Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
76% |
| liczba ocen: |
55 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Deep Purple "The Book Of Taliesyn"
|
Nazwa zespołu: Deep Purple
Tytuł płyty: "The Book Of Taliesyn"
| Utwory: |
Listen, Learn, Read On; Wring That Neck; Kentucky Woman; Exposition/We Can Work It Out; Shield; Anthem; River Deep, |
Wydawcy: Tetragrammaton
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 5
Drugi album grupy Deep Purple nagrano w ekspresowym tempie, nieomal zaraz
po tym, kiedy światło dzienne ujrzał debiutancki krążek zespołu. Trudno
dostrzec wyraźne różnice pomiędzy obydwoma wydawnictwami, bowiem
zarówno "Shades...", jak i "The Book Of Taliesyn" powstały wedle tej
samej receptury i scenariusza. W obu przypadkach możemy posłuchać kilku
adaptacji cudzych utworów, instrumentalnych popisów (czy raczej ich prób),
pojawiają się również - za sprawą Jona Lorda, rzecz jasna - fragmenty
klasycyzujące, potraktowane jednak tym razem z dużo większym pietyzmem
i polotem. Gra Ritchie Blackmore'a, choć z całą pewnością dojrzalsza,
nie ma jeszcze tego szlifu, który w niedalekiej przyszłości spowoduje
eksplozję purplemanii. Wybuchowe wstawki Iana Paice'a dają do zrozumienia
słuchaczowi, że to najbardziej utalentowany perkusista od czasu Gingera
Bakera i Keitha Moona z The Who.
Dosyć intrygującą rzeczą jest sam tytuł płyty. "The Book Of Taliesyn"
to księga napisana przez słynnego niegdyś barda, będącego jednym z
członków świty króla Artura w zamku Camelot, poświęcona medytacji. Nie
da się ukryć, że jest to dosyć wdzięczna tematyka, pozostawiająca
zainteresowanym na dosyć szeroką gamę skojarzeń i interpretacji, w
tym także narkotycznych (o czym była już mowa przy okazji omawiania
"Shades..."). Sami muzycy zdecydowanie odżegnywali się od jakichkolwiek
kontaktów ze środkami odurzającymi, czemu dał wyraz Jon Lord w jednym
z wywiadów: "Narkotyki i alkohol to zwyczajna strata czasu. Jak
możesz wyjść na scenę i dać dobry koncert, kiedy jesteś na haju? Do
muzyki podchodzimy poważnie, a atmosferę naszych koncertów zawdzięczamy
tylko i wyłącznie muzyce." Trudno jednak, podobnież jak w przypadku
poprzedniej płyty, uniknąć takich skojarzeń siedząc przed odtwarzaczem.
"Listen, Learn, Read On" - zajadły rocker, przeplatany piosenkowymi
fragmentami, mocno zahaczającymi o psychodelię, stanowi wyjaśnienie
tytułu płyty. Po raz pierwszy w historii Deep Purple pojawiają się ostre
riffy zakrojone na tak dużą skalę (czyżby nieśmiała zapowiedź przyszłego
hard-rockowego wcielenia?). Najbardziej drażniącym elementem składanki są
melorecytacje Evansa i schematyczna niczym NRD-owskie marsze gra Paice'a
na bębnach. W dosyć zdecydowany sposób zespół posunął się natomiast do
eksperymentów dźwiękowych z głosem, co szczególnie wyraźnie słychać w
szyderczym śmiechu wokalisty słyszalnym pod koniec piosenki. Gitara
Blackmore'a brzmi nieomal identycznie, jak wiosło Erica Claptona na
albumie "Cream Wheels Of Fire".
Najsłynniejszy instrumentalny kawałek stworzony przez Purpli - "Wring
That Neck" (znany także pod tytułem "Hard Road") charakteryzuje się
wspaniałym tematem głównym, granym unisono przez gitarę i organy, i
swingowym feelingiem. Numer został chyba stworzony do tego, aby grać go
na koncertach, co muzycy czynili w swoim czasie bardzo często (gdzieś
do 1971 roku), potrafiąc przedstawiać go publiczności w morderczych,
blisko czterdziestominutowych wersjach.
Koronnym przebojem zestawu jest tym razem przeróbka piosenki Neila
Diamonda - "Kentucky Woman". Numer miał powtórzyć sukces "Hush" na
amerykańskich listach, niemniej doszedł tylko do pierwszej trzydziestki
listy "Billboardu", co w niczym nie umniejsza jego wartości. Cały
zespół pędzi tu na najwyższych obrotach, nawet Rod Evans pokazuje w
pewnych momentach prawdziwy lwi pazur i udowadnia swoją wartość jako
wokalista. Partie chórków w refrenie przywołują na myśl dokonania The
Beach Boys, natomiast solówki gitary i klawiszy świetnie przygryzają
się z miłosną i lekko psychodeliczną historyjką podaną w tekście.
Dramatyczny instrumentalny fragment - "Exposition" - stanowi kolejną
próbę oddania klimatu muzyki klasycznej z widocznymi wpływami utworów
Piotra Czajkowskiego. Ciężki nastrój potęguje potężne brzmienie perkusji
i zagęszczona faktura muzyczna instrumentów klawiszowych wraz z krótkim
solem gitary i Hammonda zagranym w dwugłosie. Chwytliwy riff Blackmore'a
burzy nastrój i muzycy przechodzą do kolejnego tematu The Beatles -
"We Can Work It Out". Niestety, purpurowemu wykonaniu brakuje lekkości i
przebojowości emanującej na kilometr z oryginału. Na dodatek co chwila
pojawiają się drażniące uszy wstawki gitarowe, przywodzące na myśl
najgorsze fragmenty "Shades Of Deep Purple".
"Shield" i "Anthem" to typowe dla tamtego okresu psychodeliczne ballady
z wyraźnymi nawiązaniami do muzyki klasycznej (szczególnie w drugim
przypadku). Smutny głos Evansa wypada, jak się okazuje, najlepiej w
tego rodzaju popowych produkcjach. Niestety, reszta zespołu prezentuje
się mniej przekonująco. Można bez problemu wyczuć, że przeznaczeniem
Purpli jest muzyka bardziej ekspresyjna i mocniejsza, szczególnie w
warstwie rytmicznej.
Brak muzycznego zdecydowania, o którym wspominał Lord ("Nasze
pierwsze płyty były trzema najbardziej zagmatwanymi albumami, jakie
znam. Chcieliśmy być zespołem progresywnym, lecz zupełnie nie wiedzieliśmy
jak to zrobić" - mówił organista w jednym z wywiadów) jest szczególnie
widoczny w dziesięciominutowej przeróbce standardu grupy Ike And Tina
Turner Revue - "River Deep, Mountain High", gdzie mnogość tematów osiąga
takie rozmiary, że w końcu zaczyna nudzić. Po czterominutowej introdukcji
pojawia się w końcu właściwa część utworu, w której pierwsze skrzypce
gra Ian Paice. Miłą niespodzianką jest solo Ritchie Blackmore'a, zagrane
w dwugłosie, co z pewnością stanowi zalążek przyszłych słynnych partii
gitarowych w "Speed King", "Highway Star" i "Mistreated".
Materiały dotychczas niepublikowane nie są już jednak tak interesujące -
takie numery, jak "Oh No No No", czy "It's All Over" nie wyróżniają
się niczym w zalewie ówczesnych produkcji określanych mianem
plastikowych. "Hey Bop A Re Bop" to nic innego, jak embrionalna wersja
"The Painter" - hard-rockowego bluesiora, znanego z trzeciego i zarazem
ostatniego albumu DP nagranego w tym składzie. Koncertowa wersja "Wring
That Neck" jest warta uwagi tylko ze względu na króciutki solowy popis
Jona Lorda i przy tym brutalnie ucięta w momencie, kiedy do Wielkiej
Improwizacji zabiera się Blackmore. Miłą niespodzianką jest natomiast
instrumental "The Playground", w którym blackmorowskie riffy śmiało
zapowiadają narodziny ciężkiego rocka.
Album "The Book Of Taliesyn" może przypaść do gustu fanowi rocka końca
lat sześćdziesiątych, nie bez wielu jednak zastrzeżeń, które dotyczyć
mogą głównie zbyt płynnej muzycznej konsystencji repertuaru. Trzeci
produkt piątki Blackmore-Lord-Evans-Simper-Paice zatytułowany po prostu
"Deep Purple" będzie stanowił pomost pomiędzy klasycznymi inklinacjami
Lorda i ostrym hard-rockowym pazurem wystającym groźnie z łap Blackmore'a
i Paice'a.
autor: Michał Grzesiek
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|