zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 26 maja 2019

recenzja: Virgin Steele "Invictus"

14.12.2000  autor: Arch Angel
okładka płyty
Nazwa zespołu: Virgin Steele
Tytuł płyty: "Invictus"
Utwory: The Blood Of Vengeance; Invictus; Mind, Body, Spirit; In The Arms Of The Death God; Through Blood And Fire; Sword Of The Gods; God Of Our Sorrows; Vow Of Honour; Defiance; Dust From The Burning; Amaranth; A Whisper Of Death; Dominion Day; A Shadow Of Fear; Theme from "The Marriage of Heaven & Hell"; Veni, Vidi, Vici
Wykonawcy: David DeFeis - wokal, instrumenty klawiszowe; Edward Pursino - gitara, gitara basowa; Frank Gilchriest - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 1998
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Często spotykam się z opiniami, że to co nie jest ekstremalne nadaje się co najwyżej do słuchania przez staruszki. Dzięki ostatniemu nawałowi kapel power metalowych, muzyka ta stała się bardzo popularna, a co za tym idzie komercyjna i ociera się o zły smak. Zastanawia mnie tylko czy ci, którzy twierdzą, że klasyczny metal to tylko banda wykastrowanych chłopczyków w białych koszulkach, mają jeszcze resztki słuchu, aby dosłuchać się podstaw muzyki, jakże prostej i jakże potężnej, i wciągającej!

Całe życie słuchając Manowar i dziesiątek zespołów, które ich kopiowały, miałem dość już w kółko tych samych trzech akordów. Szukałem, błądziłem między death metalem a hard rockiem, aby odnaleźć brzmienie, które by mnie tak powaliło, jak "Fighting The World" Królów Metalu na początku mej ekstazy i agonii.

Wybawienie przyszło niedawno. Przeszukując metalowe strony i radia kolejną noc z rzędu, natrafiłem kolejny raz na nazwę, która się często pojawia na ustach fanów heavy metalu. Mowa tu o Virgin Steele. Kiedyś usłyszałem ich jeden czy dwa utwory i nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Ale co tam, aby się upewnić, że to kolejna kicha kupiłem jedną kasetę. Był to "Invictus". Płyta wydana w 1998 roku przez dwóch niezwykle mieszających w świecie ciężkiego grania ludzi: Davida DeFeisa i Edwarda Pursino.

Początek to przechwałka Pra-Boga, o tym jak ma zamiar wygnać dynastie niebios i objąć tam rządy. Kiedy odjeżdża na swym koniku, słyszymy bardzo śmieszny, bym powiedział, ale i ciekawy riff gitarowy. Zaraz po nim następuje symfonia. I coś, co przypomina zwrotkę z "Black Wind, Fire And Steel" Manowar. Słuchając tego po prostu odleciałem, jedna piosenka, druga, trzecia. Nie mogłem zdjąć tego z uszy, chociaż nauka i praca czekały, środek nocy, a "Invictus" dalej atakuje moje uszy.

Głos Davida, raz zarywający growlem, raz krzykiem, a raz wysokimi tonami pokazuję jakim wielkim jest wokalistą. Wspaniałe ciężkie riffy i solówki. To było wprost nie do opisania. Słyszymy motywy z poprzednich płyt, słyszymy także te które będą częścią piosenek nagranych na "House Of Atreus" i czasami jest bardzo pięknie, melodyjnie, czasami szybko i niszcząco. Virgin Steele to naprawdę "małżeństwo nieba i piekła"... Grom, pioruny, trzęsienie ziemi. Wojna, aż tu po siedmiu latach zdobywamy niebiosa, wyganiamy z nich wszystkie bóstwa i sami, my ludzie, obejmujemy tam rządy. Endyamon, wódz ludzkich wojowników koronuje nas Królami Świata.

I album po ponad 90 minutach się kończy. To było straszne, dlaczego tylko 90 minut? Chcę co najmniej drugie tyle. Przez to do dzisiaj, czyli już ponad półtora miesiąca co dzień raz muszę przesłuchać tego dzieła.

Porównując tę płytę do innych tego zespołu, mogę powiedzieć tylko, że jest najcięższa. Ostra i wprost wgniatająca w krzesło (ale czy ktokolwiek usiądzie przy takiej mocy?). Musicie mi wybaczyć ten entuzjazm, lecz kiedy ktoś słyszy setki płyt, zawierających chłam i nagle w jego życiu pojawia się kapela taka jak Virgin Steele, natychmiast jego miłość do metalu ożywa na nowo. Ten zespół prezentuje dorosły epicki metal. Znajomość mitologii u głównego kompozytora jest doprawdy imponująca.

Nie spotkamy na tym krążku, utworów o miłości albo balladek. To po prostu jedna atmosfera i jedna epicka opowieść! Dlatego stawiam temu wydawnictwu najwyższą ocenę. Bo ten concept-album jest dziełem sztuki i sądzę, że najlepszą płytą tego dziesięciolecia (a może tysiąclecia?). Teraz wiem, że moje poszukiwania się zakończyły, bo znalazłem Bogów Metalu!

Komentarze
Dodaj komentarz »
Invictus
Byczek (gość, IP: 95.49.39.*), 2011-08-02 21:04:56 | odpowiedz | zgłoś
Płyta oczywsicie ze genialna!!! Szkoda tylko za na Masters of rock 2011 zagrali bez Edka Pursino i tylko niecała godzine mieli do dyspozycji!!!
Genialna płyta, arcydzieło
muria (gość, IP: 95.49.163.*), 2010-11-15 21:28:12 | odpowiedz | zgłoś
Trochę żal, że po House of Atreus i Virgin Steele odeszli od tak potężnego i agresywnego grania,co prawda każdy prawdziwy talent powinien ewoluować...

Mastering Invictusa mógłby być lepszej jakości. Nie zmienia to faktu, że płyta jest arcydziełem i nie raz wycisnęła mi łzy z oczu.
!
Archi (gość, IP: 83.27.167.*), 2008-05-31 18:28:56 | odpowiedz | zgłoś
Genialna rzecz!