Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
82% |
| liczba ocen: |
257 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Paradise Lost "Symbol of Life"
|
Nazwa zespołu: Paradise Lost
Tytuł płyty: "Symbol of Life"
| Utwory: |
Isolate; Erased; Two Worlds; Pray Nightfall; Primal; Perfect Mask; Mystify; No Celebration; Self-Obsesed; Symbol Of Life; Channel For The Pain; Xavier; Small Town Boy |
| Wykonawcy: |
Nick Holmes; Gregor Mackintosh; Steve Edmondson; Lee Morris; Aaron Aedy |
Wydawcy: BMG Entertainment
Rok wydania: 2002
Paradise Lost jest niespodzianką, która za wszelką cenę nie pozwala się siebie spodziewać. Żeby słuchać tego zespołu, wystarczy chcieć być zaskakiwanym. Znowu przypominają o swoim istnieniu panowie, którzy nie symulują jakiegoś "życia" z nosem przy ziemi, ale z cierpkim uśmiechem pod nieistniejącym wąsem (excuse me, Mackintosh) czekają na nasze reakcje. Zbieranie dobrych (drobnych?) recenzji za to, że jeszcze istnieją i robią to, co wychodzi im najlepiej, (przynajmniej od dwóch ostatnich płyt) przestało satysfakcjonować muzyków PL. Czas na nową zupę...
"Symbol of Life" jest udaną próbą wyciągnięcia wniosków z przeszłości. Wielu fanów zostało śmiertelnie pobitych tchnieniem czegoś "nowego" z "Hosta". Wierzącym w nieuchronność zmian zaserwowano "Believe in Nothing" - płytę dyplomatów rozstających się ze starą skórą, którzy nie karczują nieszczęsnych maruderów nie mogących dotrzymać im kroku.
Praca zespołu zaowocowała wydawnictwem spójnym, bardzo eleganckim - nawet w formie książeczki z oryginalnie nadrukowanymi na odwrocie tekstów wężowo-pistoletowymi motywami. Materiał tradycyjnie ciężki (bo zarówno klimat i brzmienie), ale melodyjny, z solidnym szkieletem prawdziwych instrumentów. "Nienawistne" sample są małe i gustowne, jakoś nie bolą. Obecność Joanny Stevens, po przesłuchaniu "Erased", wydaje się czymś tak naturalnym jak oddychanie, zaś w "Two Worlds" Holmesa wsparł Devin Townsend, wokalista z płyty "Sex & Religion" Steve'a Vaia - szkoda, że tak dyskretnie, bo też umie. Nareszcie oś całego przedsięwzięcia tworzą gitary, czasem brudne i klaustrofobiczne ("Primal" i "Perfect Mask"), innym razem przesterowane, zgrzytliwe, drażniące uszy ("Mystify"),czy też rytmiczne, wręcz tańczące (bas w "Celebrate"). Niekiedy Mackintoshowi na końcu palców zdaje się kiełkować coś na kształt solówki...
Użycie tych znajomych środków wyrazu nie oznacza powrotu do grania sprzed 7 lat, ani "trudnej próby 'Hosta'" z 1999 roku. Płyta pobrzmiewa różnymi inspiracjami; zakręconymi, dekadenckimi harmoniami Soundgarden ("Two Worlds"), ilustracyjną ścianą keyboardów i innych instrumentów klawiszowych przywodzących na myśl Faith No More i Sisters Of Mercy. Jeśli ktoś zapragnie kopać głębiej, może usłyszeć Metallikę. Aranżacje instrumentów smyczkowych są jednym z atrakcyjniejszych zabiegów, jakich dokonano na albumie "Symbol Of Life". Bardzo trafnie użyte, wspólnie z klawiszami są głównymi twórcami nastroju. Dzięki nim "Erased", "Mistify", "No Celebration" albo tytułowy "Symbol of Life", brzmią patetycznie i - co może wydawać się paradoksalne - przebojowo. Znienawidzone przez wiele osób małe słówko naprawdę nie wymknęło mi się przez nieuwagę: na drugi dzień po przesłuchaniu płyta "sama się śpiewa".
Teksty na przemian oscylują pomiędzy buntem, bezradnością, poczuciem wyobcowania i melancholijnym, chorobliwym przygnębieniem, emanującym z każdej kolejnej płyty. Do dziś nic nie zdołało wyleczyć przewlekłej depresji Holmesa i niech tak zostanie, bo całemu zespołowi w permanentnym dołku bardzo do twarzy.
Ten melodyjny krążek Paradise Lost jest manifestem niezależności i przekory. Komercją i schlebianiem publicznemu gustowi byłoby w ich wypadku kalkowanie trendu, który sami stworzyli. Kierunek, w jakim podążają, może albo zaprowadzić ich, jak lemingi, na skraj przepaści (jeśli nikt nie uwierzy w intencję rozwoju), albo - w drugiej, bardziej optymistycznej wersji - staną się zawodnikami wagi podobnej do uginającego się pod ciężarem zdobytych medali Linkin Park (zaznaczam: wagi, nie miary).
Po raz kolejny Paradise Lost, mimo stażu i wiedzy, uczy się. Nawet nie próbuję zgadnąć, czego... Na pewno nie jest to praca domowa zadana przez fanów.
P.S. Mój ulubiony felietonista Wańkowicz pisał kiedyś o litewskiej wódce Trisz Divinis, która była mieszanką dwudziestu siedmiu ziół i alkoholu. Z butelki ekstraktu należało zaczerpnąć malutki kieliszek, wymieszać z wyborową, na to miejsce wlać kieliszek czystego spirytusu i spryciarze mieli co popijać do końca życia. W kwestii spożywczej to sytuacja idealna dla konesera, w muzyce - trochę mniej. Posłuchajcie, bo to naprawdę perwersyjna przyjemność, gdy ulubiony rzeźnik przepoczwarza się w baletnicę.
autor: different soil
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|