zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 13 listopada 2019

recenzja: Motorhead "Iron Fist (reedycja)"

11.01.2012  autor: Mikele Janicjusz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Motorhead
Tytuł płyty: "Iron Fist (reedycja)"
Utwory: Iron Fist; Heart Of Stone; I'm The Doctor; Go To Hell; Loser; Sex And Outrage; America; Shut It Down; Speedfreak; (Don't Let 'Em) Grind Ya Down; (Don't Need) Religion; Bang To Rights; Remember Me, I'm Gone; (Don't Let 'Em) Grind Ya Down (wersja alternatywna); Lemmy Goes To The Pub (alternatywna wersja utworu Heart Of Stone); Same Old Song, I'm Gone (alternatywna wersja utworu Remember Me, I'm Gone); Young And Crazy (instrumentalna wersja utworu Sex And Outrage)
Wykonawcy: Ian "Lemmy" Kilmister - wokal, gitara basowa; Eddie "Fast" Clarke - gitara; Phil "Philthy Animal" Taylor - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Bronze, Castle Communications
Rok wydania: 1996
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Po wydaniu płyty "Iron Fist" pojawiły się pierwsze głosy "ekspertów", że zespół Motorhead się wyeksploatował, że zjada własny ogon, że nic dobrego już nie nagra i tym podobne głupoty. Płyta jednak nie była zła, ale raczej - jak mawia Kilmister - niedopracowana. Obok kawałków wybitnych są na tym krążku rzeczy niedokończone, mało przekonujące, ale - podkreślmy to - nie wtórne. Trudno też inaczej skomentować zarzuty o sprzedaniu się zespołu, jak tylko brakiem zrozumienia branży muzycznej. Motorhead odniósł sukces artystyczny i komercyjny (które nie zawsze przecież idą w parze) nie dlatego, że grał łatwą w odbiorze muzykę, ale dlatego, że trafił w niszę i był szczery w swoim podejściu do fanów, muzyki i życia. Podstawowy problem z tą płytą polega na czym innym: została zarejestrowana w momencie największej popularności zespołu, a więc oczekiwania wobec niej były wyjątkowo wyśrubowane. Jedno jest pewne, czegokolwiek by nie nagrali i tak mieli pod górkę.

"Iron Fist" ukazał się 17 kwietnia 1982 roku w barwach Bronze. Jako CD po raz pierwszy album wytłoczono w 1987 - koncernem odpowiedzialnym za ten krok był Castle Communications; ta sama firma wypuściła zremasterowany krążek z bonusami w 1996 roku. Produkcją oryginalnego wydawnictwa zajęli się Will Reid Dick oraz Eddie Clarke. Materiał został nagrany w "Morgan Studios", z wyjątkiem utworów "Iron Fist" i "Shut It Down", które zarejestrowano w "Ramport Studios". Jak zawsze muzykę i słowa wspólnymi siłami skomponowali Kilmister, Taylor i Clarke. Tym razem wytwórnia Bronze zawaliła promocję, bo płyta nie zawsze na czas docierała do sklepów; ludzie nie znali więc materiału granego na żywo. Okładka albumu efektownie ilustruje zawartość muzyczną: zaciśnięta pięść w kolorze granatowym, przyozdobiona pierścieniami w kształcie czaszki (jedną z nich jest dobrze znany Snaggletooth), wyłania się z czerni; nad pięścią - czerwony nadruk nazwy zespołu, pod pięścią - tytuł płyty.

Powtórzono zabieg, jaki zastosowano przy poprzednim wydawnictwie, czyli mocny strzał na początek - strzał w zęby z żelaznej pięści. Przez pierwsze dwie sekundy po odpaleniu krążka można nawet pomylić ten numer z "Ace Of Spades". Bardzo mocny tu udział gitary basowej, zwłaszcza w zwrotkach. Podczas solówki gitarowej nastaje taki moment, że Clarke imituje linię melodyczną refrenu. A skoro jesteśmy przy refrenie, to koniecznie trzeba wspomnieć, że jest to jeden z najbardziej charakterystycznych dla tego bandu momentów, kiedy Lemmy śpiewa: "You know me, evil eye. You know me, prepare to die. You know me, the snakebite Kiss. Devil's grip, the Iron Fist". Dodatkowo refren jest bardzo mocno napędzany przez perkusyjne kanonady. Tekst opowiada o wiszącym w powietrzu niebezpieczeństwie. Świetny numer w szybkim tempie, nieprzekraczający trzech minut. Nie jest już tak nośny następny, "Heart Of Stone", ale to też świeżutki (w mojej opinii) kawałek mięska, jakiego nie uświadczyliśmy na żadnym z wcześniejszych albumów. Tu z kolei zasadniczą rolę odgrywa gitara Clarke'a; rzecz ma też bardzo energiczną solówkę. Utwór traktuje o dwojgu ludzi, z których jedno stara się zarzucić emocjonalne sidła, a drugie ma serce z kamienia (lub udaje, że takie ma).

Intensywne, zagęszczone wejście Taylora, a potem jedyne w swoim rodzaju boogie - "I'm The Doctor". Lemmy śpiewa tu wolniej, ale wydobywa ze swojego przepitego gardła bardziej chropowate dźwięki. Jest to sarkastyczna opowieść o wrednym doktorku i uzależnionej od jego specyfików pacjentce. Utwór kończy się stopniowym wyciszeniem. W następnym kawałku na tle pulsującego basu, tym razem nieco schowanego w tyle, rozwija się świetny riff. Nietypowym rozwiązaniem jest to, że "Go To Hell" ma aż cztery zwrotki, jednak nie należy z tego względu oczekiwać żadnego novum w sferze rozwiązań aranżacyjnych. Motorhead pędzi przez cały czas swoim tempem, kto nie nadąża, jego problem; tylko na krótką chwilę przed szereg wychodzi gitarzysta, by wystrzelić swoje solo. "Loser" jest bardziej "kulturalny" od wszystkich wcześniejszych kawałków, wolniejszy, Lemmy nie chrypi tak strasznie, perkusja nie masakruje wszystkiego, co napotka na drodze. I w ogóle dużo tu melodii. W końcówce utworu ekipa mocno zwalnia, zostawiając Lemmy'ego z jego Rickenbackerem i mikrofonem sam na sam ze słuchaczami. Jest to taki kawałek w typie "Jailbait".

Rockandrollowy pazur szarpie ofiarę w następnym "Sex And Outrage". Bardzo krótki tekst w zwrotkach, jedno zdanie w refrenie, błyskawiczne solo, no i ledwie dwie minuty na wyświetlaczu. Brakuje jednak temu kawałkowi wyrazu, chyba po raz pierwszy w historii Motorhead. Za to następny przez długi czas należał do faworytów tej płyty w moim prywatnym rankingu. Jest to niesłychanie przebojowa rzecz, do czego zresztą zobowiązuje tytuł - "America". Połamanym riffom towarzyszy "haczący się" śpiew pana z dwoma parchami na lewym policzku. Za to na zasadzie kontrastu szalenie melancholijny jest refren... melancholijny, łzawy, nostalgiczny, rzewny - trudno tu dopasować właściwy epitet - niech każdy sam wstawi odpowiedni przymiotnik. Utwór powstał zapewne pod wrażeniem pierwszego tournee po Ameryce Północnej.

Bardzo charakterystyczny dla Motorhead jest wstęp do ósmego numeru: prościutki riff Clarke'a drąży kanały uszne z sinusoidalną manierą na przemian z uderzeniami Taylora, a potem całość się wyrównuje i zaczyna się właściwa część piosenki - tej z grupy szybkich i zadziornie zaśpiewanych. Początek "Speedfreak" koresponduje ze wstępem do poprzedniego utworu, tyle że bardzo wyraźnie jest tu wyeksponowany bas. Ale już w następnym dziele introdukcja rodem z "Overkill": charakterystyczna perkusja na początek, a za chwilę prucie na pełen gaz. Rzecz jednak do bardzo udanych nie należy. Tajemniczo rozpoczyna się przedostatni z podstawowego setu, bardzo nihilistyczny "(Don't Need) Religion". Numer oparty jest na bulgoczącym riffie gitary basowej, sążnisty rytm wybija Mr. Taylor, zaś gitara jest tylko dla przydawania smaczków i oczywiście do indywidualnego popisu. Lemmy odrzuca tu programowo cały chłam związany z religijnym przemysłem, a więc celebrytę Jezusa, nie ustępującego mu popularnością Gwiazdora, opowieści o cudach itd. Jest to jeden z tych kawałków, za które kochamy ten skład. Zupełnym przeciwieństwem do poprzedniego utworu jest "Bang To Rights". Tu rytm i tempo narzuca Clarke, zaś reszta bandy stara się go dogonić. Jak łatwo się domyślić, rzecz jest utrzymana w szybkich tempach. Utwór muzycznie przypomina trochę "Bombera", jednak nie stał się hitem koncertowym jak on. Niemniej jest udany i warty wielokrotnego słuchania.

Bonusy nie stanowią jakiejś rewelacji muzycznej, ale za to mamy ich aż pięć. "Remember Me, I'm Gone" znalazł się pierwotnie na stronie B singla promującego wydawnictwo. To szybki utwór, ale raczej taki, o którym długo się nie pamięta. Dużo w nim brudu, punkowej zadziorności połączonej z energetyczną emanacją bijącą z instrumentów. Zadziwiające, że Lemmy i jego kamraci potrafili wygenerować tyle hałasu. Pozostałe kompozycje to alternatywne wersje z sesji nagraniowej albumu, niektóre z nich opatrzono nowymi tytułami. Wariant "(Don't Let 'Em) Grind Ya Down" tym różni się od zawartego na płycie, że brzmi jakby był zagrany na próbie; nawet dodatkowe zawołania Lammy'ego wypadają naturalnie. To samo można powiedzieć o gitarze Clarke'a - piskliwy skowyt rozpoczyna ten song. Nie umiem natomiast wskazać różnic, które decydują o odrębności alternatywnych podejść do "Heart Of Stone" i "Remember Me, I'm Gone". Podobają mi się za to przewrotne tytuły tych piosenek: są to odpowiednio "Lemmy Goes To The Pub" i "Same Old Song, I'm Gone". Bardzo ciekawie prezentuje się "Young And Crazy", czyli "Sex And Outrage", bo pozwala obsłuchać warsztat muzyków. Wyłączony wokal pozwala też zrozumieć, że muzyka jest naprawdę dobra. Sympatyczna sprawa.

Czy należy stawiać tę płytę na równi z krążkami sprzed koncertówki "No Sleep 'Til Hammersmith"? I tak, i nie. Tak, bo to naturalna kontynuacja klasycznych dziś albumów "Overkill", "Bomber" i "Ace Of Spades". Trzeba się jednak z nią dobrze osłuchać, aby docenić jej poziom. Same kawałki nie wpadają od razu w ucho i to chyba decyduje o tym, że "Iron Fist" w powszechnym odczuciu nie wytrzymuje konfrontacji z poprzedniczkami. W żadnym zaś razie nie jest uprawnione twierdzenie, iż zespół zaczął tu zjadać własny ogon. Pomysły są tu na tyle oryginalne, że nie może być mowy o autoplagiacie.

Komentarze
Dodaj komentarz »
iron fist
bazyl wro. (gość, IP: 79.162.206.*), 2012-04-15 11:15:11 | odpowiedz | zgłoś
na okładce jest pięsć odlana z żelaza-jak sama nazwa wskazuje-a nie dłoń z finglami, poza tym muza first class!!! a okładka jedna z najlepszych jakie widziałem w życiu :-)