zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 15 grudnia 2018

recenzja: Judas Priest "Defenders of the Faith"

17.08.2001  autor: Tyberiusz Słodkiewicz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Judas Priest
Tytuł płyty: "Defenders of the Faith"
Utwory: Freewheel Burning; Jawbreaker; Rock Hard, Ride Free; The Sentinel; Love Bites; Eat me Alive; Some Heads are Gonna Roll; Night Comes Down; Heavy Duty; Defenders of the Faith; Turn on your Light (bonus); Heavy duty/Defenders of the Faith - Live (bonus)
Wykonawcy: Rob Halford - wokal; Glenn Tipton - gitara; KK Downing - gitara; Ian Hill - gitara basowa; Dave Holland - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Sony Music
Rok wydania: 1984

Długo zbierałem się do tego, aby napisać recenzję albumu dla mnie magicznego, albumu który według mnie jest najczystszym heavy metalowym dziełem w historii gatunku. Doskonałą okazją do tego, żeby wreszcie zabrać się do pracy, było wydanie przez Sony czterech zremasterowanych płyt Judas Priest z okresu 1980 - 1984 (czyli "British Steel", "Point of Entry", "Screaming for Vengeance" i "Defenders of the Faith").

"Defenders of the Faith" została wydana bardzo ładnie, szata graficzna została wzbogacona o srebrną ramkę i błyszczące niczym metal logo zespołu. W środku kolejne zaskoczenie to świetnie opracowana wkładka, z informacjami na temat utworów bonusowych, realizacji płyty oraz unikatowe zdjęcia wraz z tekstami. Na piątkę.

Ale przejdźmy do muzyki bo ta w wypadku Judas Priest przyćmiewa wszystko inne. Album rozpoczyna speed metalowy "Freewheel Burning", fantastyczny utwór, niezwykle dynamiczny, kapitalnie pracuje w nim sekcja rytmiczna, która, co trzeba zaznaczyć, jest piekielnie ciężka i jednostajna. Gra w iście mechaniczny sposób, niczym jakiś automat. Co rzuca się w uszy, to wreszcie wyciągnięty na wierzch głos Halforda (kto słyszał niezremasterowaną wersję tej płyty, wie o czym mówię), który jak powszechnie wiadomo jest klasą dla samego siebie. No i wreszcie to, co najważniejsze - gitarzyści. K.K. i Glenn grają bardzo mięsiste riffy, to jest to brzmienie Priest, które kocham, jest ciężko, bardzo ciężko, technicznie perfekcyjnie, popis solowy Tiptona rzuca na kolana. Nic dodać nic ująć, płyta zapowiada się rewelacyjnie. Przechodzimy dalej, nie ma chwili wytchnienia, bo oto z głośników eksploduje "Jawbreaker" wraz ze swoimi pulsującymi riffami i rytmem, nie można wysiedzieć spokojnie w miejscu. Halford śpiewa środkowym pasmem, tylko w końcówce jego głos nabiera mocy i wchodzi w wysokie rejestry. Potężny niczym silnik Concorda. Aha, gdzieś w środku utworu Downing gra takie solo, że lepiej się trzymać, inaczej można upaść na glebę, uff... Trzeba odpocząć - "Rock Hard, Ride Free" - jest okazja, prawdziwie motocyklowy song z "chórkowatym" refrenem i fenomenalnymi solówkami obu gitarzystów, szkoda że takie utwory już nigdy nie wrócą, bo to było całe piękno metalu. Dość mazgajstwa, oto "The Sentinel". Ultraciężkie i mroczne gitarowe intro, zaczyna się arcydzieło. Za chwilę pierwszy kop, wkracza do akcji perkusja i przechodzimy do metalowej furii, Halford śpiewa o mścicielu, to nie tekst piosenki... to poezja. W głosie słychać jakiś niepokój, koniec drugiej zwrotki i chwila wytchnienia. Zwolnili by naładować broń i nagle eksploduje gitara Tiptona, ciarki na plecach, za chwilę wchodzi Downing i tak na przemian, aż do wspólnego finału. Cóż mogę powiedzieć - jeśli historia nie uzna tego sola za najwspanialszy pojedynek gitarowy wszech czasów, to napiszę ją od nowa. Ale nie ma czasu myśleć, już zaczyna się niesamowicie brzmiąca część balladowa, Rob melodeklamuje coś o krzykach bólu i agonii i dochodzimy do wielkiego końca... Jeszcze kilka razy zagrają refren i nadejdzie spokój, będzie się można zastanowić nad tym kawałkiem po raz kolejny, a przecież słyszałem już go z 1000 razy. Chwila do refleksji się znajdzie, bo oto Hill zaczyna "Love Bites", jest mrocznie. Bas pomrukuje piekielnie nisko, werbel brzmi jak kocioł. Punktujące riffy, Rob szepcze w refrenie tytuł utworu. Jest inaczej niż w poprzednich kawałkach, ma szaleńczego sola, grają bardziej tajemniczo. Dochodzimy do refrenu, a potem Halford daje upust talentowi i krzyczy do mikrofonu... troche psychodelicznie... wyciszenie. Tylko przez moment, bo już słychać pierwsze akordy "Eat me Alive", kolejny speedowy numer, w momencie kiedy płyta pojawiła się w USA, małżonka niedoszłego prezydenta Stanów, szanownie pierdol..., Tipper Gore chciała spalić zespół na stosie za tekst do tego numeru. Viva Bush... Utwór jest szybki, solówki nawiedzone i w niesamowitym tempie. Za chwilkę spadną niektóre głowy, bo zaczyna się "Some Heads are Gonna Roll", nieco spokojniejszy, budową trochę przypomina "Love Bites". Mała różnica to most pomiędzy refrenem, a kapitalnymi solówkami. No właśnie, solówki to druga różnica. Pora przejść do najspokojniejszego z oryginalnych utworów na płycie, do "Night Comes Down" Znów poetycki tekst, ale tym razem opakowany w formę pseudo ballady z ciężkim refrenem. Jest fajnie, ale generalnie nie przepadam za takimi numerami. Teraz "Heavy Duty/Defenders of the Faith", połączone w jedną całość kapitalny riff w pierwszym, brak solówek, jest wolno i ciężko, i przechodzimy do hymnu. Tak, z pewnością jesteśmy obrońcami wiary. Żadne inne niż metalowe ucho nie strawiłoby czterdziestu minut TAKIEJ muzyki. Boskiej muzyki...koniec.

Zaraz, zaraz, to są remastery Mamy jeszcze bonusy. "Turn on Your Light", nagrany gdzieś w tamtym okresie. Bałem się trochę dodatkowych utworów, bo czasem jest tak, że są dużo słabsze od płyty. Niespodzianka, spokojna akustyczna gitara i przepiękny śpiew Halforda, przejmujący. Rob jest niczym Dr Jekkyl i Mr. Hyde. Potem trochę syntezatorów i cięższych gitar, szkoda że tak szybko się kończy, szkoda że nie ujrzał ten utwór światła dziennego w latach osiemdziesiątych, bo jest wspaniały. Na deser dostajemy jeszcze "Heavy Duty/Defenders of the Faith" w wersji koncertowej. Ot, tak, jak na płycie, tylko ten dreszczyk koncertowy i wyobrażenie o jednym z najwspanialszych tournee Bogów Metalu... i to już naprawdę koniec.

"Defenders..." jest dla mnie albumem magicznym, przesiąkniętym duchem tamtych czasów, poraża siłą, perfekcją i czystością gatunku. Jest pomnikiem heavy metalu lat osiemdziesiątych, w niczym nie ustępuje "Screaming for Vengeance", "British Steel" czy "Painkiller". Wydaje mi się natomiast, że niektórzy nie potrafią go w pełni docenić. Może dlatego, że pojawił się zaraz po "Screaming...", może dlatego, że w tym okresie pojawiło się setki zespołów pogrywających glam metal, z utapirowanymi, farbowanymi włosami i w ciuszkach ze szmatexu. Modne stało się grać lżejszą (nie dotyczy rodzącego się thrashu) muzę, a "Defenders of the Faith" jest piekielnie ciężki, techniczny i momentami tak przygniatający, że aż trudny do odsłuchania w całości. Jeśli miałbym do niego porównać czysto abstrakcyjnie jakąkolwiek płytę innego zespołu, która miała podobny, wydźwięk to postawiłbym na "...And Justice for All" zespołu Metallica. Była to taka sama muzyka: przytłaczająca, techniczna, odhumanizowana i ciężka do strawienia (oprócz "One"), dla frajerów nazywających siebie metalowcami (w rzeczywistości pseudometalowcy na co dzień w domowym zaciszu noszący koszulki i słuchający "New Kids..."). Dziś Hammet odżegnuje się od niej, ale czemu się dziwić, skoro po Metallice została już tylko nazwa. A szkoda, zwłaszcza gdy wspomnę "Ride the Lightning" czy właśnie "...And Justice..." - to była genialna muzyka, genialny był i jest "Defenders of the Faith". Kto wie czy nie najlepszy album w historii metalu...

Komentarze
Dodaj komentarz »
Defenders of the Faith (1984)
Executioner (gość, IP: 46.22.169.*), 2016-03-14 13:24:47 | odpowiedz | zgłoś
Rising from darkness where hell hath no mercy and the screams of vengeance echo on forever. Only those who keep the faith shall escape the wrath of the Metallian... Master of all Metal!
defenders
boleń (gość, IP: 77.237.16.*), 2012-03-25 21:07:36 | odpowiedz | zgłoś
tylko troche ustepuje swojemu poprzednikowi, wydaje mi sie ze z braku ewidentnych 'hiciorow' ale z drugiej strony docenic nalezy niesamowicie rowny poziom albumu i ponownie... brak tutaj slabych momentow; dla mnie ta plyta rowniez jest kwintesencja heavy metalu i byc moze najpiekniejszych lat w metalu w ogole.. slucham sobie dof albo sfv i reszta wydaje sie zbedna :p no jeszcze tylko megadeth ktorych takze uwielbiam
Autor wyczuł klimat
Dario (gość, IP: 31.60.250.*), 2011-05-28 12:42:16 | odpowiedz | zgłoś
Zgadzam się z aktorem recenzji w 100%, wyczuł on klimat utworów i stworzył niesamowity opis tej wspaniałej płyty. Przyznam się, że ja też dopiero po wielu odsłuchach wszedłem w świat tej płyty. Na dzień dzisiejszy kojarzy mi się ona z niedawną płytą zespołu Helloween "Gambling With The Devil". Totalny speed i full energy.

Oceń płytę:

Aktualna ocena (389 głosów):

 
 
87%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Metallica "Master Of Puppets"
- autor: Tomasz Kwiatkowski
- autor: Qboot

Megadeth "Endgame"
- autor: Megakruk

Iron Maiden "Somewhere In Time"
- autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski

Slayer "South Of Heaven"
- autor: Trygław

Running Wild "Black Hand Inn"
- autor: lived

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy w Twoim domu wiszą na ścianach plakaty związane z muzyką?