zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 22 stycznia 2020

recenzja: Black Sabbath "Technical Ecstasy"

11.03.2012  autor: Mateusz Liber
okładka płyty
Nazwa zespołu: Black Sabbath
Tytuł płyty: "Technical Ecstasy"
Utwory: Back Street Kids; You Won't Change Me; It's Alright; Gypsy; All Moving Parts (Stand Still); Rock 'n' Roll Doctor; She's Gone; Dirty Woman
Wykonawcy: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - gitara basowa; Bill Ward - instrumenty perkusyjne; Gerald Woodruffe - instrumenty klawiszowe
Rok wydania: 1976
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 5

Jeśli ktoś oczekiwał na "Technical Ecstasy" kontynuacji pomysłów ze znakomitego "Sabotage", musiał się rozczarować. Tamten album z 1975 roku był doskonałym podsumowaniem dotychczasowej twórczości Black Sabbath. Rozbudowane kompozycje oraz ciężar bijący z gitary Iommiego robiły wielkie wrażenie, będąc równocześnie czymś nowym. Niestety, następczyni jest całkowitym przeciwieństwem. Można śmiało stwierdzić, że "Sabotage" pozostaje ostatnim klasycznym albumem w dyskografii Sabbs. Tak naprawdę "Technical Ecstasy" okazał się przysłowiowym początkiem końca.

W tamtym okresie w zespole panowała paskudna atmosfera, co niewątpliwie wpłynęło na ostateczny charakter "Technical Ecstasy". Ozzy skwitował to w następujących słowach: "Najgorsze w tym wszystkim było to, że utraciliśmy dawny wizerunek. I nie chodzi tu wcale o eksperymentowanie. Dopiero co na okładce albumu 'Sabbath Bloody Sabbath' był koleś, którego atakują dwa demony, aż tu raptem mamy dwa roboty, które sekszą się na jebanych ruchomych schodach". Bo tak wygląda okładka "Technical Ecstasy". Można w zasadzie uznać, że sprawa oprawy graficznej została już poddana ocenie. To jednak najmniejszy problem.

Ten i kolejny rok były wyjątkowo ciężkie dla Osbourne'a. Już wtedy zaczął myśleć o karierze solowej. Nosił nawet koszulkę z napisem "BLIZZARD OF OZZ". To był w zasadzie ambitny plan, ale jego wybryki alkoholowe i nadużywanie narkotyków zaczynały przynosić paskudne efekty, czego konsekwencją było zgłoszenie się wokalisty do szpitala psychiatrycznego. "Zjawiam się, a lekarz pyta mnie na wstępie: 'Masturbuje się pan, panie Osbourne?' A ja mu na to: 'Mam tu leczyć głowę, nie fiuta'". Pobyt Ozzy'ego w placówce nie trwał zbyt długo. Zauważalnych efektów również nie przyniósł.

Pomimo tego, że prace nad płytą w małym stopniu interesowały już wokalistę, to ostatecznie album ujrzał światło dzienne. Nagrany na Florydzie "Technical Ecstasy" był niewątpliwe rozczarowaniem. Muzycznie mało miał wspólnego z dawnym Black Sabbath. Tony upierał się, że zespół musi iść z duchem czasu i powinien brzmieć, jak Foreigner czy Queen. Rzeczywiście - wpływy zespołu Briana Maya są słyszalne choćby w "Gypsy". Środkowa część utworu świadczy o tym najdobitniej. Do tego obecne jest charakterystyczne pianino, które do złudzenia przypomina styl Queen. Nie jest to bynajmniej "Bohemian Rhapsody 2". Osbourne wyrażał swoją niechęć, uważał że zespoły, dla których oni sami byli inspiracją, nie mogą teraz być źródłem pomysłów dla Black Sabbath. Sądzę, że Ozzy miał sporo racji. Eksperymenty na "Technical Ecstasy" nie wyszły grupie na dobre, czego dowodem była oczywiście kiepska sprzedaż krążka.

Po latach można się przyzwyczaić do tej płyty, a nawet ją polubić. Nie jest tak źle, jak mówią i piszą niektórzy (ale daleko też od zachwytu). To wciąż całkiem porządna muzyka. Co prawda można zapomnieć o atmosferze pierwszych albumów, o ciężarze, magii i porywczości, ale muzyka nie zawodzi na całej linii. Dużym minusem "Technical Ecstasy" jest przesadne użycie klawiszy, syntezatorów, a także próby wprowadzenia elementów orkiestrowych ("She's Gone"). Wyraźnie brakuje surowości, cechującej wcześniejsze dokonania grupy. "Technical Ecstasy" nie daje odbiorcy kopa, a częściej pozostawia w atmosferze przytłaczającej melancholii.

Pozytywnie wyróżniającym się punktem jest chyba jedynie nieśmiertelny "Dirty Woman". Naprawdę genialny utwór, pozostawiający resztę albumu daleko za sobą. W końcu pojawiają się jakieś zapadające w pamięć riffy i solówki. Szkoda, że to wszystko dopiero na samym końcu. Fason trzymają jeszcze rozpoczynający krążek "Back Street Kids" - jeden z dynamiczniejszych utworów - oraz "All Moving Parts", który przypomina mi nawet nieco stary, dobry Black Sabbath. Wielu w tym momencie dodałoby zapewne do tego grona "Rock 'n' Roll Doctor". Nigdy jednak nie byłem jego fanem. Zbytnio przypomina mi muzykę Aerosmith, a nawet AC/DC. Jako ciekawostkę traktuję "It's Alright" zaśpiewany przez Billa Warda. Przyznam w tym miejscu, że facet ma naprawdę niezły wokal. Utwór okazuje się być ciekawą propozycją, ale zupełnie nie pasuje do twórczości, jaką Black Sabbath prezentowali jeszcze rok wcześniej. Tutaj wpasowuje się w charakter albumu, ale na tle wcześniejszych płyt brzmi jak kolęda.

Reszta to już według mnie mało interesujące nagrania, jeśli nie gorzej. Ciągnące się w nieskończoność, dołujące "You Won't Change Me" z tymi kościelnymi organami - wystawia słuchacza (niemal na starcie płyty) na ciężką próbę. Czarę goryczy przelewa fakt, że taki nastrój utrzymuje się jeszcze przez kolejne dwa utwory. Co prawda "It's Alright" oraz "Gypsy" są nieco przyjemniejsze w odbiorze, ale odżyć można dopiero na "All Moving Parts", choć niełatwo wyplątać się z macek dołującego nastroju. Ten pozostaje chwilowo uśpiony, by powrócić z uzupełnionym zapasem melancholii i przygnębienia w "She's Gone". Utwór został dotkliwie potraktowany przez elementy orkiestrowe. Black Sabbath mierzyli się już w pewnym sensie z podobnymi pomysłami, ale efekt był wcześniej o wiele ciekawszy. Choćby taki "Changes" wydaje się nieporównywalnie lepszy. Z kolei na "Sabotage" Iommi poszedł jeszcze dalej i w "Supertzar" pojawia się chór. Ozzy tak wspomina prace nad tym utworem: "Wchodzę do 'Morgan Studios', a tam pełen czterdziestoosobowy chór i osiemdziesięciosześcioletnia harfistka. Robią taki hałas, jakby sam Bóg tworzył podkład muzyczny do końca świata. Nie próbowałem się nawet przebijać z wokalem". To były autentycznie odważne próby, w dodatku zakończone pełnym sukcesem. "She's Gone" wypada przy nich blado. Na szczęście sytuację ratuje "Dirty Woman", który godnie zamyka ten przedziwny album.

Z tego, co mi wiadomo, "Technical Ecstasy" ma wielu sympatyków. Trudno się temu dziwić, ponieważ jest całkiem znośną płytą. Patrząc jednak przez pryzmat (a nie da się tego uniknąć) pierwszych sześciu albumów Black Sabbath, widać że znacznie im ustępuje. Nie tego oczekiwano po tym zespole i w takich okolicznościach zawód jest uzasadniony. Sądzę więc, że ocena 5 nie będzie krzywdząca.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: odwrotnie
boleń (gość, IP: 77.237.14.*), 2012-03-25 18:07:13 | odpowiedz | zgłoś
posluchalem specjalnie i masz racje :0 wczesniej jakos mi to umknelo; no ciekawe.. ale chyba nie jest to podobienstwo zamierzone :)
re: odwrotnie
wac (gość, IP: 62.21.34.*), 2012-03-26 14:15:36 | odpowiedz | zgłoś
nie zdołałeś przebrnąć przez Sabotage??
to nie lubisz chyba za bardzo Black Sabbath... :)
re: odwrotnie
Bartekkk (gość, IP: 149.156.177.*), 2012-03-26 15:30:04 | odpowiedz | zgłoś
Sabotage...Rozmarzyłem się właśnie... Dla mnie jedna z najważniejszych płyt hardrockowych w ogóle. Uwielbiam ją.
Hole in the sky!!!
re: odwrotnie
smutas (gość, IP: 91.211.100.*), 2012-03-26 19:05:25 | odpowiedz | zgłoś
Trochę trąci myszką teraz. A np Dio i jego Heaven and Hell się nie zestarzało. Wolę nowoczesnego hard-rocka, coś jak Ark.
2
Starsze »