zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 26 maja 2019

recenzja: Vangelis "Oceanic"

6.04.2002  autor: Wickerman
okładka płyty
Nazwa zespołu: Vangelis
Tytuł płyty: "Oceanic"
Utwory: Bon Voyage; Sirens' Whispering; Dreams Of Surf; Spanish Harbour; Islands Of The Orient; Fields Of Coral; Aquatic Dance; Memories In Blue; Song Of The Seas
Wykonawcy: Vangelis - instrumenty klawiszowe
Wydawcy: Eastwest, Warner Music
Rok wydania: 1996
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Metal jest piękny. Można na okrągło zasłuchiwać się w tych cudownych riffach, solówkach, wysokich wokalach. Można ciągle słuchać tych wspaniałych kompozycji. Tych epickich opowieści, tych horrorów, tych wszystkich rzeczy, o których traktują heavymetalowe teksty. Nie trzeba od niego odpoczywać, bo sam w sobie jest cudownym odpoczynkiem. Nie nudzi się. Jest zawsze piękny. Z uniesioną głową w swej metalowej koronie kroczy dumnie w glorii i chwale pośród niedobitków niewiernych. Jest niepokonany, wieczny, nieśmiertelny. Jest wspaniały. Jest nasz...

Ale czasami jednak przychodzi ochota na posłuchanie czegoś innego. Niektórzy gustują w rapie, inni w dance, jeszcze inni słuchają techno młócki. Ale są tacy, którzy wolą posłuchać muzyki lżejszej, spokojniejszej. I ci ludzie mogą zrozumieć fenomen Vangelisa. Otóż pan ten, Grek, teraz już po sześćdziesiątce, od trzydziestu lat nagrywa instrumentalną muzykę z szerokim wykorzystaniem syntezatorów. To jego twórczość po raz pierwszy ochrzczono "muzyką elektroniczną". Czasami pojawiały się chóry, czasami wokaliści (zarówno parający się muzyką klasyczną, jak i popularną), czasami orkiestry. Ale muzyka ta zawsze była piękna. Bardzo obrazowa i ciekawa. Dlatego też Vangelis wielokrotnie robił muzykę do filmów (na przykład do świetnego "Blade Runnera"). Większość jego albumów to muzyka filmowa... z tym że jeszcze nikt nie nakręcił do nich filmu...

"Oceanic" jest stosunkowo młodym albumem Mistrza. Nie oznacza to, że gorszym. Vangelis zawsze trzyma wysoki poziom. Ten album nagrał "z miłości" do oceanów. Zainspirowany ich pięknem, stworzył muzykę obrazową, oddziałującą na wyobraźnię, urzekając swym kunsztem i perfekcją. Już wystarczy spojrzeć na tytuły, żeby określić tematykę. Album trwa 50 minut z sekundami. Dominują na nim długie, pięcio-siedmio minutowe suity o wyrafinowanym brzmieniu, orkiestrowych aranżacjach i niesamowitym klimacie. Kaskady harfy imitują fale, a delikatny fortepian wraz ze smyczkowym tłem tworzą przed naszymi oczyma morski pejzaż. Już otwierający album "Bon Voyage" zwiastuje, że nie jest to zwykła płyta. Słuchając jej usłyszymy śpiew syren, pływać będziemy przy koralowych rafach, tańczyć na dnie oceanu. Odgłos szumu fal towarzyszy nam przez większość czasu. Może się wydawać, że muzyka ta jest, dzięki używaniu jedynie klawiszy, zimna, odhumanizowana, nieciekawa. Nic bardziej mylnego. Zadziwiające jest, że TYLKO z użyciem syntezatorom Vangelis stworzył tak niesamowite dzieło. Człowiek-orkiestra. To jest bardzo nastrojowa muzyka. Praktycznie nie ma tu perkusji. Bębny pojawiają się jedynie w kilku momentach. Jest to muzyka niewątpliwie trudna, lecz gdy ją zrozumiemy, to wyda nam się naprawdę piękna.

Najlepszym miejscem do delektowania się tym albumem byłaby niewątpliwie śródziemnomorska plaża. Zachód słońca, delikatny szum fal, "Oceanic" i piękna dziewczyna. Ale na razie pozostaje mi słuchać tej płyty w domowym zaciszu, bo śródziemnomorskiej plaży w naszym klimacie nie uświadczę. W obecnych warunkach najlepszym miejscem jest własny pokój. Po północy. Przez słuchawki. A plaża musi jeszcze poczekać... Ale niewątpliwie doczeka się... Niedługo...

Komentarze
Dodaj komentarz »