zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 19 czerwca 2021

recenzja: Lacuna Coil "Comalies"

11.12.2002  autor: Miłosz T. Myśliwiec
okładka płyty
Nazwa zespołu: Lacuna Coil
Tytuł płyty: "Comalies"
Utwory: Swamped; Heaven's A Lie; Daylight Dancer; Humane; Self Deception; Aeon; Tight Rope; The Ghost Woman And The Hunter; Unspoken; Entwined; The Prophet Said; Angel's Punishment; Comalies
Wykonawcy: Marco Coti Zelati - gitara basowa; Marco Biazzi - gitara; Cristiano Migliore - gitara; Andrea Ferro - wokal; Cristina Scabbia - wokal; Christiano Mozzati - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Century Media Records
Rok wydania: 2002
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Z niecierpliwością oczekiwałem tego materiału mediolańczyków, przede wszystkim dlatego, iż ciekawiło mnie, czy po świetnym, choć niezbyt odkrywczym "Unleashed Memories" zrobią coś niespodziewanego, np. wzorem Paradise Lost uderzą w "plumkanie" albo wezmą się za black chociażby... Nic takiego na razie nie nastąpiło, ale czuć, że na następnej płycie będą zmiany. Na razie bowiem formuła zauważalnie się wyczerpuje, choć dobrych pomysłów starczyło jeszcze na ten album...

Zdecydowanej wolty tu nie ma, jednak brzmieniowo rzecz jest inna od swej poprzedniczki. Tam, gdzie wcześniej wystarczały same (albo prawie same) gitary, tym razem już bez klawiszy ani rusz. "Plumkania", chwalić Boga, nie ma, ale też może i dlatego, że Marco Coti Zelati na klawiszach gra, mówiąc oględnie, raczej tylko pod prysznicem. Jego rola jako klawiszowca sprowadziła się do odgrywania skądinąd pasjonujących ornamentów, przy czym nie ma na tej płycie numeru, który by się bez nich obył - a, jak pamiętamy, wcześniej takich numerów było sporo... Z drugiej strony Lacuna Coil nie popada w klawiszowe maniery. Gitary wcale nie znikły; są tam, gdzie były, choć może trochę ciszej grają... ale to już kwestia produkcji kol. Waldemara Sorychty, nie najszczęśliwszej zresztą.

Siłą grupy były od zawsze partie wokalne, tak od strony samego wykonania, jak i wyśpiewywanych melodii. I tu się nic nie zmieniło - a jeśli, to tylko na lepsze. Kilka numerów od tej strony po prostu rozgniata - "Heaven's A Lie", "Self Deception", "Tight Rope", "Entwined" to najwięksi faworyci, a pozostałe nie są wcale gorsze (nie ma w ogóle słabych), może tylko ciary aż tak nie chodzą. Jest jeszcze "Angel's Punishment" - rzecz odrobinę nietypowa, ale także trafiona. Numer ten wypada ponadto zadedykować wszystkim naszym śpiewakom dającym głos po angielsku - Cristina, mimo iż pochodzi z nacji słabo kumającej w tym języku, szczególnie w tym kawałku udowadnia, że można mieć świetny akcent nie będąc Anglosasem, co w Polsce jest rzeczą niebywałą. Andrea już takiego akcentu nie ma, za to tradycyjnie jest go deko mniej. Dla kogoś, kogo drażni jego maniera (są tacy), to niewątpliwie dobra wiadomość, aczkolwiek ja sam się nie czepiam - chłop parę razy wyciągnął uczciwie przyzwoitą górę, a poza tym naprawdę bez niego to nie byłoby to samo. To taki kamyczek do ogródka tych, co twierdzą, że sama Cristina w LC wystarczy (tacy też są). Cóż, wypada spytać: ile gotyckich orkiestr ma w składzie śpiewającą pannicę? Odpowiedź: setki. A dwoje stałych wokalistów? To też się zdarza, jednak przecież rzadziej.

Reszta prezentuje się na poziomie, do którego zespół już nas przyzwyczaił, choć niepokoi mnie brak postępów u panów wioślarzy (nie ma na "Comalies" nawet pół solówki). W zasadzie instrumentalnie nie uświadczymy tutaj fajerwerków; nawet bez wątpienia najlepszy instrumentalista LC, bębniarz Cristiano Mozzati, ograniczył się właściwie jedynie do swoich sprawdzonych patentów. Produkcja uwypukliła rolę sekcji, wyciszając nieco gitary oraz, jak już wspomniałem wyżej, niestety także partie wokalne, co doprawdy trudno jednoznacznie interpretować. Gdzie ekipa pójdzie na następnej płycie? Będą to li tylko elektroniczne pogaduchy, czy może jednak coś więcej?

Na razie cieszmy się "Comalies". Bałem się, że coś grupie nie wyjdzie, że będzie dużo "mendzenia", że wszystko się rozpłynie w klawiszowym sosie - na szczęście tak się nie stało. Dobrym tego świadectwem jest choćby fakt, że "Self Deception", mój prywatny number one, utrzymany jest w duchu Paradise'ów - przypomina ostrzejsze numery z "One Second". Czyli jeszcze trochę pożyjemy... Tylko pewnie znowu Lacuna Coil nie przyjadą do Polski ze względu na słabą sprzedaż biletów...

Komentarze
Dodaj komentarz »