zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 30 maja 2020

relacja: Metalmania '98

3.04.1998  autor: kriz
wystąpili: Judas Priest; Morbid Angel; Gorefest; Dimmu Borgir; Therion; The Gathering; Vader; HammerFall
miejsce, data: Katowice, Spodek, 28.03.1998

Spodek w dniu 28 marca stał się prawdziwą mekką dla ciemnych dusz spragnionych mocnej muzyki. Pomyślałem, że dlaczego ja mam być gorszy i bez chwili namysłu uiściłem należne 65 zł na dokument, uprawniający do wejścia na tę nielichą ucztę. A na stole nie byle jakie mięcho. Trochę klasyki, death/black metalu, a i dla zwolenników łagodniejszych klimatów też się coś znalazło. Wszystkie (no, prawie wszystkie) kapelki ze szczytów metalowych list przebojów. Ślinka mi więc ciekła ciurkiem... Na początku miłe zaskoczenie ze strony pana ochroniarza, który przeszukawszy wszystkie zakamarki mojej kurtałki, podziękował mi i życzył dobrej zabawy. Po ostatnich doświadczeniach z gorylami z klubu Riwiera-Remont, nigdy bym się nie spodziewał, że człowiek piastujący tak odpowiedzialne i zaszczytne stanowisko w ogóle zniży się do mego poziomu i cokolwiek powie, a tu masz... Uszczypnąłem się i już całkiem przekonany, że to nie sen, wszedłem do środka. Było trochę przed drugą, kiedy zaczął Gorefest. Jakoś ostatnio nic o nich specjalnego nie słyszałem, a twórczość ich nieco zboczyła z drogi, którą podążali za czasów hmmm... świetności. Tak, czy inaczej, występ był na tyle (nie)ciekawy, że wolałem szukać kumpli... Nie no, wcale nie było tak źle, czasem tam się machnęło grzywką, ale bez rewelacji.

Po jakiejś półgodzinie Holendrzy zeszli, by ustąpić miejsca kumplom po fachu, tym razem ze Szwecji. Nie, żadni tam death metalowcy. Absolutnie klasycznie, dynamicznie i całkiem na luzie - Hammerfall, który zagrał króciutki secik ze swego debiutanckiego albumu "Glory to the Brave", zbierającego całkiem ciepłe recenzje, a i sprzedającego się niezgorzej. Bardzo dobrze przyjęci, zagrali żywiołowo, dając tym samym powód niektórym na mały spacerek pod scenę. Mnie się chłopaki podobali, ale siły wolałem oszczędzać.

Po Hammerfall, Remo Mielczarek (swój chłop) zapowiedział Dimmu Borgir. Bardzo byłem ciekaw występu tych czarujących młodzieńców, gdyż słyszałem parę utworów i nie były złe. Występ jednak jakoś mnie rozczarował. Owszem, wyglądało to złowieszczo i w sumie dość efektownie (make-up, gwoździe oraz wszechobecna czerń i złość), ale to mi nie wystarczyło. Shagrath starał się bardzo, pluł ketchupem po scenie, ale mnie do siebie nie przekonał. Było raczej przeciętnie, ale nie nudno.

Nie będę ukrywał, że zespół, który zapowiedziano później, już nie raz przyprawiał mnie o szybsze bicia mej biologicznej pompki, więc bez namysłu udałem się pod scenę i czekałem, aż się zacznie. Przed koncertem zastanawiałem się, jak Therion (bo o nich mowa) poradzą sobie z dość skomplikowanym technicznie i aranżacyjnie repertuarem, ale nie było się czego się obawiać. Partie chóru wzięła na siebie pewna yhmmm... pani, której nie tylko śpiew, ale też inne walory estetyczne wprawiły w podziw znakomitą część męskiej publiczności. No dobra nie będę ściemniał - była to śliczna laseczka ze wszystkim na miejscu itd. A już na pewno była najlepiej ubrana z wszystkich obecnych w Spodku... Co do występu hmmm... Może to zabrzmi jak szowinizm, ale dla mnie był po prostu doskonały. Rozbrzmiały takie hymny jak: "To Mega Therion", "Cult of The Shadows", "Invocation of Naamah", nieco przearanżowany "Nightside of Eden" oraz dwa nowe utwory. Nie umiem pisać o tym, więc odwrócę kota ogonem i powiem, że kto nie widział, niech żałuje. Dla mnie bomba! Jak każda szowinistyczna świnia dodam, iż grali za krótko. Na otarcie łez zostały tylko słowa pięknej pani "See you next time!". Szkoda, że nie powiedziała gdzie i kiedy. Numeru telefonu też nie zostawiła, a byli tacy, co głośno ją do tego namawiali...

Nie zdążyłem dobrze wyschnąć (spociłem się trochę), a tu znowu jakiś Holendrów na scenę wypchnęli. Tym razem The Gathering z zawsze szczęśliwą (chyba) wokalistką - Anneke. Nie widziałem ich rok temu, a wielkim fanem też nigdy nie byłem, jednak ich występ był dość ciekawy (bardzo fajowe światła, a muzyczka też trochę). Mimo to, że oprócz słuchania i patrzenia, nie robiłem nic, to nie nudziłem się raczej specjalnie. Nie podobał mi się jeden z gitarzystów, którego wygląd wskazywał na to, że należy raczej do subkultury skatowskiej, czy jak im tam, niż do metalowej braci (dobrze napisałem?). Cóż... Powiedzmy, że nie szata zdobi człowieka.

Po The Gathering zebrali się przy scenie fani nieco brutalniejszej muzy. Poszedłem więc z nimi... Wystąpił zespół przez część publiki uważany za gwiazdę wieczoru (chyba najwięcej koszulek i bluz z ich nadrukami naliczyłem). Oczywiście - Vader - jedyny przedstawiciel naszego kraju (tak swoją drogą, to coś kiepściutko, ponoć my nie gęsi...). Ale się działo... Zostali doskonale przyjęci, Petera aż zatkało. W zamian za to dali potężny koncert. Ciężko szybko i brutalnie, czyli to co zgromadzone pod sceną tygryski lubią najbardziej. Chyba nie muszę dodawać, że doskonale i profesjonalnie odegrany - to już u nich standard. Na koniec (który oczywiście nastąpił za wcześnie) było śpiewane "Sto lat" i takie tam. Aż zachrypłem... Otarłszy pot, udałem się uzupełnić płyny, a kiedy wróciłem zaczynał Morbid Angel. I znów fajnie było. Byłem chyba dość dobrze przygotowany na odbiór Upadłych Aniołków, gdyż wcześniej posłuchałem sobie "Formulas Fatal to the Flesh", czego chyba nie można powiedzieć o reszcie publiki, która (tak mi się wydawało) przyjęła ich raczej chłodno. Muzyczka była bardzo przyjemna, jednak ja już trochę wysiadałem (nie przespałem poprzedniej nocy, chyba mnie rozumiecie...) i w rezultacie nie poszedłem do kociołka. Trochę sobie potupałem i pokręciłem głową (w końcu się na coś przydała...). Było fajnie.

No i czas na gwiazdę (nie, Cannibale nie przyjechali). Przed nami wystąpili starzy wyjadacze z Judas Priest z nowym wokalistą - Timem "Ripperem" Owens. Występ Judaszów był imponujący. Wspaniałe światła, dźwięk, dynamika oraz charyzma następcy Halforda przyprawiły mnie o ból rozdziawionej szczęki. Weterani heavy-metalu pokazali zebranym, iż są w doskonałej formie i stać ich jeszcze na wiele. Na widowni widziałem kilku fanów w wieku swych idoli, a niektórzy z nich bawili się nie gorzej niż młodsi maniacy (był taki jeden facet, w wieku czterdziestu kilku lat - skakał, klaskał, a minę miał jak dziecko, które dostało najpiękniejszą zabawkę pod słońcem). Występ wart zobaczenia, full-professional. Niestety nie mogłem brać do końca udziału w tej niecodziennej imprezie z powodów osobisto-organizacyjnych, więc nie wiem, co się działo po godzinie dziesiątej. Sorry!

Myślę, że warto było wydać tyle kaski. Organizacja bardzo dobra, dźwięk i światełka również, parę fajnych kapelek. Było fajnie, oby za rok było przynajmniej nie gorzej.

Jeszcze tylko jedna uwaga. Uważam za absolutny skandal krojenie ludzi (tzn. metali) z biletów. Do kurwy nędzy, to nawet dresiarze się tak nie zachowują. Brak mi słów na tak ewidentny akt głupoty, samolubstwa i ignorancji. Mnie się to nie zdarzyło, ale kto wie, może kiedyś na Metalmanię będę musiał przyjeżdżać czołgiem...

I tym optymistycznym akcentem kończę z nadzieją, iż moim nieśmiałym debiutem nie zanudziłem Was za bardzo.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Zobacz inne relacje

Metalmania '98
autor: Painkiller

Metalmania '98
autor: Qboosh

Metalmania '98
autor: Elf

Metalmania '98
autor: Grg

Metalmania '98 i koncertu w studio Łęg
autor: rick

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy potrafisz rozpoznać dźwięk flażoletów?