zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 22 lipca 2018

recenzja: Green Carnation "The Acoustic Verses"

3.10.2011  autor: Kępol
okładka płyty
Nazwa zespołu: Green Carnation
Tytuł płyty: "The Acoustic Verses"
Utwory: Sweet Leaf; The Burden Is Mine... Alone; Maybe?; Alone; 9-29-045; Childs Play Part III; High Tide Waves
Wykonawcy: Tchort - gitara akustyczna; Stein Roger Sordal - gitara basowa, wokal; Kjetil Nordhus - wokal; Michael S. Krumins - gitara akustyczna; Tommy Jackson - instrumenty perkusyjne; Kenneth Silden - pianino; Bjorn Harstad - gitara
Wydawcy: The End Records
Rok wydania: 2006
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Długo dojrzewała we mnie opinia na temat tej płyty. Cóż, do pewnych rzeczy trzeba jak widać dorosnąć. Zupełny brak zwracających uwagę słuchacza muzycznych efektów specjalnych i okrojenie formy do niezwykle oszczędnej postaci przesądziły o tym, że nie tak znów od razu kolana pocałowały ziemię. Fakt, że poprzednicy "The Acoustic Verses" odznaczali się przebogatą formułą brzmieniowo - aranżacyjną spowodował, że po pierwszych przesłuchaniach tego albumu myślał sobie człowiek: "hmm..., jakieś to takie, ja wiem... zwyczajne...". Mimo obecności naprawdę czarujących fragmentów (jak choćby dialog instrumentów smyczkowych "pod numerem" "9-29-045") płyta pozbawiona jest doomowych zagrywek i kobiecych wokali znanych z debiutanckiego krążka "Journey to the End of the Night", na którym słychać, że ze stylistyką In The Woods - będącego czymś w rodzaju wcześniejszego wcielenia Green Carnation - panowie żegnają się z trudem. Zatęsknić można też było za elementami konwencji rocka progresywnego lat 70, które - użyte w sposób rozbrajająco świeży - wyciosały podwaliny pod nagrany w zupełnie innym składzie "A Blessing in Disguise", że o wyraźnie hardrockowym pierwiastku "The Quiet Offspring" wspomnę już chyba tylko dla formalności. To, że instrumentarium "The Acoustic Verses" nie ogranicza się do - nomen omen - gitar akustycznych niewiele tu zmienia, bo oprócz nich słychać na płycie wykorzystane z przeogromnym umiarem pianino, skrzypce, wiolonczelę, altówkę oraz perkusję, czyli instrumenty o charakterze klasycznym, jeśli można tak uogólnić. Gdy dodamy sobie do tego gołą dupę Tchorta i reszty muzyków, wypiętą na wszelkie brawurowe popisy, jasne staje się, że za tymi drzwiami nie będzie już przeproś i że kompozycje muszą obronić się same.

No i upierałem się przez kilka dobrych wiosen, że przecież zbiorek akustycznych numerów nie ma prawa wypierać rozbudowanych, awangardowych kompozycji, w których zaklęty jest i metalowo - rockowy pazur, i nowatorstwo, i liryczne piękno. Broń uderzyła o murawę z chwilą, gdy mój dobry przyjaciel odwiedził mnie z koncertowym DVD "A Night Under The Dam", które, nie licząc kilku wtrąceń, w całości wypełniają wykonane na żywo utwory z "The Acoustic Verses", która to płyta następnego dnia wirowała już pod moim laserem. Mogli panowie pójść na łatwiznę i nagrać stare utwory w wersji unplugged. Dysponując tak powalającymi, spokojniejszymi fragmentami, jak choćby dwie pierwsze zwrotki "Lullaby in Winter", nie mieliby z tym najmniejszego problemu. Mimo to zakasali rękawy i powstał materiał premierowy, reprezentujący taki poziom, że jeśli ktokolwiek z Was zna tytuł lepszego akustycznego krążka, to czekam na komentarze pod tekstem.

Szukam na "The Acoustic Verses" jakiegokolwiek słabszego fragmentu, momentu gdzie tekst nie pasuje do linii melodycznej, gdzie wokal wszedł nie tak, gdzie partie instrumentów nie szarpią strun ludzkich uczuć i za każdym razem ponoszę fiasko. Składający się z trzech części, trwający piętnaście i pół minuty "9-29-045" przytłacza stężeniem melancholijnego piękna, ale również czegoś, o czym zapomina bardzo wiele zespołów, a mianowicie nagiej, nie wspierającej się żadną tandetną woalką muzycznej jakości. Warto wspomnieć, że wiele utworów cechuje spory dynamizm, czego świetnym przykładem są takie kompozycje, jak "Alone" (z folkowymi niemal smykami) bądź otwierający album, ciekawie podbity rytmicznie "Sweet Leaf". Splunąłbym sobie w brodę, gdybym pominął przejmujący "The Burden Is Mine... Alone", który mimo szybkiego przekładańca roztacza niezwykle refleksyjny klimat.

Nieważne, czy jesteś fanem brutal death metalu, czy atmosferycznego rocka z elementami muzyki filmowej - od dobrej płyty zawsze oczekujesz pewnych doznań. I jeśli z muzyką, obok której nie przechodzisz obojętnie, spędziłeś już troszkę lat, to w 9 przypadkach na 10 w lot potrafisz zwęszyć granie, za którym nie stoją szczere intencje, a werdykt moich nozdrzy, przy każdym kontakcie z tą płytą brzmi: "The Acoustic Verses" to album nieskażony nawet odrobiną przypadkowych dźwięków. Nie jest to również wynik muzykowania szukający rychłego poklasku ze strony "popcornowego" audytorium, ani wytwór bezpiecznego balansowania między wysiłkiem zatrzymania starych fanów, a realizacją celów ekspansyjnych. Nie oczekujesz prawdziwych acz nieegzaltowanych, odartych z waty cukrowej i dźwiękowych ogni sztucznych, muzycznych emocji? Nie sięgaj po ten krążek!

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Green Carnation "The Acoustic Verses"
pik (gość, IP: 79.184.160.*), 2018-07-12 15:34:46 | odpowiedz | zgłoś
Przewspaniały album:)
re: Green Carnation "The Acoustic Verses"
jarema37 (wyślij pw), 2018-07-12 18:27:35 | odpowiedz | zgłoś
No fajny. Lubię. Ale zeby aż 'prze'? Pik, moze przyhamuj z przymiotnikami ;)
Ok, ok. Rozumiem,
Dla mnie np. taki Shades of God stoi trzy poziomy wyżej od nudnawego Draconian. Tak że tego.. :) :P
The Burden Is...
rider (wyślij pw), 2011-10-07 18:59:23 | odpowiedz | zgłoś
The Burden Is Mine... Alone to najpiękniejszy utwór na świecie ;)
Płyta - cudo
Membran (gość, IP: 87.206.91.*), 2011-10-04 17:43:36 | odpowiedz | zgłoś
... a od siebie dodam tylko, że każdy utwór na tej płycie skomponował inny członek składu Green Carnation, za co wszystkim należą się ogromne brawa. Dzięki temu można spojrzeć na tą ekipę nie tylko jako na skład doborowym "grajków", ale też jak na wielce utalentowanych kompozytorów.
Jakoś nie mogę się przekonać...
Anomander Rake (gość, IP: 89.75.45.*), 2011-10-03 19:31:48 | odpowiedz | zgłoś
Po takim wstrząsie, jakim dla mnie była płyta "Light Of Day, Day Of Darkness", nie do końca potrafię docenić zarówno "The Acoustic Verses" jak i pozostałe płyty zespołu, jedynie jeszcze jako tako lubię "A Blessing In Disguise". Za to "LoD, DoD" opanowała mnie na dobrych kilka lat, dzień bez przesłuchania tej płyty przynajmniej raz, był dla mnie dniem straconym... Zresztą i teraz mam ciary na plecach, jak słucham tego genialnego 60-minutowego utworu, w którym nie ma słabych momentów, wszystko jest dopięte na ostatni guzik, a ogrom, rozmach, klimat i potęga powala na kolana. Do tego ta wspaniała, okładka, idealnie obrazująca zawartość krążka. Cóż ale dam jeszcze raz szansę "Wersom", może właśnie dziś "zaskoczę"??
re: Jakoś nie mogę się przekonać...
RadekWasyl (gość, IP: 193.219.114.*), 2011-10-04 12:58:56 | odpowiedz | zgłoś
LoD DoD jest oczywiście świetna i najlepsza z dyskografii GC. Ale slaby moment na tym krążku jest i to bardzo wyraźny - chodzi oczywiście o te kilka minut z zawodzącą babą. Ten moment uważam za całkowicie zbędny fragment tego eposa.
re: Jakoś nie mogę się przekonać...
Anomander Rake (gość, IP: 89.75.45.*), 2011-10-08 19:02:16 | odpowiedz | zgłoś
Zgadzam się, też ten fragment nie do końca mi przypadł do gustu, jakoś tak niszczy ten niesamowity klimat reszty tego utworu i po prostu nie pasuje do całości. Na szczęście zawsze te kilka minut można przewinąć :)
Green Carnation
pik (gość, IP: 83.31.73.*), 2011-10-03 18:50:56 | odpowiedz | zgłoś
''Mimo to zakasali rękawy i powstał materiał premierowy, reprezentujący taki poziom, że jeśli ktokolwiek z Was zna tytuł lepszego akustycznego krążka, to czekam na komentarze pod tekstem.''-
proszę bardzo: Antimatter - Leaving Eden ;P z tym że nie jest to do końca akustyczny album, zresztą jak TAV- niemniej jednak oba albumy świetne, tyle że LE zostalo ocenione tylko na '7' min. '10'. i tyle w temacie;)
wracając do green carnation- jak dla mnie- 'the best' to jednak: A Blessing In Disguise, ba! jeden z najlepszych albumów jakie słyszalem w ostatnich 10 latach
szkoda, że... (nie)widzialem GC jak supportowali anatheme 7 lat temu- bo co to jest 15-20 min- musieli tak wczesnie zacząć:/ ciągle to mam w głowie... ;) a więc.. come back !!!
re: Green Carnation
Evil_Zoom_B (wyślij pw), 2011-10-04 10:36:18 | odpowiedz | zgłoś
Ymm, ale to nie "trochę" nieakustyczny album - to jest klasyczne rockowe instrumentarium. Chyba, że pogubiłeś się w zeznaniach i chodzi o "Planetary Confinement" ?
re: Green Carnation
pik (gość, IP: 95.49.171.*), 2011-10-04 16:17:16 | odpowiedz | zgłoś
'troche' przesadzilem, masz racje. choć moje ulubione utwory z Leaving Eden są mniej lub w ogóle oparte na gitarze elektr. ''conspire'', ''fighting...'' czy ''ghosts''- anyway świetny album! zgadzam się Jar of Flies czy Damnation też są bardzo dobre (aczkolwiek dawno nie słuchałem ;p).. poza tym: 'prawie' każdy to zna, prawda? ;)
« Nowsze
1