- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
recenzja: Cold In Berlin "Wounds"
Od premiery minialbumu "The Body Is the Wound" do wydania długograja "Wounds" minęły prawie dwa lata. Jeśli pierwszy miał stanowić zapowiedź drugiego, co delikatnie sugeruje podobieństwo tytułów, odstęp jest spory. W takim czasie Cold in Berlin potrafiłby ponownie zauważalnie zmodyfikować swój styl muzyczny. Nie ma w tym przesady. Po zapoznaniu się z zawartością minialbumu oraz z singlami "Hangman's Daughter", "The Stranger" i "12 Crosses" nadal wolałem się wstrzymać z przewidywaniami, co brytyjski zespół, który do gustu przypadł mi post-punkiem, doom metalem, stoner rockiem i rockiem gotyckim, zaserwuje na swoim piątym długograju studyjnym.
Wspomniana zapowiedź nie polegała na wcześniejszej publikacji części materiału. Żaden kawałek z "The Body Is the Wound" nie powtórzył się na "Wounds". Sam tytuł minialbumu powrócił za to jako refren "The Body". Motyw ran pojawia się jeszcze w "Wicked Wounds" oraz w niepochodzących z żadnej piosenki poetyckich akapitach w książeczce. Można więc założyć, że dla autorki tekstów - wokalistki wystylizowanej na części zdjęć z wnętrza albumu jak postać z japońskiego horroru - istnieje powiązanie między obiema pozycjami z dyskografii zespołu. W muzyce znaleźć jakieś charakterystyczne tylko dla tych dwóch zbiorów utworów elementy wspólne jest już trudniej, niż w słowach. Dla słuchacza "The Body Is the Wound" nie do końca może być przedsmakiem albumu, chociażby przez to, że inaczej brzmi.
Podczas pierwszego przesłuchania "Wounds" narastało we mnie wrażenie, że jednego w tym materiale brakuje. Gdy już wchodził motyw, który w moim odczuciu - jako człowieka znającego dorobek Cold in Berlin i wciąż dość świeżo mającego w pamięci jego publikacje z ostatnich lat - powinien być cięższym riffem gitarowym, gitary tej nie słyszałem. Swoje doznania w takich momentach porównać bym mógł np. do przesłuchiwania koncertowego nagrania o niezadowalającej jakości, a konkretnie - o zbyt słabej czytelności niektórych ścieżek. Trochę skupienia pozwoliło mi się w końcu zorientować, że partie te rzeczywiście zwykle są po prostu wykonywane przez inne instrumenty, niż się spodziewałem, nawet jeśli dobrze pamiętam np. końcówkę "Mysterious Spells" z "The Comfort of Loss & Dust". Może przez gitarę basową, może przez klawisze - i tu dochodzę do drugiego elementu, który mnie zaskoczył. Przy "The Stranger", w połowie albumu, dotarło do mnie, że to, co traktowałem jako zaledwie dodatek, jest czymś więcej. Syntezator, obecny w przybliżeniu w co drugim utworze, stanowi istotną część składową brzmienia "Wounds". Można przyjąć, że taka modyfikacja stylu została zapowiedziana przez "Dream One" z minialbumu "The Body Is the Wound", tylko że po tamtym utworze byłem w stanie oczekiwać po Cold in Berlin prób dalszego zgłębienia industrialnego metalu, a do nich nie doszło. Na "Wounds" syntezatory łatwiej jest powiązać z innymi gatunkami. W "The Body" i "They Reign" słyszę mroczny rock gotycki. "The Stranger", w którym gitara zdaje się być głównie instrumentem wspomagającym względem syntezatora, zalatuje rockiem progresywnym z elektronicznymi pejzażami dźwiękowymi. Ostatecznie mogę przyznać, że "Hangman's Daughter" ma w sobie domieszkę industrialnego rocka, ale nie metalu. Cold in Berlin jakby nieco złagodniał. Na riffy w rodzaju tych z "She Walks" i "The Power" miejsce na obecnym etapie jego rozwoju się nie znalazło. Zamiast tego kwartet zaprosił muzyka działającego jako Bow Church, żeby pograł na klawiszach.
Gdy oswoiłem się z faktem, że "Wounds" ani przez moment nie ekscytuje potęgą gitar znaną z dwóch poprzednich albumów, a w zamian oferuje sporo partii syntezatorowych, mogłem się już skupić na tym, co mi się na najnowszym dziele grupy podoba. Po kilku przesłuchaniach stwierdziłem, że prawie wszystko. Piąty długograj Cold in Berlin to 42 minuty muzyki, z których zastrzeżenia mam tylko do paru ostatnich. Najwyżej nie stawiam żadnego z singli. Moim ulubionym utworem jest "I Will Wait" ze zgrabnym basem i przede wszystkim z przeszywającym głosem wokalistki schodzącej w refrenie stopniowo coraz niżej na jednej sylabie. Maya niezmiennie stanowi mocne ogniwo w składzie. Już w początkowym "Hangman's Daughter" sprawnie razem z gitarą prowadzącą tworzy melodyjną przeciwwagę dla nieco marszowego rytmu. Czasami jej partie wspierane są drugim wokalem - również jej albo męskim - co zwiększa atrakcyjność m.in. "Messiah Crawling". Sama znakomicie sobie radzi np. w nastrojowym "They Reign". Z instrumentalistów tymczasem najkonkretniej często gra Alex Howson, czyli perkusista. Szczególnie podoba mi się, jak przyspiesza we wstawce w "We Fall", ale - podobnie jak wokalistka - zwraca na siebie uwagę już w "Hangman's Daughter", do którego wprowadził trochę urozmaiceń, chociaż dopiero po pierwszym refrenie. W paru przypadkach chciałbym ogólnie pochwalić rytm. Za najciekawszy uznaję ten w "12 Crosses", ale też w "Messiah Crawling" podoba mi się praca sekcji, a i taki drobiazg, jak takty rozdzielające wersy refrenu "The Body", potrafi zrobić nieproporcjonalnie duże do czasu ich trwania wrażenie. Moim trzecim ulubionym momentem - obok refrenu "I Will Wait" i przyspieszenia w "We Fall" - jest spowolnienie w drugiej połowie "The Body". Chociaż "Wounds" w stosunku do "Rituals of Surrender" zdaje się odarty z doomowych elementów, klimat tego gatunku wciąż bywa wyczuwalny.
Single dobrze reprezentują album. "Hangman's Daughter" to udany kawałek zawierający kilka charakterystycznych cech stylu Cold in Berlin z "Wounds". "The Stranger" to syntezatorowe apogeum z niezłym motywem przewodnim i ładnym refrenem. "12 Crosses" najbardziej z tych trzech przypomina mi starsze nagrania zespołu. Trochę w nim post-punka, trochę psychodelii. Wyróżnia go gęsta, niepokojąca atmosfera refrenu. Dźwięki dęciaka, bodaj trąbki, uważam bardziej za ciekawostkę, niż za zaletę. Trochę mnie dziwi, że do promowania albumu nie wybrano mrocznej, rockowej ballady "We Fall" z motywem gitarowym tak wpadającym w ucho, że od razu pomyślałem o utworze jako o potencjalnym przeboju. Dobrych kawałków jest jednak na albumie wystarczająco dużo, by każdy fan Cold in Berlin znalazł kilka dla siebie. Mnie rozczarował tylko końcowy "Wicked Wounds". Tu ciekawy rytm nie wystarczył. Nie jest to pierwszy ani też najlepszy utwór Cold in Berlin z melodeklamacją. Wyszedł z tego zbyt słaby finisz lub przydługie outro.
Jeśli po "The Comfort of Loss & Dust", "Rituals of Surrender" i "The Body Is the Wound" ktoś spodziewał się na "Wounds" metalowych gitar, może się zawieść. Również ilość partii syntezatorów na albumie prawdopodobnie nie każdemu dotychczasowemu miłośnikowi brytyjskiej formacji przypadnie do gustu. Sam wolałbym materiał dalszy od gotyckiego rocka. Niemniej grupa opublikowała bardzo dobry zestaw piosenek, a pomimo kolejnych zmian stylu zespół, może głównie dzięki wokalistce, pozostał sobą - rozpoznawalnym, zachowującym wysoki poziom, niewpadającym w monotonię i dopracowującym kompozycje Cold in Berlin.




