zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 22 listopada 2019

recenzja: J. D. Overdrive "Sex, Whiskey & Southern Blood"

9.09.2011  autor: Verghityax
okładka płyty
Nazwa zespołu: J. D. Overdrive
Tytuł płyty: "Sex, Whiskey & Southern Blood"
Utwory: A Taste of the South...; Ballbreaker; Boot Hill; Truth Teller; No Man's Land; The Art of Demolition; Stoned to Death; Guilt and Redemption; Purple Haze; Demonize; Into the Same River
Wykonawcy: Wojtek "Suseł" Kałuża - wokal; Michał "Stempel" Stemplowski - gitara; Łukasz "Joorek" Jurewicz - instrumenty perkusyjne; Łukasz "Peo" Pomietło - gitara basowa
Wydawcy: Metal Mind Productions
Rok wydania: 2011
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Umówmy się na początek - od czasu wydania debiutanckiego, pełnowymiarowego krążka J. D. Overdrive wokół chłopaków z zespołu zdążyło się już zrobić sporo szumu, zwłaszcza w związku z określaniem granej przez nich muzyki mianem stonera. W istocie dokonaniom śląskiego kwartetu znacznie bliżej do prezentowanej przez Down czy Black Label Society southernowo-sludge'owej stylistyki, niż do niskich, psychodelicznych brzmień grup takich, jak Kyuss, Sleep czy Monster Magnet. Pomijając jednak dywagacje natury etykietkowej, "Sex, Whiskey & Southern Blood" broni się znakomicie, niezależnie od tego, na jakiej arenie stoi.

Z J. D. Overdrive zetknąłem się po raz pierwszy w 2009 roku, kiedy to supportowali nowoorleański Down na deskach krakowskiego klubu "Studio" i posługiwali się jeszcze nazwą Jack Daniels Overdrive. Zapadły mi wówczas w pamięć przede wszystkim sążniste riffy i silny, drapieżny wokal. Materiał, który ostatecznie trafił na "Sex, Whiskey & Southern Blood", swój chrzest bojowy na żywo przeszedł kawał czasu temu, po czym przez wiele miesięcy hartował się w ogniu rozlicznych występów. Na zawartość albumu składa się dziewięć autorskich kompozycji (z których trzy pojawiły się już wcześniej na wydanej własnym sumptem EP-ce "Pure Concentrated Evil" z 2008 roku), jeden cover ("Purple Haze" Jimiego Hendrixa) oraz intro. Owo intro doskonale wprowadza słuchacza w brudny, południowy klimat - mi przed oczami wyobraźni stanął obraz starej, zapyziałej stacji benzynowej pośrodku pustkowia przeciętego jedynie zakurzoną drogą, przez którą z rzadka przetoczy się słomiany wiecheć gnany wiatrem; wewnątrz pokrytego łuszczącą się farbą budynku panuje półmrok, a łopoczący pod sufitem wentylator próbuje przegnać wciskający się do pomieszczenia skwar; na wysłużonym, rozklekotanym krześle siedzi mężczyzna, niespiesznym ruchem odpala wsuniętego między zęby Winstona, po czym rzucając kątem oka na ekran czarno-białego telewizora zalewa spoczywające na dnie szklanki kostki lodu bursztynowym płynem z Tennessee...

...a wtedy z siłą wołu bezpardonowo uderza "Ballbreaker", jeden z najmocniejszych punktów krążka. Kolejne utwory nie pozostawiają żadnych złudzeń - ostra jazda towarzyszy nam niemal do samego końca. Chłopaki nie próbują nikomu wmówić, że grają coś odkrywczego; można wręcz stwierdzić, że chlubią się swoimi inspiracjami i chwała im za to. Nie znajdzie się tu niepotrzebnych dłużyzn ani sztucznych wtrąceń. Kompozycje sprawiają wrażenie starannie przemyślanych i trzy kwadranse, jakie zajmuje zaznajomienie się z materiałem, mijają jak z bicza trzasnął. Wokal Susła, miejscami przywodzący na myśl Phila Anselmo, zdecydowanie dominuje nad pozostałymi elementami muzyki J. D. Overdrive - gdy w "Boot Hill" rozlega się wrzask "see you in hell", działa to niczym balsam na spragnione agresji uszy. Nie mniej niszczycielska okazuje się końcówka "No Man's Land", która brzmi, jakby do studia gościnnie wpadł Kerry King z ekipą. Nie będzie ani słowa przesady, jeśli powiem, że urządziłem "Sex, Whiskey & Southern Blood" przebieżkę w odtwarzaczu kilkadziesiąt razy na przestrzeni półtora miesiąca. I mimo to nie trafiłem na ani jedną piosenkę, która byłaby w mojej opinii słaba. Oczywiście w razie potrzeby bez mrugnięcia okiem wyłoniłbym paru faworytów, jak choćby "Ballbreaker", "Boot Hill", "Stoned to Death", "Guilt And Redemption" czy ostatni kawałek, o którym dotąd jeszcze nie wspomniałem. Mowa tu o wieńczącej album balladzie "Into The Same River". Poprzednie utwory znałem już z koncertów, więc tak naprawdę jedynie ona stanowiła dla mnie niespodziankę. Wzbogacona o partię skrzypiec w fantastycznym wykonaniu Wojtka Grabka "Into The Same River" to niepodważalny dowód na to, że chłopaki radzą sobie z melancholijnymi, refleksyjnymi klimatami równie sprawnie, jak ze sludge'owym łojeniem. Przyznam, że ten czarny koń płyty na stałe dołączył do grona moich ulubionych ballad metalowych.

"Sex, Whiskey & Southern Blood" ma w sobie wszystko to, co mieszanka southern metalu i sludge'a mieć powinna. Kiedy trzeba, wali w łeb, niczym redneck, który właśnie dowiedział się, że sympatyzujemy z demokratami albo mieliśmy wśród przodków zwolenników Black Panthers; a kiedy trzeba, potrafi też wprawić w zadumę. Zaleca się słuchanie przy hojnym użyciu regulatora głośności.

Komentarze
Dodaj komentarz »