zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 16 listopada 2019

recenzja: Falkenbach "...magni blandinn ok megintiri..."

11.05.2000  autor: szalony KaPelusznik
okładka płyty
Nazwa zespołu: Falkenbach
Tytuł płyty: "...magni blandinn ok megintiri..."
Wydawcy: Mystic Production, Napalm Records
Rok wydania: 1998
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 5

Oj zawiodłem się na Falkenbachu, zawiodłem. Po wysłuchaniu Otyga i zachwalaniach Falkenbach myślałem, że "...magni blangin ok megintiri.." będzie o niebo lepsze, a tu coś takiego...

Okropne brzmienie perkusji - niczym najgorsza karta muzyczna do PCta. Plask, plask. Bleee... We wkładce nic nie ma na temat perkusisty, więc nie wiem, czy takowy istnieje. Praca perkusji prymitywna i zupełnie mi się nie podoba.

Miejscami okropne brzmienie klawiszy - te smyczki pizzicato to w techno się słyszy, a nie w metalu. W większości przypadków brzmienie znośne, ale trochę za ciepłe i grube. Takie milutkie... Gdzie tu ogień muzyki ludowej, ten zapał... Gdzie?

Wokal... Ciągle taki sam. Czasem growling, ale najczęściej pseudo-folkowe zawodzenie, ale ciągle takie samo. To tyczy się też muzyki - ciągle te same akordy. Gdyby nie zmiany stron, to pomyślałbym, że to ciągle ten sam utwór. Granie muzyki folkowej nie polega na graniu jednego tylko układu akordów.

Nie rozumiem tej płyty. Przerywniki klawiszowe są jeszcze do zniesienia. Część utworów (chyba dwa - bo trochę się jednak różnią :)) wpada w ucho i zapada w pamięć. Ale co z tego, jeżeli Falkenbach sądzi, że granie folku to granie prymitywne. Walenie akordów na gitarze z przesterem wcale tu nie pomaga. Ogólnie - nie polecam.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Moja recenzja
Stary Metal (gość, IP: 89.228.212.*), 2009-06-20 19:09:14 | odpowiedz | zgłoś
Oj Panie recenzencie, krew mnie zalewa gdy czytam takie bzdury, jakimi nas uraczyłeś. Ale po kolei.

Po pierwsze - sprawa perkusji. Falkenbach to przedstawiciel Viking metalu, czy jak kto woli pagan/folk black metalu. Bardzo częstym i charakterystycznym zabiegiem w tego rodzaju muzyce jest prosta i nieskomplikowana gra perkusyjna. Stopa, stopa, werbel; stopa, stopa przejście itd. Mamy do czynienia z tego typu perkusją w tak wybitnych i znanych płytach jak choćby "Worship Him" Samaela, "A Blaze in the Northern Sky" Darkthrone'u czy pierwszej płycie Burzuma.
Jest to typowe dla black metalu i nie widzę żadnych powodów dla których zespół Falkenbach miałby to zmieniać.

Po drugie: Klawisze - cyt. "W większości przypadków brzmienie znośne, ale trochę za ciepłe i grube. Takie milutkie... Gdzie tu ogień muzyki ludowej, ten zapał..." Jako ogromny fan muzyki ludowej (szczególnie z kresów) zdecydowanie nie zgadzam się z Tobą. W muzyce folkowej mamy właśnie dużo ciepła, wręcz miłości (dlatego tak kocham black/folk - dwa przeciwieństwa). Przecież utwory folkowe to w głownej mierze opis kontaktu człowieka z przyrodą (góry, morze, zwierzęta) oraz etniczne historie z dawnych czasów (jak to Hanka poślubiła Maryjana itp.). Gdzieś ty w muzyce folkowej słyszał ogień - w Behemoth'cie?

Po trzecie: vocal - cyt. "Ciągle taki sam. Czasem growling, ale najczęściej pseudo-folkowe zawodzenie, ale ciągle takie samo". Taa, growl (nie growling - częsty błąd, który recenzentowi nie wypada) i folkowe "zawodzenie" to to samo... Ja powiem tak - na płycie tej mamy do czynieia ze wspaniałą zmianą barw i stylów głosu wokalisty. Kawałki trwają długo, przez kilka minut sycimy nasz umysł pięknymi opowieściami, które wokalista wykonuje perfekcyjnie (miły folkowy śpiew), wtórują nam przy tym doskonałe chórki w stylu choćby Bathory z "Hammerheart". I nagle po tych kilku minutach wokalista daje popis swojego growla - czystego i bardzo wpasowującego się w styl i klimat muzyki - doskonałość.

Polecam płytę, jest doskonała w każdym względzie.