Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
94% |
| liczba ocen: |
114 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Nick Cave And The Bad Seeds "No More Shall We Part"
|
Nazwa zespołu: Nick Cave And The Bad Seeds
Tytuł płyty: "No More Shall We Part"
| Utwory: |
As I sat sadly by her side; And no more shall we part; Hallelujah; Love letter; 15 feet of pure white snow; God is in the house; Oh my Lord; Sweetheart come; The sorrowful wife; We came along this road; Gates to the garden; Darker with the day |
Wydawcy: Mute Records
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9
Pierwsze doniesienia (czytaj: pierwsze przesłuchania) nastroiły mą
wymagającą osobę bardzo optymistycznie. Naelektryzowały mnie co nie
miara. W końcu na niewiele płyt dzisiaj czekam z taką niecierpliwością,
co na nowe dzieła szalonego (spokojnego, jeśli ktoś tak woli)
Australijczyka. Tymi pierwszymi zasłyszanymi nowinkami były: "15 Feet Of
Pure White Snow" i "Sorrowful Wife", przy których to po mym umęczonym od
zginania nad książkami grzbiecie przebiegła chmara dzikich mrów. Jedno
jest pewne, dawno nie było u mnie tak wielkiego najazdu insektów. To się
czuje przy niewielu kompozycjach, w zasadzie tylko przy tych wielkich (jak
ktoś się teraz krzywi to sio, to moje prywatne misterium). Tak myślę. A
czas, ten nieubłagany sędzia, orzeknie czym rację miał. W każdym bądź
razie to znów ten upiorny walczyk z artystą szalejącym na zakurzonym
parkiecie. Pytam więc, jak daleko stąd do wieczności?
Tak pokrótce przedstawiałby się etap pierwszy.
Etap numer II to wkroczenie do świątyni konsumpcjonizmu i pachnącego
snobizmu dla pań zwanej EMPIKiem. Zawiesiłem oko na półce z nowościami i
szukanego krążka nie ujrzałem. Myślę sobie, no cóż trzeba będzie jeszcze
trochę poczekać. W końcu jeśli czekało się już tyle, etc. Przypadek
sprawił jednak, że natknąłem się na listę aktualnych (podkreślone celowo)
przebojów, a tam pod numerem 1 nic innego jak "No More Shall We Apart". I
tu, nie ukrywam, nastąpił szok. Ujrzałem całe te rzesze balladowych
fanów-morderców, których to namnożyło się w naszym kraju co nie miara
(połowa z nich "zna" twórczość pana C. tylko z interpretacji polskich
"artystów"). Plaga na miarę biblijną nieomal. Szarańcza. Z tego krótkiego
oczom objawienia zrodziło się wnet pytanie: czy artysta jest nadal moim
artystą? Bo nie ukrywam, w tłumie wcale raźniej mi nie jest.
Jak żywe stanęło mi przed oczami zjawisko, niekorzystne ze wszech miar,
związane z zadeptywaniem, całkowicie bezpodstawnym, legend. Myślę tu
o grupie Queen, absolutnie genialnym zespole, który swą twórczością
zasłużył na tabliczkę z napisem "Exegi monumentum...". Otóż po śmierci
jej lidera w roku 1991 wybuchło szaleństwo na punkcie zespołu (nieomal
syndrom "pierdolca" u niektórych) przez co do dziś dnia wielu krzywi
się na sam dźwięk słowa "queen". Historia znana. Oby nie nastąpiło
to samo w przypadku grupy Cave'a ("a kto tu mówi o grupie, jest tylko
on..." - powiedział fan).
No dobra, dość tego pieprzenia, etap III. Kurwa mać! One (utwory) nie
chcą znużyć. Tak. Jedynie pierwsze przesłuchanie (pobieżne, niedokładne)
niczego dobrego nie zapowiadało. Było jednak jak czytanie ksiąchy co
dwudzieste słowo. Można się zanudzić samym odliczaniem. Płyta absolutnie
nie nudzi, choć trwa 67 minut, a taka długość bywa groźna. Jednak nie
w tym przypadku.
"Walk with me under the stars
For it's a clear and easy pleasure
And be happy in my company".
Ja się przespaceruję, możesz być pan pewny panie Cave. Bo kocham ten
zgiełk miłości, tak bym chyba to nazwał, element dzięki któremu artystę
możemy odróżnić od pozostałej sfory psów. Najbardziej poraża to we
wspomnianym już "Sorrowful Wife", niczym ogromnej mocy piorun bijący
w wysuszoną ziemię "Światłości w sierpniu" W. Faulknera. Ten klimat
to wyżyny. To jego świat. I przy okazji coś co dalekim łukiem omija
przystanki dwóch ostatnich płyt, a zagląda do boksów wybudowanych na
początku działalności z grupą Bad Seeds. Rzecz świetna. Bez dwóch zdań.
Potknę się o jeszcze jeden kamyczek. Przy okazji ostatniej płyty Nick
próbował wmówić nam, iż jego pieśni powinno się traktować jako rzeczy
uniwersalne, nie starając się na siłę przyporządkować im adresata. Jednak
taka zwodnicza bezstronność jak nie była możliwa wtedy, tak nie jest
możliwa i teraz. Pytam, do kogo adresowana jest "Sorrowful Wife"? (mógłbym
rzec, iż do Vivianne Carneiro, jednak tego pewien nie jestem, od jakiegoś
czasu nie mam żadnych informacji na temat tego, kto jest towarzyszką życia
Cave'a, a w załączonym na płycie teledysku widziałem obrączkę (obrożę)
na palcu). Jeśli ktoś jest w stanie odpowiedzieć na pytanie to czekam.
Proporcje na nowym wydawnictwie zostały odpowiednio lepiej wyważone niźli
miało to miejsce na poprzedniej płycie. Jej odsłuchiwanie w całości mogło
nużyć. Tu każdy spokojniejszy fragment jest niczym oaza spokoju (w pełni
absorbującego) pomiędzy kilku, w starym stylu zakurzonymi, odjazdami. Mówi
się, że jest to wydawnictwo spokojne, liryczne i zadumane. Może i tak,
lecz moja percepcja inaczej kazała mi je odbierać. Jako powrót do tych
starych, śmierdzących pleśnią, szybką miłością i nożowymi sprawami
historii. Cóż, nic na to nie poradzę, a że mi z tym dobrze... Taki na
przykład "Oh My Lord" to istny majstersztyk rodem z "Henry's Dream". I
choć czasami mamy ochotę krzyknąć: "Nicki więcej czadu, olej Leonarda
(Cohena)!", to i tak mamy do czynienia z niezłym odjazdem. Polecam,
krótko mówiąc, gorąco polecam.
Wspomnieć wypada mi o kolejnej rzeczy, co do której definitywnie upewniłem
się po zaznajomieniu z krążkiem. Otóż onegdaj wprost nienawidziłem
damskich chórków paskudzących (tak myślałem kiedyś) nagrania lubianych
przeze mnie artystów, na przykład Rogera Watersa. Zalewała mnie krew,
gdy zawyła jakaś bladolica piękność. Nie mogłem pojąć, po jakiego gnata
Stonesi zabierali babki na trasy, itd. Aż tu nagle trach i pojąłem. Nie
powiem dlaczego, bo tego nie wiem. Po prostu od jakiegoś czasu owe
uwijające się w niektórych fragmentach panie są wspaniałą przyprawą
na muzycznych daniach. Amen. Pisząc to myślę o genialnym "Hallelujah"
(och, jak ja nienawidzę tych "ochów" i "achów"), które bez udzielającego
się duetu sióstr nie byłby tak samo nęcący jak jest. Jest super końcówka,
gdy przed mikrofonami zostają już same panie. Oj, daleko Kylie Minoque
(to ta umoczona) do takiej klasy.
P.S. Utwór "God Is In The House" pokazuje twarz artysty-kaznodziei,
jego bardzo optymistyczne, obdzielające nadzieją oblicze. Nie jest z
nami jeszcze tak źle w naszym królestwie, gdzie nie może zabraknąć tego
najważniejszego, absolutnego, do którego, jako do ideału, dążyć chcemy
(by nie dać się zwariować otoczeni ze wszech stron przez nie zawsze
dobrą codzienność). Pewnej osobie bardzo spodobałaby się ta płyta.
autor: Tomasz Klimkowski
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
| Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje:
|
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|