zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 22 listopada 2019

recenzja: Lacrimosa "Elodia"

12.10.1999  autor: moonstruck
okładka płyty
Nazwa zespołu: Lacrimosa
Tytuł płyty: "Elodia"
Utwory: Am ende der stille; Alleine zu zweit; Halt mich; The turning point; Ich verlasse heut'dein herz; Dich zu toten fiel mir schwer; Sanctus; An ende stehen wir zwei
Wydawcy: Mystic Production, Hall Of Sermon
Rok wydania: 1999
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Lacrimosa jest jednym z bardziej znanych zespołów sceny gotykowej. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to najlepszy europejski zespół, grający ten rodzaj muzyki. Szczerze się przyznam, że wcześniej nie znałem w ogóle ich twórczości - aż do momentu, gdy zobaczyłem recenzję w jednym z magazynów, gdzie wydawnictwo uzyskało najwyższą notę. Postanowiłem, że kupię najnowszy tego duetu.

Płyta ta reklamowana jest jako rock opera w trzech aktach i z pewnością nie jest to żadne naciągane stwierdzenie. Przy nagraniu tego albumu pracowało aż 187 osób, przez co jego brzmienie jest wprost zdumiewające. W większości są to symfoniczne kawałki, jak na operę przystało, jednak pojawiają się tu także elementy gitarowe. Musze przyznać, że dla mnie fana gitarowych riffów, nie jest to najlepsze rozwiązanie, jednak wiem, że takie właśnie było zamierzenie muzyków. W jednym z wywiadów z Anne Nurmi, wokalistką zespołu, która doszła do Lacrimosy w 1994 roku, czytałem, że już od jej przyjścia twórca oraz wokalista zespołu Tilo Wolf planował stworzenie właśnie takiego dzieła. No, ale może nadszedł czas na opisanie samych utworów.

Album zaczyna się piosenką "Am Ende der Stille", pianinem - potem dochodzą partie smyczkowe oraz wokal Wolfa. Utwór ten składa się z takiej właśnie kompozycji instrumentów, jednak przez odpowiednie dobranie poszczególnych linii melodyjnych nawet brak perkusji nie jest uciążliwy, a wręcz instrument ten byłby w tej piosence tylko mankamentem. Drugi utwór rozpoczynają już gitary, jednak nie są to mocne riffy tylko delikatne melodie. Po raz pierwszy pojawia się perkusja oraz wokal drugiej części duetu czyli Anne Nurmi. W tle przebijają się także jakieś flety oraz lekkie riffy. Moim zdaniem jest to najlepsza piosenka na całym wydawnictwie, jej tytuł brzmi "Alleine zu zweit". Kolejnym utworem jest smyczkowy "Halt mich". Smyczkom towarzyszy tylko perkusja i sporadycznie gitary. "The turning point" to jedyny anglojęzyczny akcent na tej płycie (jeśli nie liczyć, że wszystkie teksty są na okładce przetłumaczone na angielski). Przyznam szczerze, iż pomimo tego, że język ten jest mi o wiele bliższy od niemieckiego, ten kawałek wydaje się śpiewany przez Anne Nurmi sztucznie. Wszędzie i tak słychać twardy niemiecki akcent. Muzyka pełna jest fletów czy klawesynów (nie jestem pewien), lecz w tle słychać także pianino i gitary. Na tym kończy się akt pierwszy.

Pierwszy utwór drugiej części ("Ich verlasse heut'Dein Herz") rozpoczyna się wręcz bluesowo. Chodzi mi przede wszystkim o pierwsze kilka sekund, które wypełnia jedynie bas oraz pianino. Po krótkiej chwili dochodzi jednak wokal Wolfa oraz keyboard. Później wszystko przeradza się w długą solówkę gitarową z towarzyszeniem perkusji. Kolejny fragment aktu drugiego ("Dich zu toten fiel mir schwer") zapowiada ostrą wymiotkę przez ciężkie gitarowe riffy oraz wysoki bas. Także Anne Nurmi pokazuje się tutaj z zupełnie innej, drapieżnej strony. Kawałek ten ma jednak różne momenty od szybkiego wymachiwania wiosłem, do zupełnie spokojnej, prawie że recytacji przy akompaniamencie smyczków.

Nadszedł czas na ostatni akt dzieła. Rozpoczyna się on czternastominutowym utworem "Sanctus". Jest to kompozycja, która moim zdaniem jest połączeniem klasycznych utworów z kościelnymi chórami. Dzieło to jest wypełnione smyczkami, instrumentami dętymi, "anielskimi" chórami, a także w kulminacyjnych momentach perkusją. Później do głosu dochodzi jednak Tilo wraz z gitarami, by na koniec znowu powróciły "kościelne" klimaty. Ostatni już utwór "Am Ende stehen wir zwei" rozpoczyna się tak, jak zakończył się "Sanctus". Potem wszystko przechodzi w popis duetu Wolf-Nurmi. W tle słychać odgłosy jakby duchów czy wiatru, wiejącego w lesie.

Moim zdaniem jest to bardzo dobry album i dla miłośników połączenia przesterowanych gitar z symfoniką jest to dzieło naprawdę godne polecenia.

Komentarze
Dodaj komentarz »