zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 25 lutego 2021

recenzja: Różni Wykonawcy "The Big 4 Live From Sofia, Bulgaria - Metallica, Slayer, Megadeth, Anthrax"

23.01.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Różni Wykonawcy
Tytuł płyty: "The Big 4 Live From Sofia, Bulgaria - Metallica, Slayer, Megadeth, Anthrax"
Wydawcy: Universal Music
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Nikomu nie muszę przypominać, co to jest "Sonisphere Fest". Nikomu też nie trzeba tłumaczyć skrótu "Big 4". Nie trzeba się też pochylać nad kwestią dlaczego "Wielka Czwórka" (Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax), a dlaczego nie np. "Wielka Piątka" np. z Testament w roli głównej. A tak naprawdę może to zawsze powinna być tylko Wielka Trójka, skoro wielu zwykło kwestionować to pechowe, niewdzięczne, czwarte miejsce, co? Tak się po prostu swego czasu utarło i nic tego niestety nie zmieni. Abstrahując już od tych rozważań natury formalnej, wspomnę jeszcze, że oglądając zapis tego wydarzenia, nie tylko muzycznego, ale socjologicznego, obejmującego wspólny występ największych legend thrash metalu na jednej scenie, naszło mnie wspomnienie kilku linijek tekstu z mojej ulubionej książki, której bohater odwiedza swojego ojca zwierzając mu się ze swoich problemów życiowo - sercowych. Nie dostaje żadnej porady, zaś jego tata wskazuje na szafę, na której spoczywa hełm niemiecki z czasów II Wojny Światowej kwitując - "Widzisz ten hełm? Ja zabiłem tego człowieka" - wszystko jasne. Odwracając sprawę do góry nogami, ale na tę samą modłę - osobiście marzę sobie, że kiedyś, gdy przyjdzie do mnie syn, wnuk lub prawnuk dajmy na to w 2040 r., zwierzając się ze swoich fascynacji muzycznych, wskażę na zakurzoną półkę z DVD "Big 4" i powiem, widzisz kurwa to małe pudełeczko - ja tam byłem (tyle, że gdzie indziej) - wszystko znów jasne.

Wracając jednak do sedna sprawy - "Big Four" to rzecz zupełnie niesamowita, która z samego założenia nie powinna się wydarzyć, choćby z uwagi na osobę lidera Megadeth - płowowłosego lisa, Dave'a Mustaine'a (zresztą mojego ulubionego muzyka ze wszystkich członków Wilekiej Czwórki), wokół której od zawsze koncentrowały się konflikty wszelkiej maści. O ile byłbym w stanie zrozumieć wspólny tour Slayera i Metalliki, do dziś zachodzę w głowę, co pomysłodawcy tego ogromnego przedsięwzięcia musieli postawić w puli na stole i co ciekawego zaoferować nie tylko Mustaine'owi, ale także dajmy na to Kerremu Kingowi i Dżemzowi Haćfieldowi - od wieków śmiertelnie poharatanymi ze swoim byłym współmuzykiem (z Hetfieldem wiadomo o co chodzi, King - przypominam grał przez moment koncertowo w Megadeth, o czym niewielu pamięta). Może koniec końców to wszystko robota zapobiegliwego Ulricha, który już rok wcześniej zapowiadał tego typu plany. Nie wiem więc w jaki sposób (tzn. podejrzewam, ale nie chcę sobie psuć przyjemności obcowania z tym wiekopomnym wydarzeniem), ale góry w końcu się ze sobą zeszły i ruszyły w ogólnoświatowe, chyba jedno z najbardziej kasowych "turnee na Ziemi". Nie czarujmy się, chyba jedynie reaktywacja i trasa Pink Floyd mogłaby to przebić.

Tak więc Metallica, Megadeth, Slayer i Anthrax stanęli razem na scenie i pewnym stało się, że prędzej czy później będzie musiało wyjść dvd z zapisem tego wydarzenia. Dlaczego akurat Sofia i Bułgaria? Tego nie wiem, ale już po sprawie, w okolicach lipca przejeżdżałem przez to miasto i zauważyłem kolejne plakaty odgwizdujące przyjazd kolejnej divy w osobie Axl Rosa i jego ekipy z gośćmi z wiadrem na głowie i popuchniętymi stopami, więc na pewno nie jest to jakiś egzotyczny teren dla gwiazd. Szczególnie tych podstarzałych, które w Stanach już dawno pospadały z piedestału. Nie spadła z niego za to Metallica, co trasa "Sonisphere", a raczej jej program, mocno zaznaczyły. "Big Four Live From Bulgaria" to dwie płyty dvd, z których jedna zarezerwowana została w całości dla Czterech Jeźdźców, pozostałe zespoły niczym nieszkodliwe kmioty obdarzono po godzince show. Wiadomo więc, kto pełnił honory domu. Dla mnie mimo wszystko, w tym i cały aspekt biznesowo - marketingowego, trochę ostatecznie chujowo to wyszło, biorąc pod uwagę merytoryczną zawartość płyt wszystkich członków Wielkiej Czwórki. Nikt nie wmówi mi, że Metallica od 81 roku aż do 2010 utrzymywała tak równy poziom, by nie dało się zastosować strategi wymiany headlinera trasy, jak ongiś przykład dały gwiazdy niemieckiej trójcy thrashu - Sodom, Kreator i Destruction. Nadto zapis z Bułgarii paradoksalnie przekonuje, że mimo znacznie skromniejszych środków i gównianego czasu trwania, najlepszy gig tego dnia oddał z siebie Anthrax, a najbardziej sklepany rutyniarsko Metallica właśnie.

Różnie ostatnimi czasy gada się o ekipie Scotta Iana, ale chyba trzeba być skończenie ślepym i głupim, by nie zauważyć, jak mimo upływających lat goście dają z siebie wszystko na scenie. Pierwsza osoba z ich składu, która zgarnia całą chwałę, jest niezastąpiony Charlie Benante, który odpalając tutaj wstęp do "Caught In The Mosh" rozpierdala w drobny mak swój zestaw. Kwestionowało się też notorycznie osobę Balladonny za sitkiem, ale wskażcie mi drugiego frontmana na tym filmie, który zapierdala jak oszalały od jednego do drugiego końca dupnej sceny. Bo co, że niby nie dźwiga ze sobą gitary? Reszta składu też absolutnie sobie nie odpuszcza. Wiecznie rozdarta morda Bello i wełniana czapa Caggiano sieją wokół zniszczenie. Może i Anthrax mają pecha, bo nigdy nie mieli łapy do robienia "produktów", jak ich sławniejsi koledzy (poza Slayer), ale - jak pokazuje "Live From Sofia" - zachowali młodzieńczą radość grania metalu, który w ich wydaniu nawet w pełnym słońcu, bez świateł i innych dupereli po prostu rządzi i wskazuje, kto tak naprawdę wart jest swej nazwy do dziś. Szacun.

Kolejny w stawce rozwalił się na scenie niczym w fotelu niespełniony po wsze czasy były gitarzysta prowadzący Metalliki, czyli niepokorny Dave Mustaine. Tutaj już żarty się kończą, zaczyna się zaś czas primadonny. Małe ujęcie przy wejściu Rudego na scenę, buzi synkowi w policzek i sakramentalne "hiłigoł" - jak u nas na "Metalmanii" w 2008 r. Bez pierdolenia, czarowania, że jak to zajebiście, że tu jesteśmy, za to jest "Holy Wars" - najsłynniejszy kawałek w dorobku Megadeth i przy okazji thrashmetalowa bajka gitarowa. W składzie znów pojawia się Junior, któremu Dave przebaczył kilka miechów wcześniej, ale w zasadzie gość wypada tak, jakby nigdy z "Megaśmierci" nie odszedł. Za garami Drover, niestety chyba najgorszy perkman w historii zespołu - i to nie przez brak warsztatu, ale zupełny brak wykonawczej ekspresji. Nie wiem kurwa, odczucie po obejrzeniu tego gigu mam takie samo, jak z występów u nas. Facet jest jak robot, gra od linijki do linijki i nic, zupełnie nic więcej, jakby się bał, że jedno przejście więcej spowoduje u niego zatkanie aorty albo że porozbija sobie te garnki. Czyste Drewninho. Podobnie zresztą maestro Chris Broderick, który jak każdy wie, potrafi zagrać dosłownie wszystko, ale jakoś z daleka wygląda na kompletnie zakochanego w swojej gitarze, którą głaszcze, zamiast w nią napierdalać, i być może której za chwilę włoży konia w struny. Z tego - mimo bezbłędnie odgrywanych klasyków i niezwykle plastycznego brzmienia, które jest tak doskonałe, że produkcje studyjne się chowają - wyłania się jeden obraz: Megadeth jako zespołu złożonego z Mustaine'a i trzech kolesi, którym dał szansę, a jak nie skorzystają, cóż... to wpierdol. Co innego sam lider "Megasów". Nieraz wspominałem, że to mój ulubiony gitarzysta w thrashmetalu i zdania swego nie zmienię. Od początku do końca widz ma przylepione oczy do gryfu jego Deana, śledzi każdy ruch kostki, grymas twarzy. To jest prawdziwy mistrz ceremonii. Choć Chris odgrywa wszystkie partie Friedmana bez zająknięcia, to jednak solówki Mustaine'a, porwane, miejscami brzydkie i szalone, stanowią o potędze Megadeth. Koniec końców świetny szoł, z którego jednak osobiście preferuję "Hook In Mouth", który swoją pojechaną atmosferą zmusza nowszych członków Megadeth do wyjścia poza swój wyrobniczy kołnierz i dania trochę ognia. Przydałoby się jeszcze "Devils Island" - występ dobry, ale nie tak genialny, jak ten znany z "Rude Awakening" z De Grasso i Pitrellim w składzie.

"Sleja, Sleja, Sleja" - to jest to, co misie kochają najbardziej. To chyba jedyna kapela w tym zestawieniu, której słuchania nikt się nie wstydzi. Thrash metalowiec, death metalowiec, black metalowiec. Bycie fanem Slayer wyróżnia, czyni cię "coolmadafakasatana". Nie jestem w tym gronie, bo jak dla mnie najlepsze ich płyty to "South Of Heaven" i "God Hates Us All", kroczę więc w gronie "pedałów i pozerów". Nie przeszkadza mi to jednak szczerze stwierdzić, że klasyczny skład zabójcy, który odegrał swoje klasyki w Sofii, wciąż rozpierdala. Może przybyło kilogramów i siwizny, ogień jednak jak zawsze ten sam. Z tyłu sceny po kątach rozstawia mistrz świata w okładaniu beczek - Dave Lombardo, mimo diaboliczno - wojenno - morderczego przekazu za dobrego tatusia uchodzić chce Tomasz Araya, Jeff Hanneman wciąż wszystko ma w dupie, a Kerry King, jak to Kerry King - real badass. Doskonały, energetyczny występ, rozwałka pod sceną - po prostu Slayer. I choć ich biografia obfituje w akcenty, których zrozumieć nie mogę, m.in. jak sami przyznają po latach niepotrzebnie i na siłę nagrana płyta "Diabolus In Musica", bezpardonowe rozstanie się z Paulem Bostaphem czy rozdwojenie jaźni Araya, który w kościele swoje, a na płytach swoje, trzeba jasno stwierdzić - na "Live From Sofia" - they owned!

No i pora na danie wieczoru - Metallica. Najbardziej kasowy, choć nie najlepszy z całego grona, zespół Larsa Ulricha i Jamesa Hetfielda. Cała płyta i ponad dwie godziny tylko dla nich. Występ w roli króla otoczonego wasalami chciałoby się rzec, czego nie kryje zresztą sam Hetfield, co rusz rzucając ze sceny "są tutaj z nami dzisiaj", "za chwilę zagrają z nami" itd. Wszystko ok, ale od razu wiadomo, kto pełni na tej trasie rolę nadrzędną. Fakt, być może finansowo tak, ale czy też muzycznie, hm? Jeden rzut oka na bułgarskie wyczyny Ulricha i porównanie jego obecnej kondycji z graniem Benante czy Lombardo wzbudza uśmiech politowania. No nie wiem, oni jakoś po latach grania szybszego i bardziej intensywnego wciąż trzymają poziom, więc wiek to nie wymówka, a tutaj Lars zdaje się być jedynie cieniem zwierzęcia, który napiera dajmy na to w "Live San Diego".

"Bitelsi" metalu, jak zwykł o nich mawiać Kerry King, rozpoczynają "Creeping Death" i tym razem proponują zestaw iście klasyczny. Jest "Tolls", jest "Sad" i "Master", i "Seek", nie zmienia to jednak faktu, że punktem kulminacyjnym występu bez wątpienia zostaje "Am I Evil?", gdzie na scenie pojawia się Mustaine i większość muzyków całej Wielkiej Czwórki (bez Kinga, Hannemanna, Araya też nie widzę, choć jest na zdjęciu pudełka). Rudy Dave swego czasu powiedział, że gdyby znów zagrał z Metą na jednych deskach, ludzie musieliby się pozabijać ze szczęścia. Może ja osobiście nie strzeliłem sobie w głowę, ani nie odgryzłem sobie prącia, ale - widząc Dave'a ramie w ramię z Jamesem - pomyślałem: szkoda, że tak to się wszystko potoczyło, bo nie dość, że zajebiście się razem prezentują, to wciąż roztacza się dookoła nich ta nieśmiertelna aura przezajebistego "No Life 'Till Leather". Fajna sprawa- nie wiem, czy dla nich samych, ale na pewno dla publiki zgromadzonej tego wieczoru na "Levski Stadium".

"Big Four - Live From Sofia" - mimo iż wydane bardzo szybko po całym evencie, nie przypomina też gówna sprokurowanego na kolanie. Zapisy koncertów są świetne, rewelacyjna dynamika ujęć, zbliżenia pozwalające zobaczyć, co żuje w gębie Ulrich lub kiedy ostatnio włosy w nosie powycinał Bello. Nie każdemu jednak spodoba się nowoczesne połączenie dźwięku z obrazem. Podobnie, jak w przypadku ostatniego dvd Exodus, czuć delikatną rozbieżność między tym, co w głośniku, a co na ekranie. Jestem 100% pewien poprawiania w kompie głosu Dave'a Mustaine'a (całe szczęście nie tak chamskiego jak na "Live - Blood In The Water") czy brzmienia gitary Scotta Iana, że tylko o kilku przypadkach zmian wspomnę. No, ale ok, to ma być przecież pamiątka najsłynniejszej trasy w metalu i w tych kategoriach wyszło super. Oczywiście jest tu jeszcze bonusowy materiał z backstage i w zasadzie tyle. Kto był na "Sonisphere", nie powinien tego przepuścić. Reszta też nie powinna, bo to kawał historii metalu w jednym miejscu. Trzeba trzymać dla potomności, bo... ten metal się już kończy, a następców brak.

Komentarze
Dodaj komentarz »
:-)
40 lat minęło (gość, IP: 79.110.199.*), 2013-02-12 11:04:11 | odpowiedz | zgłoś
Tę recenzję przeczytałem zaraz, gdy się ukazała, i teraz, bo ktoś o niej przypomniał, dodając swój wpis pod tekstem.
Dlaczego uwielbiam Megakruka? Bo sprawia, że czytam nawet o zespołach, które mnie nie interesują, a co ważniejsze to robię to z uśmiechem, śmiejąc się na głos od czasu do czasu - a u 40-latka zniechęconego życiem, ludźmi i światem to nie jest takie proste.
DVD także posiadam. Dla mojej dziewczyny wspomnienie po koncercie w Warszawie, na którym była, dla mnie wspomnienie młodzieńczych lat, gdy muzyka była najważniejsza na świecie (z negatywnymi tego konsekwencjami). Metallikę kochałem w czasach liceum szaleńczo. Dziś mam problemy z obejrzeniem ich koncertu w całości. Za to pozostałą trójkę pochłonąłem z dużą przyjemnością.
Pozdrawiam.
No to zakładać zespoły
Ricy Ricardo (gość, IP: 81.168.209.*), 2012-01-25 20:48:16 | odpowiedz | zgłoś
Skoro uważacie, że nie ma godnych następców no to zakładać zespoły i grać a nie marudzić. Wiadomo, że oryginał pozostanie oryginałem i nie ma co szukać dobrej kopii ale nawet pewnie nikt nie chce być kopią Metallki wiadomo której, Slayera czy Megadeth też wiadomo którego itd. itp. Problem w tym, że wielu słuchając nowych kapel spodziewa się niewiadomo czego i ciągle porównuję do Kill'em, Legacy czy Reign. Niektórzy extremiści wymagają aby ktoś nagrał płytkę na miarę debiutu Sabbathów czy Day of Reckoning. To "pomniki" i nawet ich twórcy nie nagrali potem czegoś lepszego lub choćby dotrzymującego pola. Dopiero jeśli odrzucimy te "złe nawyki" docenimy inne zespoły za to kim są czyli "sobą" a nie kalkomanią. Jak już mówiłem zaskoczyły mnie pomysłowością i oryginalnością Municipal, Tyrant Of Lizard King czy niby już wiekowi i doświadczeni kolesie z Mastery ze swoim genialnym "Lethal Legacy" lecz dopiero wydali w 2005 r. go wydali bo ten bendy podeszły do tematu z szacunkiem dla "bogów" ale też z luzem i nie zakładali, że Ich LP zmieni świat. Dlatego myślę, że muza ciężkawa ma się dobrze... niewymagajny od zwykłych ludzi nadczłowieczeństwa
re: No to zakładać zespoły
Ziomaletto
Ziomaletto (wyślij pw), 2017-08-12 22:01:52 | odpowiedz | zgłoś
Municipal oryginalny? Temu panu chyba podziękujemy...
Jak to następców brak? Bezedura
Ricky Ricardo (gość, IP: 78.8.49.*), 2012-01-24 22:37:17 | odpowiedz | zgłoś
Już od prawie 30 lat ciągle ktoś powtarza "rock/metal umarł" , "nie ma następców" itd. tak to prawda z tymże g***no prawda. Jeśli ktoś szuka następców w takich prog. jak mtv czy inne pożal się boże stacje tv czy radiowe to rzeczywiście ich nie znajdzie. Lecz wystarczy trochę poszukać na forach i znajdziemy Municipal Waste, The Tyrant Lizard King i inne. Nawet Ci już niby wiekowi Exodus, Testament, Overkill, Mastery grają lepiej od tej całej wielkiej czwórki(chociaż Slayer jeszcze się trzyma i czasami Anthrax) Waters w wywiadzie Pompeii'owym z ok. 70r. powiedział, że takie teksty pojawiają sie co parę miesięcy... hehe i co skończył się rock i metal? Nie. Skoro nie ma go w mediach to nieznaczy, że zdechł... po prostu pobiegł po browar "choose your fate and die" dżuga-dżuga-dżuga heheheeh
re: Jak to następców brak? Bezedura
rolu
rolu (wyślij pw), 2012-01-25 10:52:43 | odpowiedz | zgłoś
No a Exodus z Overkillem swoimi ostatnimi albumami pozamiatały. Testament już trochę mniej ale też daje radę. A tu wielkimi krokami zbliżają się nowe albumy O - koniec marca i T - koniec kwietnia. Slayer też na ten rok zapowiedział nowy krążek. Będzie dobrze:) Exodus Exhibita wydał też w 2010 także pewnie nowy album za jakiś czas też się wygeneruje. Jakoś o te kapele boję się mniej niż o to co nowego spłodzi Meta.
re: Jak to następców brak? Bezedura
Owczur_ (gość, IP: 195.38.12.*), 2012-01-25 11:06:02 | odpowiedz | zgłoś
Ale prawda ze godnych nastepcow wielkich kapel jest jak na lekarstwo. Ten caly nowy thrash to popluczyny po pomyslach i stylu z lat 80-tych, jak ktos lubi to spoko, ale to juz nie kopie z taka moca i nie robi takiego wrazenia. I chyba wlasnie sek w tym, ze nie ma zbyt wielu kapel ktore wywieraja na gatunek taki wplyw i robia takie globalne wrazenie.
re: Jak to następców brak? Bezedura
pik (gość, IP: 79.163.0.*), 2012-01-25 13:17:41 | odpowiedz | zgłoś
Bezedura?? hmm... to jakiś band z Ugandy?? sorry nie znam :(
re: Jak to następców brak? Bezedura
Staalkyer
Staalkyer (wyślij pw), 2012-01-25 13:29:07 | odpowiedz | zgłoś
Oczywiście nowy thrash to popłuczyny - broń boże nie wypada nawet pomyśleć że Lamb of God jest świetną kapelą, że Chimaira też daje rade, że Prong to znakomity nowoczesny thrash z elementami industrialu, że nie wspomnę o Machine Head czy innych grupach których utwory w 77% nie opieraja się na tłumionej galopadzie na pustej E. itp. Smutne jest życie ortodoksyjnego oldskul-traszmetalowca lamentującego na każdym kroku ze prawdziwy thrash skończył się 25 lat temu (mimo że sam ma często mniej niż 25 lat). Ileż łez jest jeszcze w stanie przyjąć "telewizor" z Kreatorem?
re: Jak to następców brak? Bezedura
Owczur_ (gość, IP: 195.38.12.*), 2012-01-25 14:02:17 | odpowiedz | zgłoś
Lol, to do mnie? :D Ja nie slucham za duzo thrashu, i tez nie o tym mowilem ze nie ma "nowych" dobrych kapel. Ale znajdz mi co najmniej trzy takie ktore na swiat beda mialy taki rozglos, wplyw, efekt, nazwij to jak chcesz. Nie te ktorych sluchaja tylko metalowcy. Chodzi mi o metalowe kapele ktore porywaja miliony a nie tysiace. Bo z "mlodych" to takich nie widze za duzo.
re: Jak to następców brak? Bezedura
Staalkyer
Staalkyer (wyślij pw), 2012-01-25 15:08:04 | odpowiedz | zgłoś
nie do końca do ciebie, ale fakt twój post skłonił mnie do popełnienia tej wypociny. Wg mnie liczenie frekwencją wartości danego zespołu to troche jednak nieporozumienie. Na przełomie wieku to Limp Bizkit i Marylin Manson zapełniały stadiony ale dla mnie są to kapele niezbyt wartościowe.
Chciałem tylko zaprotestować przeciwko stwierdzeniu ze "thrash się już skonczył". Skonczył się moze pewien rodział thrashu pod tytułem "szczyt formy Slayera i megadeth", teraz mamy kolejny z kapelami które wymieniłem.
« Nowsze
1