zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 20 lutego 2020

relacja: Metalmania 2008, Katowice "Spodek" 8.03.2008

13.03.2008  autor: Mortis
wystąpili: Stolen Babies; Evile; October File; Mortal Sin; Drone; Demonical; Non Divine; Izegrim; Architecture of Aggression; Pandemonium; Carrion
miejsce, data: Katowice, Spodek, 8.03.2008
wystąpili: Megadeth; The Dillinger Escape Plan; Overkill; Satyricon; Vader; Marduk; Artillery; Flotsam And Jetsam; Immolation; Primordial; Inside You; Poison The Well
miejsce, data: Katowice, Spodek, 8.03.2008
wystąpili: Stolen Babies; Evile; October File; Mortal Sin; Drone; Demonical; Non Divine; Izegrim; Architecture of Aggression; Pandemonium; Carrion
miejsce, data: Katowice, Spodek, 8.03.2008
wystąpili: Megadeth; The Dillinger Escape Plan; Overkill; Satyricon; Vader; Marduk; Artillery; Flotsam And Jetsam; Immolation; Primordial; Inside You; Poison The Well
miejsce, data: Katowice, Spodek, 8.03.2008

Po raz kolejny fani ciężkiej muzyki mogli zawitać do katowickiego "Spodka", by od samego rana aż do późnych godzin wieczornych spędzić czas przy dźwiękach, których nie będzie im dane usłyszeć na tegorocznym finale Eurowizji czy też na Przeglądzie Piosenki Poetyckiej. Jak co roku na Metalmanii pojawiły się gwiazdy ciężkiego grania - z legendarnym Megadeth na czele. W tym roku wyjątkowo skład obfitował w zespoły grające thrash, bo oprócz wspomnianego Megadeth wystapili też weterani z Flotsam & Jetsam, Artillery oraz Overkill, a na małej scenie Evile.

W tym roku, co ciekawe, wystąpiły tylko trzy polskie zespoły. Tu nasuwa się pytanie, czy polska scena jest tak uboga, czy po prostu już wszyscy, którzy mieli grać, już tu grali? Wątpię w to, bo jednak jest w kraju sporo kapel, które mogą zagrać na tym festiwalu. Mam nadzieję, że to tylko jednorazowy wybryk ze strony organizatorów i już za rok wszystko wróci do normy.

Moja obecność na Metalmanii zaczęła się dopiero od koncertu Flotsam & Jetsam. Niestety przez przeciwności losu nie udało mi się zobaczyć Immolation, czego bardzo żałuję. Wchodząc na płytę zobaczyłem tylko jak Ross i spółka żegnają się... liczę, że mimo wszystko zobaczę ich niebawem na koncercie w Warszawie.

Wracając jednak do koncertu Flotsam & Jetsam, nie spodziewałem się po nich jakoś oszałamiającego show i nie przeliczyłem się, a co gorsza ich występ był dla mnie strasznie nudny. Nie jestem co prawda super znawcą ich twórczości, ale swego czasu poznałem kilka płyt, jednak nie wracałem do ich twórczości często. Łudziłem się, że może występ na Metalmanii zachęci mnie do odkurzenia sobie ich dyskografii, ale efekt jest taki, że skutecznie mnie do tego zniechęcili. Jeśli chodzi o koncert, to mam kilka zastrzeżeń. Po pierwsze gitary były zbyt głośne, po drugie triggery sprawiały, że perkusja brzmiała bardzo nienaturalnie. Po trzecie utwory same w sobie jakoś nie były przebojowe i nie skłaniały mnie nawet do potupania sobie nogą. Możliwe, że zażarci fani zespołu byli usatysfakcjonowani, co oczywiście wydaje się zrozumiałe, bo, jeśli mnie pamięć nie myli, był to pierwszy występ zespołu w Polsce. Na dodatek występ ten był nagrywany na potrzeby DVD. Z utworów, które zagrali, zapamiętałem "I Live You Die" z refrenem odśpiewanym przez publiczność, "Escape from Within", "Doomsday For The Deceiver", "Swatting at Flies" i cover Lard "Forkboy", który był najlepszym przykładem, jak z dobrego utworu można zrobić zły. Sami muzycy raczej sprawnie grali na swoich instrumentach, ale widać było, że już lata młodości mają za sobą i brak im było wigoru, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Publiczność w miarę ciepło ich przyjęła i nawet podarowała im polską flagę z nazwą zespołu. Po tym prawie godzinnym koncercie postanowiłem sobie zrobić przerwę i poszedłem coś zjeść w pobliskiej restauracji, więc nie dane mi było zobaczyć występu Artillery, jednak jakoś specjalnie nie żałuję mojej dycyzji.

Wróciłem dopiero, gdy na scenie pojawił się szwedzki Marduk. Ostatnio widziałem ich niecałe pół roku temu i wypadli bardzo przyzwoicie. Liczyłem, że ten koncert też będzie na podobnym poziomie, niestety zawiodłem się. Setlista była krótka i zawierała jedynie jeden utwór z ostatniej, całkiem niezłej płyty "Rom 5:12" ("Limbs Of Worship"). Najlepszym momentem występu był "Still Fucking Dead", zapowiedziane przez Mortuusa jako "Still Fucking Kurwa Fucking Dead" - taki mały ukłon do polskich fanów. Przed "Beyond The Grace Of God" Mortuus zdjął z siebie t-shirta, by potem w połowie utworu przynieść zza sceny puchar wypełniony "krwią" i oblać się nim. Mimo że wyglądało to dość widowiskowo, nie zmieniło to mojej opinii, że koncert po prostu wypadł im słabo. Gdybym wiedział, że tak będzie, to pewnie udałbym się na małą scenę obejrzeć występ Stolen Babies, ale niestety nie wiedziałem, że wtedy grają.

Następnie pojawił się Vader - jedyny z polskich zespołów, który zagrał w tym roku na dużej scenie. Tak się składa, że w przeciągu niecałego roku miałem okazję widzieć ich już trzykrotnie i z każdym koncertem było coraz lepiej, więc po cichu liczyłem, że teraz też będzie dobrze. Niestety i ten koncert mnie nie zachwycił. Niby setlista składała się z dobrze znanych hitów pokroju "Sothis", "Wings" czy "Silent Empire", jednak wszystko to zostało zagrane jakoś bez polotu, a wstawki klawiszowe w "Carnal" zepsuły ten świetny koncertowy klasyk. Mimo wszystko były też jasne strony występu, jak choćby kończący "Hallelujah (God Is Dead)" czy "This Is The War". Brzmienie na szczęście było przyzwoite i wszystko było słychać w miarę selektywnie. Publika dość ciepło przyjęła występ, nagradzając zespół co raz brawami. Peter korzystając też z okazji, że Vader obchodzi w tym roku 25-lecie istnienia, zaprosił zgromadzonych na jubileuszowy koncert pod koniec wakacji w Warszawie. Nie wiem jak inni, ale ja z zaproszenia oczywiście skorzystam.

Kolejnym zespołem, który zawitał na dużą scenę, był norweski Satyricon. Miałem nadzieję na dobry koncert w ich wykonaniu i nie zawiodłem. Po krótkim intro zagrali "The Pentagram Burns". Tu mała ciekawostka dla pań - otóż Satyr zmienił swój image i ściął włosy. Pewnie tysiące fanek widząc to poczuło zażenowanie, nic to jednak, bo koncert mimo to zagrał, a raczej wyśpiewał świetnie. Od samego początku nawiązał dobry kontakt z publiką i przez cały czas nią dyrygował. Dobór utworów był bardzo dobry, wykonanie również. Nagłośnienie też trzeba zaliczyć na plus, wyraźnie było słychać gitary i perkusję, ale także klawisze (może nawet momentami za głośno). Odkąd wydali świetnie przyjęty przez fanów i krytyków album "Now, Diabolical", każdy koncert nie może obejść się bez utworów z tej płyty. Tak też było w Katowicach i oprócz utworu tytułowego zagrali również "K.I.N.G." i wspomniany już wcześniej "The Pentagram Burns" oraz niewykonywany nigdy na żywo "Storm (Of The Destroyer)". Z innych płyt usłyszeliśmy "Havoc Vulture", "Forkehset" czy "Fuel For Hatred". Na koniec nie było dla mnie niespodzianką, że zagrają "Mother North" - w końcu to ich najpopularniejszy utwór - w którego wykonaniu wydatnie brała udział publiczność. Na koniec Satyr podziękował wszystkim i zapowiedział, że na jesieni wydany zostanie nowy album. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać niecierpliwie.

Z kolejną gwiazdą Metalmanii, czyli Overkill, nie miałem przyjemności nigdy za dobrze się poznać. Co prawda posiadam gdzieś jakąś kasetę, ale nigdy nie było mi z nimi po drodze. Miałem więc okazję, by się do nich przekonać bądź też nie. Występ zaczęli od mocnego uderzenia w postaci "Necroshine". Od razu dało się odczuć różnicę pomiędzy tym, co prezentowali oni, a tym co prezentowało Flotsam & Jetsam. Różnica była oczywista, nie tylko w brzmieniu, ale również w cały show. Największą uwagę skupiał na sobie wokalista Bobby "Blitz" Ellsworth, szczególnie kobieca część publiczności musiała być zachwycona jego muskulaturą. Nie jest to jednak relacja z Mister Universum, więc napiszę coś o muzyce. Koncert brzmiał bardzo dobrze, a muzycy nie próżnowali, grając z werwą. Przed "Rotting To The Core" Bobby przywołał wspomnienia z 1987 roku, kiedy to zagrali po raz pierwszy w Polsce, właśnie na Metalmanii. Panowie, którzy już dawno czterdziestkę mają na karku, wcale nie zwalniali tempa i co rusz serwowali zabójcze thrashowe riffy czy też całkiem zgrabne solówki. Dość zabawnie wyglądały biegi Bobbiego do mikrofonu, kto widział, to wie o czym piszę. Oprócz wspomnianych utworów zagrali m.in. "Wrecking Crew", "Bastard Nation", "Skull and Bones". Pożegnali się zaś utworem z repertuaru Subhumans "Fuck Zou". Po takim koncercie nie pozostaje mi nic innego, jak lepiej poznać się z ich twórczością.

Jeśli chodzi o koncert The Dillinger Escape Plan, to spodziewałem się, że na długo utkwi w pamięci zebranych i tak też było. Amerykanie szybko ustawili się na scenie. Przy dość skromnych światłach i stroboskopach, bez zbędnych zapowiedzi zaczęli od mocnego akcentu w postaci "Panasonic Youth". Nie na darmo mówi się, że jest to obecnie jeden z najlepszych koncertowych zespołów i wcale nie jest to przesadzona opinia. Jeśli kiedykolwiek mieliście wyobrażenie, jak powinien wyglądać szalony koncert rockowy, to widząc występ The Dillinger Escape Plan będziecie musieli gruntownie zmienić swoje wyobrażenia na ten temat. Przede wszystkim już sama muzyka, jaką zespół wykonuje, sprawia, że nie można przejść obok niego obojętnie, a jeśli dodać do tego zachowanie muzyków na scenie, to mamy nic innego, jak tylko istny dynamit koncertowy, naładowany sporą dawką spontaniczności i najczystszego szaleństwa. Jak rozpoznać w najprostszy sposób, że jest się na koncercie The Dillinger Escape Plan? Jeśli muzycy stoją w miejscu i od czasu do czasu się ruszają, to znaczy, że nie trafiliście na ich koncert. Gdy muzycy popisują się zgrabnymi solówkami, zabawiajac nimi publiczność, to też bądźcie pewni, że nie jest to ich koncert. Jednak jeśli zobaczycie, że któryś z muzyków zaczyna skakać np. z podestu dla perkusji lub ze wzmacniaczy, wykonując przy tym w powietrzu różne ewolucje, grając cały czas na swoim instrumencie, albo gdy wdrapuje się na jakieś konstrukcje, a sami macie poważne wątpliwości, czy to nie przypadkiem jacyś wariaci wdarli się na scenę i roznoszą ją w drobny pył, to możecie być prawie w 100% pewni, że trafiliście na koncert The Dillinger Escape Plan. Oczywiście tych i innych wyczynów nie zabrakło podczas koncertu w "Spodku". Przodował gitarzysta Ben Weinman oraz wokalista Greg Puciato, który non stop biegał po całej scenie i poza nią, skakał i robił wszystko to, co mu wyobraźnia podpowiada. Mimo tego całego scenicznego szaleństwa, nie można jednak zapominać o muzyce, bo bez niej nawet najlepszy sceniczny show jest niczym. Tu chłopaki też nie próżnowali i mimo swoich wariactw potrafili odegrać całkiem nieźle repertuar, który do najprostszych na pewno nie należy. Co może wydać się dziwne, brzmieli całkiem nieźle, może tylko na początku nie wszystko było dobrze słychać. Zaprezentowany materiał składał się głównie z utworów ze świetnej płyty "Ire Works". Ku mojemu zadowoleniu zagrali też "When Good Dogs Do Bad Things" z równie świetnej EPki "Irony Is A Dead Scene", nagranej z Mike'em Pattonem. W sumie z tego co pamiętam, wykonali czternaście utworów, a koncert zakończyli "Sunshine The Werewolf" i było na najbardziej zwariowane zakończenie koncertu, jakie mi było dane kiedykolwiek zobaczyć. Po godzinie ich występu miało się wrażenie, jakby przez "Spodek" przeszło tornado, które nie oszczędziło niczego i nikogo. Chciałbym jednak zobaczyć ich jeszcze kiedyś na koncercie w klubie, gdzie publiczność stanowią ludzie świadomi ich muzyki, bo nie ma co ukrywać, że wielu zebranych tego dnia w "Spodku" po prostu nie potrafiło pojąć tego, co się tam dzieje.

Po tak intensywnym koncercie przyszła pora na występ gwiazdy tegorocznej Metalmanii - Megadeth. Gdy ostatni raz grali siedem lat temu w "Stodole", nie było mi dane ich zobaczyć i przez ten długi czas miałem wątpliwości, czy kiedykolwiek zobaczę ten zespół. Co rusz pojawiały się przecież wypowiedzi Mustaine'a, że Megadeth przestanie istnieć, na szczeście były to tylko pogróżki. Dzięki temu udało mi się wreszcie spełnić marzenie z młodzieńczych lat i zobaczyć na żywo ostatni z zespołów z Wielkiej Thrashowej Czwórki. Co prawda nim ich zobaczyłem, kazali na siebie chwilę czekać, ale podyktowane to było małymi problemami technicznymi. Cierpliwość została nagrodzona i około godziny 23:00 zgasły światła, a na scenie pojawił się Dave z zespołem i zaczęli swój występ od pierwszego utwóru z "United Abominations", czyli "Sleepwalker". Po tym utworze Dave dość nieśmiało podziękował zebranym za przybycie i stwierdził, że dobrze być z powrotem w Polsce. Publiczność bardzo żywiołowo reagowała, a w przerwach między utworami skandowała głośno nazwę zespołu, co na pewno musiało wywołać uśmiech na twarzy muzyków. W trakcie koncertu można było usłyszeć: "Take No Prisoners", "Wake Up Dead", "Hangar 18", "Kick The Chair" czy "Skin O' My Teeth". Chwilami miałem wrażenie, że gitara Chrisa Brodericka jakoś brzmi ciszej i nie zawsze było słychać jego solówki, czasami też wokal Mustaina gdzieś ginął. Z czasem się to jednak poprawiło, ale też nie do końca. Mimo tych przeciwności Mustaine serwował co rusz swoje solówki ku uciesze publiki, a reszta zespołu nie pozotawała w tyle. Może się czepiam, ale mimo techniki, jaką niezaprzeczalnie posiada Chris, to jednak jakoś swoim stylem grania nie pasuje do Megadeth, a utwierdziła mnie w tym przekonaniu jego solówka przed "Tornado Of Souls", która po prostu była taka sobie i całkowicie niepotrzebna, a czara goryczy przelała się podczas grania bisów, gdy najzwyczajniej w świecie spartaczył solo w środku "Holy Wars... The Punishment Due". Gdzieś w połowie koncertu można było się przekonać, czy polscy fani znają teksty piosenek Megadeth, a dokładniej, czy znają refren "A Tout Le Monde" - okazało się, że znają całkiem nieźle. Koncert Megadeth nie może się odbyć się bez nieśmiertlnych klasyków w postaci "Symphony Of Destruction" czy "Peace Sells" i tak też było tym razem - te utwory na szczeście ciężko skopać. Na bis zagrali wspomniany już "Holy Wars..." i na tym zakończyli swój prawie półtoragodzinny występ na Metalmanii. Ogólnie koncert był dobry, jednak brakowało w nim odrobiny tej thrashowej agresji, która chociażby zaprezentował Overkill. Zestaw utworów był całkiem niezły, szczególnie dlatego, że aż cztery pochodziły ze świetnego albumu "Rust In Peace". Nowe utwory prezentowały się na żywo całkiem przyzwoicie, może poza "Burnt Ice". Oczywiście można byłoby ponarzekać, że nie zagrali chociażby "The Mechanix", jednak nie można mieć wszystkiego na raz. Cieszę się, że dane mi było wreszcie zobaczyć Megadeth na żywo i chociaż nie był to jakiś rewelacyjny koncert, to jestem usatysfakcjonowany i czekam na następne.

Według mnie oprócz bardzo dobrych koncertów, jakie miały miejsce podczas dwudziestej drugiej edycji Metalmanii, na uwagę zasługuje fakt, że tym razem wyjątkowo nie było żadnych opóźnień. Wszystko odbywało się o zaplanowanej porze, a nawet przed czasem. Poza tym przybyło bardzo dużo fanów nie tylko z Polski, ale również z Litwy, Czech, Chorwacji, Ukrainy czy Słowenii. Świadczy to tylko o tym, że festiwal się rozrasta i jego renoma rośnie. Wszystko to sprawia, że być może już w przyszłym roku ponownie będzie nam dane podziwiać występy gwiazd sceny metalowej (i nie tylko) w katowickim "Spodku", czego sobie i wam życzę.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Coż za arogancja...
brutalny cynik (gość, IP: 217.113.228.*), 2008-03-25 11:27:41 | odpowiedz | zgłoś
Nie wiem, kolego Mortis, jak u Ciebie z poczuciem odpowiedzialności - ale jak już pojechałeś na Metalmanię, Twoim obowiązkiem było zobaczyć i wysłuchać każdy występ. Przynajmniej na dużej scenie, bo na niej zdecydowałeś się skupić swoje wynurzenia... Jak można pisać, że nie widziałeś tego czy innego koncertu, bo poszedłeś sobie coś zjeść! Pomijam fakt, że olałeś akurat Artillery (gdybym był ich fanem, to bardzo bym się na Ciebie wkurzył). Ja rozumiem, że zamieściłeś tu relację raczej z potrzeby zabrania gdziekolwiek głosu niż jako dziennikarz, walczący o formę i uznanie w środowisku, ale jakieś minimum solidności obowiązuje. Spóźniłeś się na trzy pierwsze kapele, poszedłeś jeść na kolejnej - i wszystko w porządku, tak? Gratuluję... Popisz sobie najpierw do pamiętnika i daj do sprawdzenia panu od polskiego.
Satyricon
Zibi7 (gość, IP: 87.207.7.*), 2008-03-22 20:58:45 | odpowiedz | zgłoś
Pierwszy raz słyszałem na tym koncercie utwór Satyricon w całości i od razu zostałem Ich fanem, Miazga! a Vader - to są Red Hotci death metalu i mówcie co chcecie - Mauser takie sola i rifownię sadził, że gięło nieźle:) nie death metalowe oczywiście do końca już:) reszta, oprócz Megadeth - normalna "msza":) bez fajerwerków
Vader pokazał klase
breath (gość, IP: 89.171.148.*), 2008-03-20 07:42:46 | odpowiedz | zgłoś
Vader, Satyricon, Immolation. Overkill i Marduk - to kapele dla których znalazłam się na MM 08:> swietnie zagrali, warto było:)
hmmm
Breathless (gość, IP: 83.4.39.*), 2008-03-19 01:32:48 | odpowiedz | zgłoś
Metalmania dla mnie zaczęła się od Vader - celowo przyglądałem się wszystkiemu z dystansu (sektor bodaj H, rząd 14 - czyli koniec drugiego rzędu krzesełek). Nie jestem ogromnym fanem (albo raczej nie byłem) żadnego z zespołów, może prócz Megadeth, do których wciąż czuję dość spory sentyment. Tak więc Vader - wydał mi się płaski, zlany w jedną całość.... Nie oceniam jakości muzyki, tylko profesjonalizm. Wybroniłby się gdyby nie... no własnie gdyby nie Satyricon. Niektórzy zastanawiali się czemu Vader nie grał przed Satyriconem - odpowiedzią był występ Norwegów. Pełen profesjonalizm, energia, nawiązanie kontaktu z publicznością, klarowny w miarę selektywny dźwięk (o tyle o ile na koncercie można go osiągnąć). Overkill - szczerze mówiąc... średnio. Niby wszystko dobrze - szczególnie Bobby zapinkalający jak mały samochodzik, ale czegoś wyraźnie brakowało. Overkill, jak pamiętam z lat młodości, zawsze pozostawał w tyle za czołówką trash - teraz wiem dlaczego. Ale dla wiernych fanów, znających ich piosenki musiałoby być nieźle. No i DEP - szczerze mówiąc nie widziałem większego bełła jak żyję... Nie to, żeby nie lubiał ich muzyki - nie słyszałem wcześniej żadnej ich piosenki! Po prostu chodziło to, że nic nie było słychać oprócz nieprzeniknionej ściany dźwięku, terkotania perkusji i wrzasku zarzynanej świni. Ból głowy. Całkiem możliwe, że z bliska było to szalone doznanie - nie wiem. No i Megadeth - przy nich zszedłem na płytę właśnie na 2,3 utwory - głównie żeby przyglądnąć się Mustainowi, potem wróciłem na górę. Z płyty oczywiście wszystko bardziej się pozlewało, było hałaśliwie i emocjonalnie. Z góry można było lepiej ocenić "jakość" całego show. Jako ktoś kto słuchał Megadeth od 1990, ktoś kto zna teksty ich piosenek, jestem zmuszony stwierdzić, że Satyricon był lepszy. Sam nie wiem czemu tak się stało - jest to opinia nas wszystkich którzy byliśmy na koncercie... Nikt wcześniej nie znał tego zespołu, dwóch z nas słyszało jeden utwór - King - i to wszystko.
Pozdrowienia
gdzie kolego byłeś???
JollyRoger72 (gość, IP: 87.206.21.*), 2008-03-18 20:27:43 | odpowiedz | zgłoś
Sorki ale chyba nie byliśmy na tym samym festiwalu.Jeśli nie zna się twórczości zespołu to nie zamieszcza się recenzji z koncertu.Dla mnie osobiście:Flotsam & Jetsam-rewelacja.Zagrali wszystkie hity z pierwszych 4 płyt.Tego się nie spodziewałem.Nagłośnienie też całkiem.Artillery po początkowych problemach ze sprzętem rewelacja-nowy wokal się sprawdził na żywo.Marduk i Satyricon-no cóż poprawnie.Marduk zagrał tak jak 2 lata temu w Warszawie.Immolation-bez fajerwerków ale oko i ucho się cieszyło.Dillinger-sorki rozczarowanie.Nie na ten festiwal.A popisy akrobatyczne to widziałem w cyrku.Overkill-jak zwykle profesjonalnie ale zabrakło paru staroci.Na koniec Megadeth...Cóż,to nie ta sama ekipa co przed laty.Fajnie zagrali ale bez rewelacji.Każdy może wyrazić swoją opinię a dla mnie Flotsam & Jetsam to na razie koncert tego roku.Pozdrawiam tych co znają repertuar starych kapelek traszowych...
re: gdzie kolego byłeś???
Mortis (wyślij pw), 2008-03-19 13:01:47 | odpowiedz | zgłoś
Doskonale wiem na jakim festiwalu byłem. Jeśli bym miał w ogóle nie pisać relacji czy recenzji czegoś czego nie znam to bym się nawet do słuchania płyt nie zabierał o chodzeniu na koncerty nie wspominając. Twórczość Flotsam & Jetsam swego czasu poznałem kiedyś i specjalnie mnie nie poruszyli, ich ziomki z Sacred Reich o wiele bardziej mnie przekonują. Mi się koncert nie podobał, tobie się podobał się w porządku. Odnosząc się do DEP to fakt, że nie byli zespołem na ten festiwal, bo nie każdy rozumie o co chodzi w tej muzyce, a opisy w postaci akrobacji w cyrku dobitnie to tylko potwierdzają ;->
re: gdzie kolego byłeś???
Breathless (gość, IP: 83.4.0.*), 2008-03-21 12:38:01 | odpowiedz | zgłoś
no ja na pewno nie wiem o co chodzi w ich muzyce, bo to usłyszałem to nie była muzyka tylko jazgot. Chyba że potraktujemy to jako eksperyment, albo nowe podejscie do muzyki współczensej - nowe wcielenie Pendereckiego i Requeiem na kosiarkę
re: gdzie kolego byłeś???
Breathless (gość, IP: 83.4.0.*), 2008-03-21 12:35:16 | odpowiedz | zgłoś
Otóż jak najbardziej można oceniać jakość występu zespołu którego się wcześniej nie znało!!! To daje o wiele lepszą szansę obiektywnej oceny! Każdy paktycznie fan Vader ocenił ich występ jako rewelacja. Ktoś kto jest z danym bandem związany emocjonalnie, oceni go faworyzująco - tak działa ludzka psychika. Ja starałem się być obiektywny - nie znałem nic prócz Megadeth i patrzyłem na wszystko z góry. Metalmania była dla mnie eksperymentem. I powtarzam z całym przekonaniem - Satyricon pokazał inną klasę niż Vader - to z pewnością. Overkill - jak kto woli. DEP - nie wiem jaką muzykę grają, tak jak nie wiedziałem wcześniej. I nie ma to nic wspólnego z rozumieniem czy nie rozumieniem - po prostu g.. było słychać prócz ściany hałasu. Przynajmniej w pierwszych 3 kawałkach, po których wyszedłem. Megadeth - solidnie. Merci beacoup.
Do fanów lub "fanów"
_dziadek_ (gość, IP: 83.4.170.*), 2008-03-23 22:25:11 | odpowiedz | zgłoś
Zadajcie sobie pytanie czy jest sens wydawać ciężkie pieniądze na Metalmanie, czy nie lepiej pojechać na Brutal Assault lub Wacken Open Air.
Piszę tak gdyż od 2002 roku w naszym kraju jest "kicha metalowa"(mam na myśli Metalmanie)Zła organizacja, ceny i większość kapel "wpada" tu jednak jak za karę.Osobiście lepiej jest iść na koncert macierzystych kapel bo chłopaki sie starają.Oczywiście są wyjątki ale...
Mam już trochę lat i może za bardzo marudzę ale pamiętam klimaty koncertów z lat 80-90 i ludzie którzy także mają to w pamięci zgodzą się ze mną.Dzisiaj jest zbyt wielki materializm a za mało polotu i spontaniczności(Hoolywoodzka reżyserka się raczej nie sprawdza na dłuższą metę).Pozdrawiam wszystkich fanów ciężkiego brzmienia.