zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 16 listopada 2019

recenzja: Roger Waters "In The Flesh? - Live"

7.06.2001  autor: Tomasz Klimkowski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Roger Waters
Tytuł płyty: "In The Flesh? - Live"
Utwory: In The Flesh; The Happiest Days Of Our Lives; Another Brick In The Wall, Part 2; Mother; Get Your Filthy Hands Off My Desert; Southampton Dock; Pigs On The Wing, Part 1; Dogs; Welcome To The Machine; Wish You Were Here; Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-8); Set The Controls For The Heart Of The Sun; Breathe (In The Air); Time; Money; The Pros And Cons Of Hitch Hiking Part 11 (aka 5.06 a.m. - Every Stranger's Eyes); Perfect Sense (Parts I and II); The Bravery Of Being Out Of Range; It's A Miracle; Amused To Death; Brain Damage; Eclipse; Comfortably Numb; Each Small Candle
Wydawcy: Columbia Records, Sony Music
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Ładnych parę miesięcy minęło od premiery "In The Flesh". Czas podjąć rękawicę (bez kilku pink-palców, rzekną co bardziej złośliwi) rzuconą fanom przez artystę. Od dłuższego już czasu zabieram się do przelania na papier refleksji związanych z ową lekturą(?). Ująć je wszystkie do kupy i nadać im ostateczny szlif, to dla mnie nie lada sztuka w tym przypadku. Artysta to w końcu przeze mnie szanowany bardzo, powinno więc być łatwo. A jednak nie jest, słowo na krawędzi gardła uwięzło, wisi nie mogąc z pióra skapnąć. Dziwne.

Na starcie zastanawiałem się jak do tej płyty podchodzić, czy traktować ją jako zbiór stricte reminescencyjny ze szczyptą "i tak wszyscy to doskonale znamy". Niby tak, choć muszę przyznać, iż byłoby to z samego założenia nieuczciwe. Tak wobec artysty, jak i wobec siebie. Długie oczekiwania napawają smutkiem (podskórnie płynąc na fali nadziei). Lecz tym razem smutek został rozbity "mocarnym" chórem trzech pań, które Waters-poczciwina zabrał na trasę. Uwodzą mnie te panie za każdym razem, gdy odpalam krążek. Dla mnie ta płyta to przełom w dziedzinie piszczących w tle kobiet. Tak jak nigdy tego nie trawiłem, tak teraz wydaje mi się to być absolutną doskonałością. Haczyk (choć w zamierzeniu z pewnością nim nie był) utkwił głęboko w mym umyśle. Czym to się ludzie potrafią zachwycić, nieprawdaż? Gościnnie śpiewające panie to cudowny dodatek w jadłospisie muzycznych doznań na płycie.

A śnieżnobiała gitara gra.. .Mówią ludzie: Gilmoura Watersowi nie trza, to Gilmourowi Watersa brak. De gustibus można by rzec, ale... nie zapominajmy, to tylko warsztat. Dzieła sygnowane nazwą Pink Floyd to kamienie milowe na trwałe umieszczone w muzycznym krajobrazie. Czepiam się? Nie, po prostu cenię lojalność. Wkurwia mnie natomiast pyszałkowatość. Zasady swoje mam, więc i zdanie potrafię sobie wyrobić bez pomocy "uczonych". Waters onego czasu nie zachował się do końca przyzwoicie i już. Co do białej gitary. To Snowy White tak ładnie wygrywa (na marginesie spytam tylko, jak się musi czuć ktoś, kto wkłąda cudzą maskę jeszcze za życia jej prawowitego właściciela...?). Swego czasu współpracownik różowej grupy, który teraz dochrapał się etatu u Rogera. I dobrze, jest prawie jak w domu... Że posłużę się banałem, gra nienagannie. Martwią mnie jedynie schowane w tło partie gitary. Oj nieładnie, nieładnie...

Małym cudem (czy raczej cudeńkiem) jest to, iż na albumie wylądował całkiem nowy utwór, "Each Small Candle". Jako że przed chwilą o gitarze było: końcowa jej partia we wspomnianym utworze przeszywa mnie na wylot. To kwestia głodu. Jakże to brzmi późną porą, gdy połowa Świata słodko chrapie.

Słuchanie "In the flesh" jest jak pojedynek na rękę z magią starych nagrań Pink Floyd. Chcę jej zgarnąć jak najwięcej dla siebie. Posiąść. Jednak czegoś brak. Może to kwestia ogłady artysty, która przychodzi wraz z wiekiem. Bo mimo to, że pan Roger wyrzuca z siebie wciąż te same pretensje skierowane pod adresem Świata, to jednak robi to już w sposób bardziej wyważony. Jak gdyby pogodził się z pewnymi rzeczami. Lecz o ile jego pretensje straciły na sile, o tyle wzrosły moje, iż nie pozwolił trzem pięknym paniom częściej zabierać głosu. Tyle słodyczy tracimy. Tak, słodyczy...

Skoczmy na moment w sferę metafizyki. Aura tajemniczości i rozmarzenia - tak postrzegam zawiesinę dźwięków unoszących się nad albumem. Myśli ulatują wraz z nimi. Oddanie się im we władanie, to główne zadanie słuchającego. Później wystarczy już tylko wzbić się nad dobrze znanymi terytoriami. I tak ukochanymi. Nie zapominajmy, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Niech zechcą o tym pamiętać wszyscy malkontenci. Nie mamy tu do czynienia ze zwykłym li tylko powielaniem schematów. Przykład? Niech będzie to "Set the Controls for the Heart of the Sun". Wersja jakże odmienna i różna od swego pierwotnego szlifu. Najgłębsza to wycieczka w mroki historii do krainy, gdzie wciąż snuje się delikatna psychodeliczna mgiełka, opar Syda Barreta ("Shine on you crazy diamond...").

Co jeszcze? Miało być trochę kręcenia nosem. Trochę wytykania potknięć, pomyłek etc. Miało być, ale nie będzie. Może gdybym napisał te słowa wcześniej. Teraz nie. Wiem, że recenzja to taka trochę wyliczanka czasami luźno powiązanych skojarzeń. Po co więc ją wydłużać. Tym bardziej po co niepotrzebnie psuć komuś humor, prawda? Do następnej płyty!

Komentarze
Dodaj komentarz »