zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 3 grudnia 2021

recenzja: Katatonia "Dead End Kings"

1.09.2012  autor: Ania Oskierko
okładka płyty
Nazwa zespołu: Katatonia
Tytuł płyty: "Dead End Kings"
Utwory: The Parting; The One You Are Looking For Is Not Here; Hypnone; The Racing Heart; Buildings; Leech; Ambitions; Undo You; Lethean; First Prayer; Dead Letters
Wykonawcy: Jonas Renkse - wokal; Anders Nystrom - gitara; Per "Sodo" Eriksson - gitara; Niklas "Nille" Sandin - gitara basowa; Daniel Liljekvist - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Peaceville Records
Premiera: 27.08.2012
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Formułowanie ostatecznych ocen na nowych albumów Katatonii tuż po ich wypuszczeniu na rynek jest zadaniem wielce ryzykownym, bowiem już dawno zauważyłam, że należą one do gatunku płyt długo dojrzewających i dopiero po wielokrotnym uważnym przesłuchaniu objawiają przed słuchaczem pełnię dźwięków, tekstów, wszystkich smaczków i szczególików, które zaważają na odpowiednim odbiorze całości. Dlatego też nic dziwnego, że Katatonia zdecydowała się wydać "Dead End Kings" w sierpniu: dzięki temu możemy liczyć na to, że w czasie, gdy aura najbardziej będzie odpowiadała katatonicznym nastrojom, będziemy mieli za sobą etap wstępnych przymiarek do albumu i usłyszymy na nim już wszystko, co powinniśmy usłyszeć.

Moje początkowe wrażenie po zapoznaniu z "Dead End Kings" dałoby się zawrzeć w stwierdzeniu, że to płyta jak na Katatonię niesamowicie spójna i jednolita. Po pierwszym przesłuchaniu, gdy w myślach pojawiał mi się fragment któregoś utworu, natychmiast płynnie przechodził w inny lub nawet odsyłał mnie do dokonań z poprzednich albumów. Być może dlatego pierwsze zetknięcie z "Dead End Kings" pozostawiło we mnie wrażenie, że to płyta będąca pewnym podsumowaniem dotychczasowej drogi twórczej zespołu, rozwijająca wszystko, co pojawiło się wcześniej i dodająca nowe elementy do znanych rozwiązań; swego rodzaju rozliczenie z własną przeszłością i refleksja na temat obecnej kondycji grupy. "Dead End Kings" od poprzednich albumów odróżnia głównie mnogość elektronicznych dodatków. W stopniu do tej pory niespotykanym przeniknął tu klimat katatonicznych EP-ek: bardziej "miejskich" i w znakomitej większości oddalonych od metalu tak, jak to tylko możliwe. Można odnieść wrażenie, że Frank Default, którego kojarzymy z Katatonią nie od dziś, podczas tworzenia tego albumu miał do powiedzenia więcej niż zwykle - jego muzyczne przyprawy dodają całości nowoczesnego aromatu, co jak mniemam stanie się powodem zarówno pochwał, jak i zarzutów.

Pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę, gdy biorę do ręki pudełko z płytą, jest grafika. Travis Smith nie jest nowicjuszem, jeśli chodzi o współpracę z Katatonią i tworzenie motywów, które w sposób perfekcyjny odzwierciedlają muzykę smutnych Szwedów, jednak tym razem przebił samego siebie. Wydaje się, że w toku długoletniej znajomości Smith wypracował jakieś magiczne połączenie z mózgiem Jonasa Renkse i dzięki temu jest w stanie przetransponować to wszystko, co autor tekstów umieszcza między słowami na przekaz graficzny.

Włóżmy jednak w końcu płytę do odtwarzacza. "The Parting" to otwieracz nadający się do pełnienia tej funkcji jak mało który kawałek. Dramatyczne smyczki i mocne wejście rozpływają się nagle w spokojną zwrotkę, co przypomina trochę zabieg stylistyczny z openera poprzedniej płyty, "Forsaker". Jednak tym razem dostajemy coś zupełnie innego pod względem klimatycznym. "The Parting" jest tak pełen emocji, że po pierwszych czterech minutach słuchania "Dead End Kings" wrażliwość słuchacza już jest nastrojona na najwyższe tony, a słowa "take your well deserved step into darkness; I'll become your eyes" wydają się zaproszeniem kierowanym bezpośrednio do tego, który z Katatonią swoje już przeszedł i teraz siedzi ze słuchawkami na uszach w oczekiwaniu na podróż w głąb ciemności z Jonasem jako przewodnikiem po świecie szklanych miast i umarłych ptaków. Wrażenie nie jest złudne. Renkse na "Dead End Kings" wraca do pisania tekstów wybitnie osobistych. Jego umiejętność umieszczania w minimum słów maksimum ładunku emocjonalnego przekracza dotychczasowy poziom. W tekstach uważny fan wytropi wiele nawiązań do poprzednich płyt, które sprawiają, że metaforyczny wydźwięk niektórych fraz staje się wręcz piętrowy, gdy uzupełnimy je o wcześniejsze konteksty. Słowa na "Dead End Kings" pozostawiają sporo wolnego miejsca na własne interpretacje, lecz ich przekaz uczuciowy wydaje się oczywisty. Jest mrocznie, niepokojąco, samotnie aż do bólu, czyli tak, jak na płycie Katatonii być musi.

W melodyjnym "The One You Are Looking For Is Not Here" wraz z Jonasem Renkse występuje znana z The Gathering Silje Wergeland. Jeśli mam być szczera spodziewałam się czegoś więcej po tym duecie, lecz łagodna, melancholijna piosenka z charakterystycznie pohukującymi w tle gitarami szybko wpada w ucho. Kolejny na płycie "Hypnone" z łagodnością nie ma już wiele wspólnego, rockowa stylistyka bierze górę nad plumkającymi wstawkami Franka Default, zaczyna być niepokojąco, ciut ciężej, znów powraca dramatyzm z pierwszego kawałka, rozwija się katatoniczne instrumentarium ze wzmagającymi się, falującymi przypływami mas dźwięków, które wprowadzają słuchacza w świat sennego koszmaru. W końcu pojawia się też chwila dla Andersa Nystroma i jego gitary. Słychać wyraźnie, że obecność w studiu dwóch nowych muzyków, czyli Pera "Sodo" Erikssona i Niklasa "Nille" Sandina, nie wpłynęła znacząco na brzmienie płyty. Wszystko, co na niej słyszymy, to kontynuacja dokonań świetnie działającego od dwudziestu lat teamu Renkse - Nystrom, czyli doskonale wyważony miks melancholii i poetyckiej refleksyjności z mrocznym rockiem. "The Racing Heart" rozpoczyna się spokojnie i smętnie. Elektroniczne brzmienie i jękliwe wokalne wyznania Jonasa wieńczy zaskakujące rozwinięcie w refren o wręcz hitowym potencjale.

W "Buildings" nareszcie słuchacz doczekuje się mocniejszego uderzenia. Poszatkowane rytmy, dziwaczne, niepokojące riffy to coś, czego na żadnej płycie Katatonii nie może zabraknąć. Kawałek pachnie duszną, mroczną stylistyką znaną z "Night Is The New Day". Mamy tu wciąż obecne niskie, gitarowe pomruki i pierwszy na płycie moment, gdy rzeczywiście wyróżnia się perkusja Daniela Liljekvista. Początek następnego kawałka brzmi, jakbyśmy mieli do czynienia nie z Katatonią współpracującą z Frankiem Default, ale z solowym projektem Franka z małym dodatkiem Katatonii. Być może z czasem przestanie mnie irytować ten natrętny bit, ale chwilowo działa mi na nerwy. Na szczęście "Leech" rozwija się w kierunku bardziej mi odpowiadającym - pojawia się pojękująca mini solówka, później następuje zwrot akcji o 180 stopni i w refrenie wjeżdżają ciężkie gitary. "Ambitions" to utwór, który jako jeden z pierwszych rzucił mi się w uszy. Kawałek jest naprawdę magiczny. Tekst podrzuca przed oczy serię nasyconych emocjami obrazów, przywołuje miejski, zimowy klimat, pojawia się ta trudna do zdefiniowania katatoniczna dźwiękowa mgła. Refren pulsuje gitarami, generując niesamowitą energię mimo jednoznacznie smutnego wydźwięku utworu. W moim odczuciu to jeden z najlepszych kawałków na "Dead End Kings".

Przy kolejnym utworze muszę użyć określenia, z którego zawsze się wyśmiewałam: Katatopeth. "Undo You" brzmi jak bonus track do opethowskiego "Damnation". Gdy pojawił się delikatny wokal Jonasa, czułam się niezmiernie zaskoczona, bo przecież miałam pełne prawo spodziewać się Akerfeldta. Jednak po otrząśnięciu się z szoku dotarłam do refrenu, a tam: "For only our funerals to come; a requiem in death, a song". Są frazy, których nie używa się przez przypadek, a ta z całą pewnością jest porozumiewawczym mrugnięciem w stronę fanów, którzy dobrze znają starsze dokonania Katatonii. "Lethean" przerywa balladkowy spokój powrotem do mocniejszych dźwięków. Ten kawałek doskonale reprezentuje to, co na "Dead End Kings" najciekawsze, czyli udany mariaż nowoczesnych brzmień z rockowym ciężarem. Do tego progresywnie pobrzmiewająca solówka, wibrujące w tle elektroniczne jingle, pulsująca perkusja, basowe pomruki i wznoszący się ponad tym wszystkim pełen emocji wokal, czyli Katatonia w pełnej krasie, w doskonałej formie i u szczytu możliwości twórczych.

Przedostatni utwór pozostawia słuchacza w świecie cięższych brzmień. "First Prayer" jest kolejnym po "Buildings" kawałkiem, który sprawia, że podczas prób upchnięcia Szwedów w jakąś muzyczną szufladkę można jeszcze w ogóle brać pod uwagę tę z napisem "metal". Wieńczący płytę "Dead Letters" powraca klimatycznie do "Night Is The New Day", znów serwując nam powódź tonów uderzających z każdej strony. Przyznaję - zwolniony fragment w środku utworu zalatuje mi najnowszym Opethem, ale może po "Undo You" jestem przewrażliwiona na punkcie podobieństwa obu kapel. Za to refreny są aż do bólu katatoniczne. I jeszcze to "My dreams are getting darker and darker" powtarzane dramatycznym głosem ledwo przebijającym się przez ścianę dźwięków! (Swoją drogą należałoby pobawić się w policzenie słów pochodnych od "darkness" użytych na "Dead End Kings", bo mam wrażenie, że padłby tu jakiś rekord).

Nowy album Katatonii to dla mnie płyta wybitna. Bez wątpienia tym razem określenia "najlepsza jak do tej pory", "najdojrzalsza", "najpełniej przedstawiająca podejście zespołu do muzyki" - padające we wszystkich wywiadach udzielanych przez zespoły promujące najnowsze dziełka - nie są tylko czczą gadaniną. Na "Dead End Kings" Szwedzi pokazują, że dobrze wiedzą, jaką muzyką pragną tworzyć, nie tracąc niczego z wyróżniającej ich magii, nastrojowości i melancholii, lecz nie stojąc w miejscu i otwierając się na nowe możliwości.

Komentarze
Dodaj komentarz »
ble ble
Doommetalist (gość, IP: 79.186.64.*), 2012-09-02 08:33:51 | odpowiedz | zgłoś
Katatonia skończyła się >2000 na jakichś nu metalach....
Mała dygresja
CozzY (gość, IP: 46.250.173.*), 2012-09-02 01:00:44 | odpowiedz | zgłoś
Chudy wąsacz zamiast skracać sobie ksywę na "Sodo" mógł sobie już zrobić "Sony". Bardziej by pasowało :) A płyta? Może do listopada polubię...
podoba
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-09-01 22:44:54 | odpowiedz | zgłoś
mi się ta płyta, podobnie jak wszystkie od zwrotu na DO, ale słuchając jej nie wiem czemu, zatęskniłem i włączyłem znów Dance Of December Souls, potem Brave Murder Day i odleciałem...zapominając o dead end kings.....dlaczego?
re: podoba
eter (gość, IP: 178.219.102.*), 2012-09-02 15:44:18 | odpowiedz | zgłoś
zgadzam się,coś niestety chłopakom umknęło i takiego klimatu jak na pierwszych płytach już pewnie uswiadczymy... life is life...
popieram
Heat (gość, IP: 89.228.3.*), 2012-09-01 16:14:08 | odpowiedz | zgłoś
Po pierwszym przesłuchaniu byłem lekko zawiedziony... W stosunku do poprzedniej wypadła gorzej, spodziewałem się kierunku zarysowanego singlem Dead Letters. Jednak po kilku przesłuchaniach dotarło. Po dead letters szybko muszę włączyć The Parting...;)
katatonia
pik (gość, IP: 79.163.3.*), 2012-09-01 16:03:00 | odpowiedz | zgłoś
innej oceny sie nie spodziewalem ;P ale nie znam (jeszcze) tej płytki, wiec nie wiem, na razie slucham głównie nowego krążka dead can dance.
4
Starsze »

Oceń płytę:

Aktualna ocena (179 głosów):

 
 
69%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Jak długa powinna być broda metalowca?