zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 13 listopada 2019

recenzja: Deicide "Till Death Do Us Part"

5.03.2011  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Deicide
Tytuł płyty: "Till Death Do Us Part"
Utwory: The Beginning Of The End; Till Death Do Us Part; Hate Of All Hatreds; In The Eyes Of God; Worthless Misery; Severed Ties; Not As Long As We Both Shall Live; Angel Of Agony; Horror In The Halls Of Stone; The End Of The Beginning
Wykonawcy: Glen Benton - wokal, gitara basowa; Steve Asheim - instrumenty perkusyjne, gitara; Jack Owen - gitara; Ralph Santolla - gitara
Wydawcy: Earache Records
Rok wydania: 2008
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

Na chwilę zapomnijmy o wszystkich kontrowersyjnych wątkach kariery Deicide. Nie wypominajmy mielizn wydanych celem szybkiego sfinalizowania kłopotliwego kontraktu z Roadrunner Records ("Insineratehymn", "In Torment In Hell"), lekceważącego stosunku do fanów co rusz manifestowanego przez Glena (dla niektórych Betona) Bentona czy koncertowe afiszowanie się w/w w koszulach ze smokami lub w hawajskie baja-bongo. W konsekwencji stańmy na pozycji bezkrytycznego wielbiciela, który jest w stanie nie tylko wszystko wybaczyć, ale także łyknąć każdy przebłysk z obozu swoich ulubieńców. Innymi słowy podejdźmy do "Till Death Do Us Part" dając mu fory i mając nadzieję, że będzie co najmniej tak dobry, jak poprzedzający go "The Stench Of Redemption" - a więc płyta czopek, która w końcu dała radę zatwardzeniu, jakie męczyło twórców "Legion" w latach 1999 - (przynajmniej) 2004 lub 2006 (jak kto woli). "Fanowska" wiara, nadzieja, miłość i idę do Ciebie Zły Panie, wciąż i wciąż - Till Death Do Us Part. Patetycznie? Być może, ale będąc skutecznie umazanym "Smrodem Odkupienia" można się było pokusić o takie stanowisko.

Tymczasem kochanek na "Till Death..." znów zawodzi. Więcej - to miłość jednostronna lub starannie wyrachowana. Nie może być inaczej - krążek w 5 wersjach kolorystycznych, w środku opakowania naszywka "Benton For President". Jest też kilkadziesiąt minut death metalu, zapowiadanego przez Earache Records jako powrót do intensywności "Legion", ale co tu dużo mówić, tyle ma to wspólnego z prawdą, co słowa Newsteda, który przed wydaniem "Reload" twierdził, że to nowe "Master Of Puppets" (w nagrywaniu którego notabene udziału nie brał). Owszem, pierwszymi dźwiękami w postaci klimatycznego, instrumentalnego intro ("The Begining Of The End") Deicide spełnili moje nadzieje, czyli poszli w stronę "The Lords Sedition" z poprzedzającej "Till Death Do Us Part płyty". Ale trwa to na jakieś 2-3 minuty. Świetne brzmienie, szczególnie "garków", odwiecznie rewelacyjny wokal największej satanistycznej świni w historii grania, po posłuchaniu którego chce się porozbijać wszystkie święte obrazki w domu, ale jak już aperitif przemija i nadjeżdża danie główne, to człowiek głupieje.

Nie wiem, ale wkładanie wałka tytułowego zaraz po wstępie i miażdżące, magmowate brzmienie od razu przywodzi na myśl "Once Upon The Cross". W stosunku do popisów ze "Stench..." w pewnym sensie zmieniły się partie solowe Ralpha Santolli. Nadal są melodyjne, ale - chyba pod wpływem zarzutów kierowanych przy okazji poprzedniego krążka - nadano im bardziej połamane szlify i zwariowane kontrasty. Mimo tego "klasycznego" podejścia do sprawy, odbiór jest wybitnie trudny. Z pozoru wszystko jest na swoim miejscu, a powiewy piekielnych nawałnic zrywają skórę z mordy. W niektórych momentach muza nawet chce się ocierać o "Legion"... ale nie może. Zdecydowanie za dużo w niej schematu, topornego wywijania ogonem bez bliżej określonego celu. W zasadzie mogę powiedzieć to, co Hetfield w filmie "Some Kind Of Monster" chwilę przed tym, jak Lars nazwał go kompletnym kutasem - "nie słyszę niczego wielkiego w tych riffach". Podoba mi się to "nanananana" w tym kawałku, ale już w drugim "tetrtetre" zaczyna zwyczajnie nudzić.

W przypadku "Till Death Do Us Part" nawet po kilkudziesięciu próbach człowiek prócz intro i outro nie jest w stanie zanucić melodii (kiedyś mógł nawet przy "Revocate The Agitator", a już na pewno "When Satan Rules His World"), spamiętać riffu, przejścia perkusji - czegokolwiek. To niesłychane. Przecież od death metalu tak wiele się nie wymaga. Dwie gitary, basik, perkusja, frontman potwór i w zasadzie rzecz powinna działać sama (patrz: Abscess). Deicide nigdy nie byli Immolation czy Nile, czy zupełnie już Morbid Angel. Oni produkowali piekło, niszczyli chrystianizm i w zasadzie to tyle. Zrobili jeden wybitnie nieszablonowy materiał ("Legion"), po którym sami zwymiotowali, dając sobie spokój z takim graniem.

Jeśli miałbym jakoś porównać tę płytę do poprzednich, to niestety jawi mi się koktajl "Once Upon The Cross" łamane przez "Insineratehymn". Pierwsza z ocierała się o "bardzodobrość", ale niczym wyjątkowym nie była, druga zaś epatowała nudą większą niż bierki, sudoku i ekranizacja powieści Grocholi w jednym. Co więcej, to wszystko jest na tej płycie, ale jakoś tak bez składu polepione i sprytnie ukryte pod płaszczykiem zwariowanych zagrywek. To jak konstrukcja cebuli. W tym wypadku pierwsza powłoka - miażdżąca wichura (brawo!), następnie sztampowy motyw przewodni i solówka (zdecydowana nagana) i warstwa wierzchnia, czyli nałożone na to wszystko pogięte gitary, mające dać posmak zakręcenia, ale w zasadzie robią to tak nieudolnie, że bardziej słuchacza zajmie kwestionowanie takiego ich użycia.

W ten sposób Deicide nabierają słuchacza, robiąc płytę, która śmierdzi na kilometr protools, a dla mnie jest takim deicidowym, poskładanym jak puzzle, "St. Anger". Jest jeszcze ciężej niż ostatnio, napierdalamy, sklejamy, kończymy i weź Ralph zapodaj z 200 kilo solówek, tylko wiesz, takich zjechanych bardziej, żeby nie pasowały do całości. Może Asheim i Benton naczytali się recenzji polskich speców od metalu, którzy odmawiali im prawa do zmiany stylistycznej w typie Vital Romains. W konsekwencji - może "Till Death Do Us Part" miał być remedium na ten stan świadomości społecznej kreowanej przez media. Ostatecznie nieważne, bo nie wyszło. Płyta kupy się nie trzyma, jest oczywiście o wiele brutalniejsza i szybsza niż "Insineratehymn" lub "In Torment In Hell", ale pod względem poziomu kompozycji to w kategoriach słabizny to samo mało ciekawe trawestowanie własnego kultu.

Po konsumpcji czuję się zmiażdżony i umęczony, ale w innych kategoriach - jakby mamut zrobił mi kloca na klatę. Leżę rozwalcowany, w dodatku śmierdzi mi z mordy i najchętniej, w myśl zasad BHP, wskoczyłbym do rwącego potoku, nawet powermetalowego (tfu!). Tragedii nie ma - przeciętniactwo jak najbardziej. Defekacja z dużym posmakiem robienia "na siłę".

Komentarze
Dodaj komentarz »
Mała sugestia:)
CoyoteXXV (wyślij pw), 2011-03-06 19:42:55 | odpowiedz | zgłoś
Megakruk - nic nie mam do twojej opinii i oceny, przecież każdy ma swoje fetysze:) Niemniej jednak wadą twoich recenzji jest niepotrzebne sięganie po najmniej istotne sprawy z wyciąganiem brudów muzyków włącznie... I nie traktuj tego jako zarzut, to tylko sugestia. Zarzuty o hawajskie koszulki Glena są mało potrzebne i pozbawione sensu w recenzji, podobnie jak to miało miejsce w twojej recce "Necropolis" gdzie 95% treści to nawracanie do przeszłości, do poprzednich płyt i poprzednich członków składu Vader, temat Behemotha, analizowanie decyzji zatrudnienia Paula czy jak by to wyglądało gdyby zagrał Vogg... w sumie o samej zawartości krążka nie było nic co mogłoby pomóc osobom które go nie słuchały a tym bardziej zachęcić... Obszerne relacje biograficzne przesłaniają meritum sprawy, temat recenzowanej płyty schodzi na dalszy plan i ostatecznie wygląda to mało profesjonalnie. Czy nie lepiej się skupić na "tu i teraz"? Pamiętaj, że to nie atak z mojej strony - przyjazna sugestia:) Styl masz okej, potencjał też ale czasem cię ponosi. Pozdro.
re: Mała sugestia:)
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2011-03-06 20:36:41 | odpowiedz | zgłoś
Witam użytkownika! Big thx za radę, ale.....w kontekście mojej osoby jest ona bezprzedmiotowa. Po pierwsze i na pierwszym miejscu nie jestem recenzentem, jestem przede wszystkim fanem muzyki, przeogromnym fanem i także fanowski charakter mają moje recenzje. Recenzentem jestem w jednym promilu i to na końcu. Nie zależy mi na profesjonalizmie, rozumianym na tych łamach przez użytkowników w rozmaity sposób, w zależności od tego w czym się z piszącym nie zgadzają. Tym ja się różnię od recenzenta zwanego recenzentem, że nie dystansuję się do opisywanej materii i nie silę się na zakłamany obiektywizm. Czemu mogę sobie na to pozwolić? Bo nie biorę za to kasy, po drugie zaś muzyka to nie matematyka lecz emocje i palety uczuć jakie dookoła siebie w wielu sferach i aspektach gromadzi. Dlatego opisy preferuję barwne i wykraczające poza samą płytę, w przypadku Vader komentujące sytuację dookoła, w przypadku Deicide opinie o nich krążące. Tutaj nie powinno być żadnych zasad - to jest rock'n roll.
re: Mała sugestia:)
CoyoteXXV (wyślij pw), 2011-03-06 21:26:44 | odpowiedz | zgłoś
Spoko, rozumiem i sam częstokrotnie wrzucam do "recenzji" coś od siebie poza treścią właściwą, ale dozuję to w miarę proporcjonalnie - również jestem recenzentem amatorem i jestem przede wszystkim fanem tak jak ty:) Sam np. miewam problemy z zachowaniem w swoich tekstach obiektywizmu a jeśli już staram się go użyć i odchodzę tym samym od pewnych stereotypów oraz norm - kiedy krytykuję coś, co powszechnie uchodzi za genialne i święte to niestety wtedy zarzuca mi się kompletny brak obiektywizmu... czyli efekt odwrotny od zamierzonego. Cenię sobie szczerość w recenzjach i odwagę w wyrażaniu nawet najbardziej kontrowersyjnych opinii - tak swoją drogą.