne, a często wręcz męczące i zbyt oczywiste, ale w momencie ukazania się "Velvet Darkness They Fear" było to w jakimś stopniu nowe i niepowtarzalne. Nie nowatorskie, wszak już wiele zespołów wcześniej stosowało podobny patent. "Velvet Darkness They Fear" był na pewno jednym z pierwszych albumów, na których tak odważnie wykorzystano kobiecy głos. Wcześniej śpiewająca dama w zespole doomowym była raczej ciekawostką, dodatkowym uzupełnieniem, tu natomiast sopran na równi współistnieje z growlem. Świat kontrastów - po prostu... Podobna rzecz ma się z dźwiękami. Delikatne klawisze splecione z ciężkimi, doomowymi gitarami, pełne romantyzmu melodie, okryte całunem mroku... Ta muzyka to teatr, sztuka, poezja. Przypomina dotyk uśpionej nocy, kwiecisty poemat, okraszony wonią namiętnej erotyki... Mnóstwo w tym wszystkim rozmarzenia, bliżej nieokreślonej tęsknoty, piękna, głębi... Tą płytą Theatre Of Tragedy udowodnił, że Norwegia ma wiele twarzy, a mroczny black metal tak naprawdę jest tylko jedną z nich. Udowodnił także (właściwie przede wszystkim), że mimo niezaprzeczalnych inspiracji (zresztą od pewnych wzorców trudno uciec, ktoś zawsze jest pierwszy...) potrafi wykreować wyjątkowy klimat, własny niepowtarzalny styl. I trudno się z tym nie zgodzić obserwując współczesną "klimatyczną" scenę. Trudno nie dostrzec, że to właśnie Teatr Tragedii stał się jedną z największych inspiracji dla nieco młodszych wykonawców.

Nie ma wątpliwości, że obecie "Velvet Darkness they Fear" to klasyka "klimatycznego" grania. Nie ma wątpliwości, że ta płyta zapewniła Theatre'om wyjątkową pozycję w bardziej wrażliwych serduszkach. I nie ma wątpliwości, że właśnie tu zespół się odnalazł, tworząc coś absolutnie przepięknego, monumentalnego i ujmującego. A pomyśleć, że z takim sceptyzmem podchodziłam do tego dzieła...

Komentarze
Dodaj komentarz »