zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 17 listopada 2019

recenzja: Candlemass "Death Magic Doom"

19.10.2009  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Candlemass
Tytuł płyty: "Death Magic Doom"
Utwory: If I Ever Die; Hammer Of Doom; The Bleeding Baroness; Demon Of The Deep; House Of 1,000 Voices; Dead Angel; Clouds Of Dementia; My Funeral Dreams
Wykonawcy: Robert Lowe - wokal; Mats "Mappe" Bjorkman - gitara rytmiczna; Lars Johansson - gitara; Leif Edling - gitara basowa; Jan Lindh - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Nuclear Blast Records
Rok wydania: 2009
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

No i proszę - kolejna legenda po poważnych przetasowaniach personalnych wpada pod moje kopyta i o dziwo, pisząc swoją historię jakoby od nowa, spokojnie wychodzi z całej tej niby-opresji obronną ręką. Ok, ok, już widzę te bystre komentarze. Co za nową historię? Ot, wokalistę sobie wymienili, a reszta jak grała, tak gra. Co więcej, może to nawet lepszy gardłowy, który z palcem w dupie załapał temat już na poprzednim krążku, więc nad czym tu się rozwodzić? Być może dla niektórych tak jest. Ja do dzisiaj nie wychodzę jednak z podziwu, jak Szwedzi z Candlemass gładko przeszli od ery legendarnego rubasznego zakonnika Marcolina do rozdziału pt. śpiewa u nas Rob Lowe i nic się nie stało.

Może to efekt przyzwyczajenia, młodzieńczego ideału czy Jezusie Maryjo Wszyscy Święci - konserwatyzmu i niechęci do jakichkolwiek zmian, szczególnie w materii czegoś, co spierdolone nigdy nie było. Kij wie, wszak Rob Lowe w szeregach tego bandu, mając jeszcze w mianowniku Solitude Aeternus, udowadnia, że bydlęciu żadnemu spod ogona nie wypadł. Wybór, kogo tam sobie wolą stojącego za megafonem, pozostawiam fanom. Co do muzyki, Candlemass nadal pozostają sobą, mimo wspomnianych, elementarnych zmian. Już "King Of The Grey Islands" udowodnił, że wszyscy mogą po odejściu "Mesaja" spać spokojnie, a raczej doomownie. To nadal ciężkie, tym razem może jeszcze nawet bardziej niż kiedyś, sabbathowe walce (nie mylić z odmianą tańca) o ponurym wydźwięku. Niby doom, ale - jak zawsze w ich przypadku - trochę inny. Weźmy przejmujący "If I Ever Die", który momentami dzięki solówce można skojarzyć nawet z Iron Maiden, czy kroczący w pogrzebowym marszu "The Bleeding Baroness", którego refren jest tyle rozpaczliwy w wymowie, co po prostu ultra przebojowy. Tak właśnie, to nie są dźwięki, które zachwycą sympatyków, no nie wiem, zboczeńców z Reverent Bizzare, gdzie płyta składa się z sześciu numerów po dwie godziny każdy, a tempo oscyluje w granicach szybkości drążenia skały przez ziarenko piasku, czyli jakieś 30 centymetrów na dwa tysiące lat. Więcej tutaj tlenu i melodyki, która jak na doom nie przystało, nie przypomina jedynie rzępolenia na pile gdzieś pod miejską kostnicą. Całość okraszona wspaniałym przestrzennym brzmieniem tylko potęguje moc tej muzyki (znów "Polar Studio"). Owszem kłócić się można, że mimo swojej legendy tacy genialni to Szwedzi nie są, bo skopiowanie po chamsku sztandarowego hymnu Black Sabbath w "Hammer Of Doom" czy aż nader budzący skojarzenia z w/w, otwierający riff "House Of 1000 Voices", mimo iż smakowite, to jednak chęć pogrożenia paluszkiem budzi. Heh, nawet fan power metalu znajdzie tu jakiś element do swojej zbroi - refrenik takiego "Dead Angel" to miód na uszy fanów Hammerfall czy innego "idziem w bój" metalu.

W tym przypadku nie ma się jednak na co obrażać. Czy w doom heavy metalu kiedykolwiek chodziło o oryginalność? Pewnie, że nie. Być może pewnym novum będzie dla słuchaczy fakt, iż dzięki wspomnianej przebojowości bez problemów gładko przebrną do końca tej płyty i nawet się nie zmęczą, a wiem że niektórzy z muzyką Candlemass takowe problemy mieli. Może ktoś ponarzeka, że co to kurna za doom, który w sferze riffu i melodii nie sprawia fizycznego cierpienia długaśnym, tępym laniem po dupie? Ano taki - candlemassowy - czyli już nie tylko dla wybrańców, a dla szerszej gawiedzi. Ten doom nie zabija, on... raczej buja funeralnymi rytmami.

PeEs: Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tak sugestywny, acz prosty przy tym obrazek, jak ten zdobiący frontcover "Death Magic Doom". Solidna rzecz - po wynalazki zapraszamy do Tajwanu.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Candlemass "Death Magic Doom"
smutas (gość, IP: 78.30.77.*), 2013-08-07 13:10:42 | odpowiedz | zgłoś
Skręcili w strone prog-metalu wyraźnie i te refreny - wyraźny nacisk na melodykę. ostatnie 3 płyty polecam każdemu fanowi DT.
Robert Lowe
Sekator (gość, IP: 195.34.211.*), 2011-12-22 06:47:45 | odpowiedz | zgłoś
nie tworzy żadnego klimatu swoim śpiewem. Po prostu śpiewa. Cała muzyka zawarta na tej i drugiej płycie z nim na wokalu również nie ma w sobie niczego wywołującego jakiekolwiek emocje. Sama muzyka w sobie przerażająco nudna.
re: Robert Lowe
wac
wac (wyślij pw), 2013-08-08 00:08:48 | odpowiedz | zgłoś
a co to "muzyka sama w sobie"? zapis nutowy?
świetny album
mariuniu (gość, IP: 87.204.126.*), 2011-11-03 14:03:55 | odpowiedz | zgłoś
Oczywiście to znakomity album od A do Z . Jest klimat ,ładne melodie . Polecam!
Lowe
pik (gość, IP: 95.49.170.*), 2011-08-22 13:44:13 | odpowiedz | zgłoś
oj tak. facet ma świetny voc. polecam też (jak kto nie zna) Solitude Aeternus - kawał znakomitego doom metalu.
Lowe > Marcolin
Varo Borja
Varo Borja (wyślij pw), 2011-08-21 21:22:51 | odpowiedz | zgłoś
j.w.
Candlemass
Troll.art. (gość, IP: 77.115.116.*), 2010-06-01 09:03:41 | odpowiedz | zgłoś
Uważam iż soba Mesjasza nie ma tu nic do znaczenia. Zresztą najlepsze płyty Candlemass wydawało paradoksalnie bez niego właśnie, bo liczy się tu głównie kunszt artysty kompozytora. Pozatym to ciągłe porównuwanie ich dokonań do Iron Maidem czy Black Sabbath jest niesłuszne. Candlemass - to geniusze.
re: Candlemass
vonsmroden
vonsmroden (wyślij pw), 2013-08-07 21:59:31 | odpowiedz | zgłoś
"paradoksalnie bez niego" niech mi cipa na głowie urośnie, co z pierdoła.No chyba, że na nightfall i ancient dreams, śpiewa moja babcia, a ja nic o tym nie wiem!
re: Candlemass
maccc
maccc (wyślij pw), 2014-09-10 22:24:11 | odpowiedz | zgłoś
ancient dreams jest płytą przeraźliwie słabą i przewidywalną, na tales of creation trochę brakuje pomysłów i polotu (choć ją uwielbiam to mówię, jak jest ;), więc z klasyków zostaje tylko nightfall, do którego rzeczywiście trudno się przyczepić. "białej" płyty mogli spokojnie nie nagrywać bo wchodzi jednym uchem i wychodzi drugim. trudno więc nie zgoodzić się, że najciekawsze płyty powstały z innymi wokalistami niż Marcolin, m.in z Robertem, który notabene jest/był szóstym wokalistą candlemass
re: Candlemass
vonsmroden
vonsmroden (wyślij pw), 2013-08-07 22:01:24 | odpowiedz | zgłoś
Nie mniej Sabbath, Maiden i Candlemass to moje ulubione zespoły...
« Nowsze
1

Oceń płytę:

Aktualna ocena (219 głosów):

 
 
81%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Unleashed "As Yggdrasil Trembles"
- autor: Kępol

Nightwish "Made In Hong Kong (And In Various Other Places)"
- autor: Megakruk

W.A.S.P. "Babylon"
- autor: Robert "Wisien" Wiśniewski

Anathema "We're Here Because We're Here"
- autor: Paweł Kuncewicz

Chickenfoot "Chickenfoot"
- autor: Voodoo_child

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy jesteś altruistą?