- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
recenzja: Kosmici "Nie ma nas"
Kto nie słyszał jeszcze o pojawieniu się Kosmitów, powinien zwrócić uwagę na ich skład. Sam podchodziłem do debiutu supergrupy raczej sceptycznie. Mogłem jeszcze mieć nadzieję, że Stefan Machel wyżyje się twórczo poza nierozpieszczającym swoich fanów premierami TSA. Co do Tomasza Olejnika, obawiałem się już, że zechce odpocząć od Proletaryatu, wykonując muzykę lekką i błahą. Dariusz Budkiewicz zainteresował mnie jako kompozytor albumu "Dziesięć kroków. Memoriał warszawski 1944" - na którym zresztą zagrał z nim Machel - ale jako członek Armii był mi obojętny, podobnie jak Marcin Papior z Piersi, odnośnie tych dwóch instrumentalistów nie miałem więc prawie żadnych oczekiwań. "Pukam" i "Lód", pierwsze single kwartetu, wielkich emocji we mnie nie wzbudziły. Bardziej doceniłem dowcipny tytuł albumu Kosmitów - "Nie ma nas" - mimo że wolę kojarzyć te słowa z Dezerterem.
W książeczce znalazły się m.in. teksty, podziękowania oraz zdjęcia w scenerii i strojach znanych z teledysku do "Pukam". Na fotkach widać, że połowa składu już osiwiała, a mała część wygląda młodziej od reszty. Zaciekawiło mnie, że każdemu Kosmicie przypisano symbol graficzny. Nie wiem, czy skojarzenie z Led Zeppelin jest zgodne z zamysłem kwartetu. Miło wygląda, że wszyscy czterej członkowie grupy figurują jako autorzy tekstów i muzyki. Sugeruje to, że album jest dziełem zespołowym. Równocześnie trochę gryzie mi się to z inną informacją. Chociaż na fotografii wszyscy muzycy są w jednej salce, z instrumentami, materiał nagrywany był w aż sześciu studiach. Nie tak lubię sobie wyobrażać dobrą współpracę w rockowej formacji. Aż się zastanawiałem, czy Oley, Stefan Machel, Dariusz Budkiewicz i Manio nie zebrali się po raz pierwszy razem dopiero na potrzeby sesji zdjęciowej. Oczywiście jednak tworzenie korespondencyjne nie oznacza, że efekt musi być marny.
W tekstach na "Nie ma nas" dominuje tematyka miłosna, ale autorzy nie zeszli do poziomu, który u nieczułych twardzieli wywoływałby odruch wymiotny. W końcu nie jest to pop, tylko 42 minuty rocka i hard rocka, w większości w nowoczesnym wydaniu. Polana elektroniczno-industrialnym sosem muzyka potrafi budzić skojarzenia z Marilynem Mansonem, a niektóre motywy z dwóch początkowych utworów uparcie przywodzą mi na myśl "Cold" Static-X. Trzeci, czyli "Lód", dla odmiany zalatuje mi bardziej Godsmackiem. Zdecydowanie różni się od reszty tylko końcowy "Dobrze tak". Pierwsze dźwięki gitary akustycznej przy każdym odtworzeniu przypominają mi "Wonderwall" Oasis. Zwrotki brzmią mi jeszcze wtórniej - jakbym słuchał czegoś z klasyki polskiego rocka albo bluesa. Dopiero zastępujące refren gwizdanie dodaje utworowi oryginalności, wyróżnia go spośród masy podobnych i poprawia moją ocenę.
Oley urozmaica warstwę wokalną nie tylko w "Dobrze tak". Gwizdanie zastosował raz, ale po inne środki sięgał częściej. Wokal prowadzący wspierany bywa drugim, czasami chórkowym, a także wokalizami, głównie w finiszach i powtarzanych po raz kolejny refrenach. Całkiem nieźle wypada to chociażby w "Pukam". Niestety niektóre takie partie na albumie można nazwać przeciętnymi. Szczególnie za to zaciekawiła mnie wokaliza w końcówce "Powietrza", która jakby zastępowała solówkę gitarową, akurat pozornie się rozwijającą. Partie Stefana Machela na "Nie ma nas" kilka razy mnie zmyliły. Gdy myślałem, że właśnie zaczyna solówkę, po chwili okazywało się, że to tylko nowy riff - tak było w "Powietrzu", "Domu" i "Twoim śladzie". Przyznaję jednak, że motyw w tym ostatnim jest ładny. Typową solówkę, chociaż krótką i w podobnym stylu, muzyk zagrał w "Pytam". Inną, najwyrazistszą, porywającą, a nawet dwie, wykonał w "Modlitwie". Zdziwiło mnie tylko, że cała początkowa została powtórzona jako pierwsza połowa końcowej. Jeszcze inne podejście pokazał w "Emisji" i "Nie ma nas". To bardziej gitarowe dźwięki i skowyt, czyli Stefan Machel grający solówki w stylu industrialnym. Może na albumie chciał zgłębić właśnie takie rejony zamiast tradycyjnego rocka.
Singlowe "Pukam" i "Lód" to dobre kawałki, gitara potrafi zabrzmieć w nich mięsiście. Ekscytująca dla mnie jest jednak dopiero środkowa część albumu. To też momenty, w których instrumentaliści dają sobie nawzajem przestrzeń. We wspomnianej już "Modlitwie" - nie mylić z tak samo zatytułowanym utworem Proletaryatu - Oley śpiewa zwrotkę do najbardziej rozbudowanego riffu gitarowego, przy milczącej sekcji rytmicznej. Nie jest to utwór idealny, ale grą Stefana Machela pozwala się delektować. W poprzedzającej go "Emisji" Kosmici podzielili się rolami odwrotnie: zanim wchodzi riff gitary, dobra praca sekcji rytmicznej wraz z wokalem i z syntezatorem czyni muzykę prawie transową. W refrenie perkusista przyspiesza, ale elektronika wciąż dba o mroczny nastrój. Ten kawałek ma i kopa, i klimat. "Nie ma nas" też jest niezły, ale już w sposób podobny do "Lodu". Utwór opowiada o miłości, którą zastąpiły emocje zbliżone do gniewu, i z wykonania, przynajmniej refrenu, daje się ten negatywny ładunek wyczuć. Wyróżnia go ponadto męsko-damski dialog, który, dla mnie w większości niezrozumiały - a w poszukiwaniu sensu odtworzyłem go nawet od tyłu - kojarzy się z pogańskimi zaklęciami. Co ciekawe, nie jest to jedyny kawałek na albumie, w którym występują tytułowe słowa, podobnie jak motyw modlitwy pojawił się w dwóch tekstach.
Już refren początkowego "Pukam" rozpiera energia. Chociaż do wybuchu nie dochodzi, czuje się, że Kosmici na "Nie ma nas" nie zamierzają przynudzać. W refrenie "Lodu" wokal uderza z jeszcze większą siłą. Mimo to przy przesłuchiwaniu stopniowo tracę zainteresowanie albumem, zwłaszcza w drugiej połowie. W trakcie przedostatniego, przyjaznego radiowym odbiorcom "Zatrzymam cię" stwierdzam już, że ognia i jakiejś eksplozji tu po prostu brakuje. Nie mam nic przeciwko spokojniejszym kawałkom i balladom, takim jak "Powietrze" i "Twój ślad" - może tylko pierwszy z nich za szybko się kończy. "Pytam" jest już jednak dla mnie zbyt papkowaty. Pierwszy sygnał, że zespół potrafi być przesadnie łagodny, a równocześnie przyspieszony przekrój przez style muzyczne, po które grupa sięga, stanowi "Dom". Od elektroniki na początku i rytmicznych uderzeń gitary Kosmici przechodzą do przesłodzonego refrenu - od lekko industrialnego rocka do romantycznej balladki. Ta mieszanka nie przypadła mi do gustu.
Gdyby największą sztuczką Kosmitów było wmówienie publiczności, że ich - zgodnie z tytułem - nie ma, to świat muzyki nic by na tym nie stracił ani nie ucierpiał. Częściowo zgodnie z moimi obawami: zespół wypada słabiej od Proletaryatu i TSA. Gra nowocześniej, piosenki kierowane są do szerszej publiczności. Choć to całkiem dobry rock, nie jest to album dla miłośników solówek gitarowych ani ostrych brzmień. "Nie ma nas" robi trochę wrażenie, jakby zasłużeni muzycy z jednej sceny próbowali sił w na innej, pozycjonując się w niższej lidze. Materiał przesłuchuję jednak bez rozdrażnienia. Pewnie pomaga w tym coś, co najpierw uznałem za wadę. Niektóre utwory według mnie za szybko się kończą - ale w kontekście całości może to dobrze, że nie są dłuższe.




