zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 22 listopada 2017

recenzja: Anathema "The Optimist"

14.07.2017  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Anathema
Tytuł płyty: "The Optimist"
Utwory: 32.63N 117.14W; Leaving It Behind; Endless Ways; The Optimist; San Francisco; Springfield; Ghosts; Can't Let Go; Close Your Eyes; Wildfires; Back to the Start
Wykonawcy: Daniel Cavanagh - fortepian, gitara, wokal; Vincent Cavanagh - instrumenty klawiszowe, gitara, wokal; Jamie Cavanagh - gitara basowa; Lee Douglas - wokal; John Douglas - instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne; Daniel Cardoso - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Kscope
Rok wydania: 2017
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Miałem koszmarny, męczący sen. Danny i Vincent Cavanagh postanowili zdjąć łyżwy i uciec z rozmarzonej Narni. Słuchając ostatnich kilku płyt dawnych kumpli z Peaceville i MFN, czyt. Paradise Lost, postanowili zamknąć rodzinną, muzyczną cukiernię, prowadzoną wespół z młodszą siostrą Johna Douglasa, i zadzwonili po Darrena White'a i Duncana Pattersona. Potem, wracając w glorii chwały, pierdolnęli sobie rewelacyjny, przekrojowy materiał na dwa wokale, łączący najlepsze momenty kariery od "Crestfallen" po "Eternity". Wtem jednak odezwał się telefon z wytwórni, a w słuchawce zamiast Hammy'ego odezwał się Tomasz Zubilewicz cedząc przez swoją diastemę, że mają nagrać nowe "Weather Systems", bo spodobało się Dorocie Wellman i Marcinowi Prokopowi, a jeżeli nie potrafią, to przynajmniej niech zrobią powtórkę z "Distant Satellites". Ponoć sny to między innymi odzwierciedlenie marzeń i lęków, w tym wypadku moich. W łapach dzierżę ani trochę nierzucające się w oczy pudełko z najnowszą propozycją Anathemy, przewrotnie zatytułowaną "The Optimist", i po trosze z lekkim zawodem, ale i przede wszystkim z ogromną ulgą stwierdzam, że Angole w żadną ze skrajności nie popadają, ba - dźwiękowo nawet się do nich nie zbliżają.

Prasówki zapowiadały "The Optimist" jako kontynuację dla wielu ostatniej w pełni udanej płyty Anathemy - "A Fine Day To Exit", co zresztą potwierdzają sami twórcy. Ale o ile koncept historyjki rozpoczyna się w miejscu kończącym wydawnictwo sprzed 16 już lat, o tyle pod względem muzycznym próżno tutaj szukać jakichś oczywistych paraleli.

Ale od początku. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę już w sekundę po wybrzmieniu zapodanego pod koniec marca singla "Springfield", to produkcja nadająca muzyce Anathemy tego niepowtarzalnego czaru, jaki roztaczała w moim mniemaniu ich najlepsza pod tym względem płyta - "Judgement". Krystaliczna czystość, przestrzeń, doskonałe uwypuklenie wszystkich instrumentów, siła klimatu. Po prostu bomba. Co do samych kompozycji - odetchnąłem, bo "Optymista" nie jest boleśnie przewidywalny, a do owej przewidywalności niebezpiecznie zbliżały się już na całego dwa poprzednie krążki ("Weather Systems", "Distant Satellites"), które mimo tej wady i tak polubiłem. Owszem, muzyką znów w ogromnej większości steruje zwiewność i delikatność, wzmacniane głosem Lee Douglas, ale bez skręcającego kichy słodzenia bądź silenia się na hity. To, czego sam poszukiwałem od zawsze na płytach Anathemy, to emocjonalny ferment, niepokój, drażnienie ośrodków mózgowych odpowiedzialnych za obrazy powstające pod zamkniętymi powiekami oraz płynna "wynikowość" kawałków następujących po sobie. Zawsze, kiedy pojawia się kolejny krążek zespołu, robię taki test - siadam sobie wygodnie, zakładam słuchawki i wyczekuję bombardowania wzruszeniem, nostalgią i organicznym pięknem. Takie właśnie momenty udaje mi się odnaleźć na tej płycie.

Już sam początek "The Optimist" wprowadza nerwową atmosferę przy pomocy zastosowanych we wstępie "32,63N 117,14W" "elektropatentów" (plumkania, beaty, sample etc.). Oto okazuje się, że tragiczny bohater "A Fine Day To Exit" nie zakończył swojego żywota w morskich odmętach. Ciężko zipiąc wsiada do pozostawionego na plaży samochodu, nerwowo poszukując stacji radiowej, ostatecznie odnajdując audycję z muzyką Braci, która dynamicznym, galopującym rozpaczą, zaskakująco drapieżnym "Leaving It Behind", namawia go, żeby zostawić wszystko za sobą. Dalej w ogromnej większości materiału zapada nad nim mieniący się klimatycznymi barwami woal refleksji, nostalgii i melancholii. "Endless Ways", numer tytułowy - wszędzie pierwsze "skrzypce" gra fortepian Danny'ego Cavanagha i wokalizy Lee Douglas. Wszystko zaaranżowane jest z wielkim smakiem i - wbrew tytułowi albumu - pozbawione banalnej "cukierkowatości". Partie żeńskie są wykorzystane bardziej jako kolejny instrument i na tyle subtelnie, że czasami wręcz nie zauważam ich istnienia ("Springfield"). W pewnym momencie efekt rozmarzenia, wsparty symfonicznymi smaczkami, jest na tyle dominujący, że mam wrażenie obcowania wręcz z rozmachem muzyki filmowej ("Ghosts", finałowy, jedenastominutowy "Back To The Start"). Najważniejsze okazują się prawdziwe emocje, których pozornie spokojna eskalacja następuje na pułapie przepięknego, ozdobionego genialną, acz prostą zagrywką fortepianową "Close Your Eyes", i horyzontalnie przestrzennego "Wildfires", przy którym nawet przydrożny kamień łzę uroni.

Nie wiem, czy "The Optimist" to płyta na miarę naszych czasów. Nie mam tutaj na myśli wymiaru jej zajebistości lub - jakby wielu wolało - chujowości. Bardziej chodzi mi o wymiar praktyczny w podchodzeniu do muzyki. Dzisiaj wszystko zapierdala w zawrotnym tempie. Słuchasz teasera na YouTube, trawisz dźwięki, wydalasz, zapominasz itd. Anathema proponuje tym razem płytę dla słuchaczy... którzy mają czas. Słuchanie tych nagrań po łebkach, w roztargnieniu, nie zaprowadzi was do żadnych konkretnych wniosków, prócz takich, że Brytole nagrali sobie kolejny ładny album, przy którym dobrze się zasypia, względnie na który można od biedy połasić się na wyrwanie jakiejś romantycznej dupy. Ja jakimś cudem ten czas wygospodarowałem i nie żałuję. W ogólnym rozrachunku rozpoznałem w niej wszystko to, za co pokochałem ten zespół ponad 20 lat temu, a więc szczere, piękne, niezniszczone komercyjnym plastykiem emocje. Choć zespół ten tak drastycznie zmieniał z płyty na płytę środki ekspresji (od doom-deathu aż po lekkiego rocka), w centrum pozostało to samo bijące w rytm melancholii serce. Takiego poruszenia nie czułem od czasu premiery, w moim mniemaniu opus magnum Braci, płyty "Judgement" 18 lat temu. Nie powinniście się specjalnie nastawiać do tej płyty (sercem czy dupą)... Powinniście po prostu ofiarować jej swój czas... A jeżeli nie? Cóż... Nowy Incantation już na dniach.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Anathema "The Optimist"
bandrew78
bandrew78 (wyślij pw), 2017-11-14 01:52:22 | odpowiedz | zgłoś
Nie pisałem wcześniej o recenzowanej płycie, bo po początkowym miłym zaskoczeniu kilka przesłuchań wystarczyło jednak do stwierdzenia, że zgadzam się z większością postawionych już tutaj wobec niej zarzutów i tak w zasadzie nie chce mi się do niej wracać.

A jednak piszę dlatego, że jestem świeżo po koncercie Anathemy w Gdańsku i trudno być mi tytułowym optymistą, tak wiele rzeczy nie zagrało. Kwestia repertuaru opartego w dużej części na ostatniej płycie była oczywista i nowe kawałki w wersji live według mnie nie obroniły się, brzmiały tak jak na płycie sztucznie i bez emocji (może poza "Endless Ways", to jednak zasługa Lee, która ogólnie dawała radę). Ale to wierzchołek góry lodowej. Brzmienie co chwilę szwankowało (a grali w klubie, w którym z reguły jest pod tym względem dobrze). Daniel kaleczył przez blisko pół koncertu partie klawiszowe, nie zgrywał się z resztą zespołu, jego solówek prawie nie było słychać i w ogóle sprawiał wrażenie znudzonego i nieobecnego, aż w końcu sam przyznał, że jest zmęczony (potem trochę odżył i było już z nim rzeczywiście lepiej). Grali bez klawiszowca, co oznaczało, że Vincent i Daniel co chwilę porzucali gitary i chwytali za klawisze w numerach, które często oparte są przecież na partiach dwóch wioseł. Wracając do repertuaru - dobór numerów w końcowej fazie koncertu był dziwny i napięcie jak dla mnie zupełnie siadło, zresztą nie tylko dla mnie, bo dawno nie widziałem tylu osób chodzących jeszcze w trakcie koncertu po ciuchy do szatni czy po prostu wychodzących z sali. Nawet "Fragile Dreams" na sam koniec pomogło połowicznie, bo zabrzmiało jakoś tak "pokracznie", zwłaszcza jak na tak prosty numer. Po części wspomniana reakcja dużej części publiki to zapewne "zasługa" długości występu - grubo ponad dwie godziny nawet dla zespołu w formie jest ryzykowne, dla Angoli w aktualnej dyspozycji to istne samobójstwo (jeżeli grają tak codziennie, to może stąd zmęczenie Daniela?).
Żeby nie było, że wszystko wyszło do dupy - w środkowej fazie koncertu niektóre numery z "A Fine Day to Exit", "A Simple Mistake" (szkoda, że na jedną gitarę) czy "The Beginning of the End" wypadły naprawdę fajnie i przypominały, że Angole jeszcze całkiem niedawno potrafili czarować swoją muzyką.
Ostatnia płyta i ten koncert niestety prowadzą mnie do smutnego wniosku, że ta kapela pod względem twórczym umiera. I tak jak ogólnie nie lubię marudzenia w tego typu sprawach, bo szkoda na nie czasu, tak tu nie mogę się powstrzymać, bo jestem z tym zespołem od czasów "Serenades", bardzo dużo dla mnie znaczy (znaczył?) i jest mi po prostu kurewsko smutno, że tak to teraz z nimi wygląda (a na powrót w stylu np. Paradise Lost raczej w ich przypadku nie ma co liczyć).

I żeby nie kończyć marudzeniem - warto się było mimo wszystko wybrać na wspomniany koncert. Alcest dał (po raz kolejny) bardzo fajny, klimatyczny, pełen naturalności i radości grania występ, uwypuklający tylko wszystkie problemy gwiazdy wieczoru.
re: Anathema "The Optimist"
Wolrad
Wolrad (wyślij pw), 2017-11-14 12:13:25 | odpowiedz | zgłoś
Dobrze, że nie byłem.
Oglądać taki zespół w słabej formie,
to pozostaje niesmak na lata.
re: Anathema "The Optimist"
jarema37 (wyślij pw), 2017-11-14 15:25:51 | odpowiedz | zgłoś
Nawet sie nie wybierałem (tak sie pochwalę przenikliwością i przewidywaniem :P).
Szkoda. Taki zespół. Byłem na ich kilku koncertach. Bywało różnie, ale nigdy bardzo słabo
re: Anathema "The Optimist"
Lukasss
Lukasss (wyślij pw), 2017-11-14 19:04:14 | odpowiedz | zgłoś
Eh, czyli jednak dobrze, że nie poszedłem :) Mimo wszystko żałuję tego "Barriers"... To, że Anathema jest w głębokim twórczym kryzysie, było słychać już na poprzedniej płycie, gdzie ponad połowę materiału można było spuścić w kiblu bez żadnej straty. Ale tam były chociaż bardzo dobre momenty, obecny album można spuścić w kiblu w całości, bo nie ma na nim ani minuty godnej zapamiętania. Zespół potrzebuje solidnego kopa, zamiast tego jest głaskany po głowie - właśnie dostał kolejną nagrodę za prog-rockową płytę roku. Chryste, nie chciałbym słyszeć konkurencji.

Koncertowo, jeszcze niedawno zespół był w stanie nieźle chwycić za gardło, już w tej obecnej estetyce, więc stawiam na zmęczenie materiału - Polska wypadła pod sam koniec długiej trasy, na której grali bardzo długie koncerty. Pech. Daniel też nie jest w życiowej formie, to wiadomo od dłuższego czasu.

Na koniec fragment znalezionej w sieci recenzji koncertówki "Universal" (bardzo dobrej zresztą): "Świetna forma Anathemy w ostatnich latach. Podczas gdy takie zespoły jak Katatonia, My Dying Bride, Paradise Lost, The Gathering, Porcupine Tree, Pain of Salvation czy Opeth albo dogorywają, albo mają swoje problemy (...)" (by Michał "Telperion" Nowak). Cholera, jak można się pomylić. Patrząc na dzisiejszą formę PL, MDB czy Opeth, to Anathema nie dogorywa, ale już leży w grobie.
re: Anathema "The Optimist"
adc (gość, IP: 217.96.203.*), 2017-10-31 15:19:35 | odpowiedz | zgłoś
może ktos wreszcie napisac czy fani płyt zespolu do A fine day.... mają sluchac tej płyty czy nie?
re: Anathema "The Optimist"
Wolrad
Wolrad (wyślij pw), 2017-10-31 17:31:18 | odpowiedz | zgłoś
A nie można samodzielnie tego sprawdzić? Bez przewodnika i instrukcji nie da rady?
re: Anathema "The Optimist"
Kropek (gość, IP: 5.172.255.*), 2017-10-31 22:42:31 | odpowiedz | zgłoś
Nie powinni adc, jak zwykle przerost formy nad treścią, nuda, nie dość że słabe pomysły to jeszcze zapętlone z jakąś obsesyjną zawziętością typu gitara lub klawisz gra dwie nutki na nieciekawym tle przez kilka minut. Nie wiem o co chodzi, co ludzie widzą w tym zespole, bo sentyment też musi mieć swoje granice. Album brzmi jak parodia progresywnego rocka, jakby ludzie bez odpowiednich umiejętności i warsztatu porwali się na stylistykę która ich przerasta.
re: Anathema "The Optimist"
Lukasss
Lukasss (wyślij pw), 2017-11-10 22:03:37 | odpowiedz | zgłoś
Heh, "A Fine Day to Exit" to moja ulubiona płyta Anathemy, zatem będę robił za jednoosobową, kompletnie nieobiektywną wyrocznię. Nie! Nie! Nie! Jestem wciąż w kropce, czy poświęcić te 150 złotych + dodatki na koncert Anathemy za kilka dni, i żeby podjąć decyzję, katuję się (to odpowiednie sformułowanie) ostatnią płytą. Pierwsze kilka przesłuchań jakiś czas temu przyniosło wniosek w stylu "nudny kloc". Im więcej tego słucham, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ta płyta to wydmuszka - pusta, nadęta, kompletnie niewarta uwagi. Gorzej, zgadzam się (wyjątkowo?) z kolegą Kropkiem - to obsesyjne zapętlanie motywów, które naprawdę nie są tego warte, potrafi zabić. Na Twoim miejscu trzymałbym się z daleka :D
re: Anathema "The Optimist"
RadomirW (gość, IP: 89.64.13.*), 2017-11-11 09:52:26 | odpowiedz | zgłoś
Akurat na ostatniej tego zapętlania jednego motywu jest jakby trochę mniej w stosunku do dwóch poprzednich, na których praktycznie każdy kawałek bazował na progresywnym motywie "bolero". Problem tej płyty to brak emocji i pasji w grze muzyków i dobrych pomysłów na rozwój muzy Anathemy. Słychać to jeszcze mocniej jak się tę płytę porówna do solówki Danny'ego.
re: Anathema "The Optimist"
lord wintermoon (gość, IP: 31.179.245.*), 2017-10-17 22:44:41 | odpowiedz | zgłoś
płyta Daniela Cavanagh "Monochrome" z dodatkiem wokalu Anneke v.G zawiera wiecej procentowo Anathemy niz sama Ana. thema na "The Optimist"...
« Nowsze
1