- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
recenzja: Neon Mud "Mud and Black Water"
Jak pewne kalifornijskie kapele otaczały się pustynnym piaskiem, tak warszawski Neon Mud chyba upodobał sobie błoto. Po debiutanckim minialbumie "Out of the Mud" przyszła pora na "Mud and Black Water". Jaki klimat, taka gleba. Sprawdzam stopień zamulenia.
Niektóre zagrywki z "Out of the Mud" przypominały mi m.in. konkretne utwory Kyuss i Soundgarden. Partie instrumentalne z "Mud and Black Water" nie wywołują już u mnie skojarzeń z cudzymi kawałkami, za to nie mogę się pozbyć wrażenia, że początek refrenu "Burning Dinosaur Bones" to wariacja na temat "The Pretender" Foo Fighters - w większości te same słowa, podobnie zaśpiewane. Może Amerykanie powinni potraktować konkurencję poważnie, bo z tych dwóch piosenek wolę dzieło Neon Mud. Żeby się zorientować, że "Takodana Drifter" zaczyna się dwoma pierwszymi wersami "Changes" Black Sabbath, musiałem się już bardziej wysilić. Czy to świadomy hołd dla idoli - nie wiem. Sam utwór - jak ustaliłem, analizując tytuł z pomocą wyszukiwarki internetowej - nawiązuje do świata "Gwiezdnych wojen", od kilku lat zbyt rozbudowanego, żebym za nim nadążał i rozumiał, o co chodzi. Wiem tylko, że błoto powinno być łatwo znaleźć na Dagobah. Bez problemu natomiast wyłapałem cytaty dotyczące nuklearnej zagłady w "Destroyer of Worlds". Do postapokaliptycznej tematyki nawiązuje też okładka. Powiększone fragmenty ilustracji wykorzystano dodatkowo jako tło dla tekstów w książeczce.
Trzej panowie - na jednym zdjęciu jawnie łysi, a na drugim już nie, bo w nakryciach głowy - stylem na "Mud and Black Water" swoich fanów nie zaskakują. Album to 38 minut stonerowo-doomowego grania. Drugi z tych gatunków szczególnie wyczuwalny jest i raduje uszy w riffie w "Dead by 33". Szybkich temp Neon Mud unika, a moim ulubionym kawałkiem jest bodaj najwolniejszy - "Destroyer of Worlds". Miłośnicy groove'ów najwyrazistszy otrzymują w "Burning Dinosaur Bones". Muzykiem pierwszoplanowym na albumie jest Zwierzak - i jako główny wokalista, i jako gitarzysta. Solówką ozdobił średnio co drugi utwór. Z riffów wyróżnić można jeszcze ten z "The Cult", chociaż trwale w pamięci mi się raczej nie wyryje, oraz energicznie wcinający się seriami wyższych dźwięków między wersy zwrotek w "Takodana Drifter". Growling słychać w niektórych refrenach, a trochę więcej w "Mud and Black Water". Z drugiej strony Zwierzak czasami ociera się - bynajmniej nie parodystycznie - o crooning, zwłaszcza w "Green River". Ma to swój urok, ale na dłuższą metę można z żalem stwierdzić, że energii muzyce to nie dodaje. Głosy ludzkie trafiły na album również w formie sampli, podobnie jak na "Out of the Mud".
Nowością jest syrena, zastosowana w refrenie "Dead by 33". Za większe zaskoczenie można by uznać obecność saksofonu w "Destroyer of Worlds", ale sam na jego partię zwróciłem uwagę dopiero po kilku przesłuchaniach, i to głównie przez to, że przeczytałem o niej w książeczce. Z instrumentu wydobywa się tylko jednostajny dźwięk, niewybijający się ponad pozostałe. W tym samym utworze i w "Vengeance Is Mine" słyszę chyba podobnie subtelne klawisze. Większym urozmaiceniem albumu jest początek tytułowego kawałka - z bębnami na tle odgłosów deszczu. Trochę szkoda, że dalsza część kompozycji to z powrotem typowy utwór Neon Mud. Nadzieję na wzbogacenie klimatu daje jeszcze spowolnienie w końcówce "Takodana Drifter", ale zespół dąży w niej już tylko do wyciszenia, bez fajerwerków. Małe rozczarowanie w finiszu albumu można jednak wybaczyć, skoro początek nie jest lepszy. Stonerowy "Vengeance Is Mine", pomimo niezłych momentów gitarowych, żadnej części ciała nie urywa.
Kto zna "Out of the Mud" i późniejsze dwa samodzielne single Neon Mud, ten wie, czego się należy spodziewać po "Mud and Black Water". Ponad wierność swojemu stylowi zespół niestety wiele nie oferuje. Album to zestaw poprawnych piosenek, który słuchacza może - zależnie od jego nastroju - lekko znudzić albo, co bardziej prawdopodobne, delikatnie umilić mu czas. Skrajnych emocji nie wywoła. Dobrze, że tercet robi swoje, jakby się niczym nie przejmował, ale materiał za mało zapada w pamięć.




