zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 28 maja 2020

recenzja: Hey "Fire"

15.01.2012  autor: Dominik Zawadzki
okładka płyty
Nazwa zespołu: Hey
Tytuł płyty: "Fire"
Utwory: One Of Them; Choice; Dreams; Nonsense; Karą będzie lęk; Little Peace; Zazdrość; Moja i twoja nadzieja; Desire; Delusions; Eksperyment; Flowers For Titus; Zobaczysz; Schisophrenic Family; Fate; '38; Teksański; Moja i twoja nadzieja (wersja akustyczna)
Wykonawcy: Kasia Nosowska - wokal; Piotr Banach - gitara; Jacek Chrzanowski - gitara basowa; Robert Ligiewicz - instrumenty perkusyjne; Marcin Żabiełowicz - gitara
Wydawcy: Universal Music Polska
Rok wydania: 1993
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Niewiele jest polskich zespołów rockowych, które miały bądź mają potencjał, by zaistnieć na szerszym od naszego rynku. Jednym z takich właśnie składów jest Hey. Od potencjału do sukcesu jest jednak daleka droga. Hey jakoś kariery na świecie nie zrobił, cóż "ich strata" (mam na myśli "świat"), można by rzec.

Był 1993 rok. Na świecie szalał wirus zwany grunge, którego źródłem było dalekie Seattle. Niedługo całą sceną wstrząśnie śmierć Cobaina, zbliża się początek końca tej zacnej stylistyki w jej pierwotnej formie, póki co jednak wszyscy zrzynają z Amerykanów jak mogą. Powołany do życia na wariackich papierach skład Heya nagrywa swoją pierwszą płytę. Debiutancki album szczecińskiej kapeli bardzo miesza na naszej scenie, sprzedaje się 300 tysięcy egzemplarzy "Fire".

Wypełniony po brzegi ostrym, autentycznym graniem album doskonale wpisał się w grunge'ową rewolucję i odpowiedział na ogromne zapotrzebowanie polskiej publiki na taką właśnie muzykę. Hey zrobił błyskawiczną karierę, a przepis na to był prosty. Po pierwsze autor całej muzyki, gitarzysta Piotr Banach, fantastycznie czuł takie klimaty, riffy jego autorstwa bez żadnej przesady nie były słabsze od tych , które powstawały za oceanem. Drugą przyczyną sukcesu była (i jest!) oczywiście osoba Kasi Nosowskiej - wokalistki i tekściarski obdarzonej bardzo mocnym, charakterystycznym głosem i umiejętnością pisania świetnych, poruszających tekstów. Jej wokal już zawsze będzie wyróżnikiem Heya, podobnie jak słowa piosenek, które są nie do pomylenia z żadnymi innymi.

Zacznijmy od początku, czyli tych kawałków, których rodowód jest dość oczywisty. Mroczne i surowe brzmieniowo numery, jak otwierający płytę "One Of Them", drugi "Choice" czy zaśpiewany po polsku "Karą będzie lęk", to utwory których geneza nie nastręcza trudności. Trochę bardziej "ogólnorockowe" są "Schisophrenic Family" (punkrockowa jazda) i "Desire", który ma wręcz heavymetalowy posmak (mnie ten numer trochę kojarzy się z Iron Maiden, nie wiem czemu). Bardzo mroczny jest kawałek "Zobaczysz", w którym postapokaliptyczna muzyka koresponduje idealnie z równie niepokojącym tekstem wiersza Edwarda Stachury. Świetny, choć depresyjny numer.

Nie brakuje jednak także momentów bardziej subtelnych czy wręcz przebojowych. Do tych pierwszych należy zaliczyć przypominające twórczość Courtney Love i Hole "Dreams", "Zazdrość" czy nagrany w dwóch wersjach (akustyczna - gościnny udział Kobry z Kobranocki - i elektryczna, w której śpiewa Edyta Bartosiewicz) pierwszy wielki przebój Heya - "Moja i twoja nadzieja". Któż nie zna tej piosenki? No właśnie. Jeśli chodzi o kawałki przebojowe, wyróżnia się zwłaszcza "Teksański", który natychmiast wpada w ucho i jakoś nie chce wypaść z głowy. Niezły jest też "Eksperyment" z przewrotnym tekstem.

I jeszcze słówko o tekstach, bo to zawsze była siła szczecinian. Większość piosenek śpiewana jest po angielsku i te mają teksty raczej mroczne i agresywne. Oczywiście, jak to u Nosowskiej bywa, dotyczą głównie relacji damsko - męskich i uczuć z nimi związanych. Jest jednak także o przemocy, molestowaniu czy morderstwie. Największe wrażenie robią jednak teksty polskie. Pomijając wiersz Stachury, widać w nich olbrzymi tekściarski potencjał Kaśki. Czy to w ironicznym "Teksańskim" , czy wściekłym "Karą będzie lęk", czy w hymnie "Moja i twoja nadzieja" - powalają. A przyszłość pokaże, że będzie jeszcze lepiej.

Dzięki "Fire" Hey wszedł do pierwszej ligi rockowego grania w naszym kraju, położył podwaliny pod własną dalszą twórczość - także pod późniejsze eksperymenty. Na debiucie mamy jednak korzenne, ostre łojenie o dość dużym (mimo wszystko) zróżnicowaniu, o którym trudno zapomnieć. Kiedyś dałbym temu krążkowi 10 punktów, znając późniejsze płyty będzie "tylko" 9.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Nie kumam tej koncepcji na utwory po polsku i po angielsku na jednej płycie
RadomirW (gość, IP: 193.219.114.*), 2013-06-10 14:31:14 | odpowiedz | zgłoś
Nie jestem w stanie zupełnie pojąć tej koncepcji, jaką było nagrywanie przez wiele polskich zespołów na początku lat dziewięćdziesiątych płyt w połowie polsko-języcznych a w połowie angielsko-języcznych. Nie za bardzo rozumiem co oni chcieli przez to osiągnąć, tym bardziej że najczęściej polskie kawałki były dużo lepsze od tych angielskich, a do tego sama muzyka była często odtwórcza wobec zachodnich wzorców, więc raczej bez szans na karierę na Zachodzie. Zupełny brak konsekwencji - powinno być albo wszystko po polsku albo wszystko po angielsku a taka mieszanka, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy trochę śmieszy. A sama płyta nie jest zła ale jednak mocno przereklamowana - ma w tym coś wspólnego z Nirvaną hehehe. Dobre utwory zna każdy, jak nie z radia to z różnych imprez karaoke a reszta to raczej typowe wypełniacze.
Otóż to, Hey bez Banacha to
muł (gość, IP: 165.72.200.*), 2012-01-31 15:56:45 | odpowiedz | zgłoś
Iron Maiden bez Dickinsona - niby szacunek fanów i Blaze był niezły, ale... obecnego Hey się słuchać niestety nie da.
re: Otóż to, Hey bez Banacha to
Domine (wyślij pw), 2012-02-10 13:48:09 | odpowiedz | zgłoś
Ja bym powiedział, że "nowy" Hey też cośw sobie ma, choć to zupełnie inna muza niż na wczesnych płytach, ale jak ktoś lubi takie elektroniczno rockowe klimaty to taki "M!U!R!P!" też daje radę. No i Nosowska generalnie wciąż ta sama.
super muza
pik (gość, IP: 79.163.160.*), 2012-01-17 19:39:08 | odpowiedz | zgłoś
z polskiego seattle. i tyle.. uwielbialem to w 93r. (ogniska z hey rulez) i lubie do dzisiaj podobnie jak ''tatę kazika'' a współczesne dzieciaki niech sluchają nosowskiej zamiast nergala, bo potem wyrasta takie hejterskie pokolenie hehe
ja pierdolę
minus
minus (wyślij pw), 2012-01-17 14:50:14 | odpowiedz | zgłoś
przecież tego się dzisiaj słuchać nie da
re: ja pierdolę
pik (gość, IP: 79.163.160.*), 2012-01-17 19:10:38 | odpowiedz | zgłoś
mów za siebie
re: ja pierdolę
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-01-17 20:58:04 | odpowiedz | zgłoś
przecież, to właśnie zrobił?
Szszsz
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-01-16 22:32:56 | odpowiedz | zgłoś
szkurwa kiedy to było? Ciekawym, ileż z ówczesnych dziewczynek, chowa dziś oczy swoich mężów do kieszeni i nie puszcze ich do pracy ;-P.
1993 r.
fester (gość, IP: 46.134.74.*), 2012-01-16 21:51:38 | odpowiedz | zgłoś
ech, te nieinternetowe czasy były lepsze od dzisiejszych, muza: zdecydowanie lepsza a ludzie (jeszcze) szaleni... ;]
ogień zgasł
Krasnal Adamu
Krasnal Adamu (wyślij pw), 2012-01-16 00:11:22 | odpowiedz | zgłoś
Moje dzieciństwo... "Fire" i "?" należały do moich pierwszych bliższych kontaktów w rockiem. Moje ulubione kawałki z tego albumu: "Fate" i "Zobaczysz". Wersja kasetowa kończyła się na "'38", ale uważam, że nie straciłem przez to wiele.
Szkoda, że Hey wyrosło z takiego grania. Kawałki z "Fire" na żywo grywają ostatnio w zmienionych aranżacjach. To już co innego.
« Nowsze
1

Oceń płytę:

Aktualna ocena (102 głosy):

 
 
75%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

- Hey

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy potrafisz rozpoznać dźwięk flażoletów?