zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 20 czerwca 2019

recenzja: Klone "Black Days"

27.09.2011  autor: Szamrynquie
okładka płyty
Nazwa zespołu: Klone
Tytuł płyty: "Black Days"
Utwory: Rite of Passage; Spiral Down; Give up the Rest; Hollow Way; Immaculate Desire; Closed Season; The Spell is Cast; Danse Macabre; Rain Bird; Behold the Silence; Army of Me
Wykonawcy: Yann Linger - wokal; Guillaume Bernard - gitara; Michael Moreau - gitara; Hugues Androit - gitara basowa; Florent Marcadet - instrumenty perkusyjne; Matthieu Metzger - saksofon, instrumenty klawiszowe, sample
Wydawcy: Season Of Mist
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Klone są z Francji, a "Black Days" to ich trzecie pełnowymiarowe wydawnictwo. Na pudełku albumu jest nalepka oznajmująca: "Dla fanów Tool, Pantera, Alice in Chains, Porcupine Tree". W zasadzie jest to dobry opis, może przywołanie Pantery jest trochę na wyrost, bo oprócz motoryki niektórych riffów i intensywności części partii wokalnych nic tu panterowego nie ma. Toola za to jest najwięcej. Klone potrafi, tak jak zespół Adama Jonesa, stworzyć w swoich utworach mocno oniryczną atmosferę. Riffy i rytmika też są czasami toolopodobne. Porównanie do Alice In Chains czy Porcupine Tree dotyczy przede wszystkim atmosfery, która bywa dość dołująca, ale też ze sporą dawką agresji. Francuzi są co prawda w kaftanach bezpieczeństwa, ale jeszcze próbują się z nich wyrwać.

Pamiętacie scenę z Foresta Gumpa, kiedy porucznik Dan siedzi na maszcie kutra i wyzywa na pojedynek morski żywioł słowami "dmij sukinsynu"? Otóż Yann Linger śpiewa z równie silnym ładunkiem emocjonalnym. Potrafi nieźle ryknąć i robi to bardzo autentycznie, zachowując przy tym nietypową melodyjność. Potrafi też przekonująco złagodnieć. Bez wątpienia świetny wokalista. Gitarzyści w Klone są jak dwa przeciwstawne bieguny. Guillaume Bernard to być może niedoszły farmaceuta. Robi więcej dźwiękowych plam niż typowego riffowania czy solówek (praktycznie nie ma na tej płycie takich). Drugi gitarzysta jest dla odmiany bardzo konkretny i stanowi w zasadzie część sekcji rytmicznej. Basista robi co do niego należy, ale lubi czasem odjechać na moment, a jego partie potrafią też zaciekawić nieszablonowym brzmieniem. Bębniarz gra bardzo inteligentnie i fantastycznie akcentuje. Keyboardy pojawiają się dyskretnie, tzn. nie grają przewodnich motywów, które można sobie gwizdać idąc po bułki. Saksofony i sample również nie wychodzą na pierwszy plan, snują jedynie niektóre z nici tej muzycznej pajęczyny i to te bardziej ozdobne niźli podtrzymujące konstrukcję.

Klone grają w taki sposób, że przestaję śledzić przebieg utworów. Nie wiem, czy jestem w drugiej zwrotce, czy już w refrenie, nie czekam na solówkę. Zatapiam się w tej dźwiękowej mgle powstałej po wymieszaniu dziwnych harmonii i niejednoznacznych brzmień oraz tu i ówdzie pojawiających się nietypowych podziałów rytmicznych. Poziom albumu jest dość wyrównany, a wszystkie utwory łączy swoisty dźwiękowy mikroklimat. Przebojowością wyróżnia się nieco utwór "Give Up the Rest", który jest po prostu doskonały. W połowie płyty jest też krótki, instrumentalny "Closed Season". Również znakomity. Niespodzianką może wydawać się decyzja zespołu, żeby zrobić cover "Army of Me" Bjork. W końcu niewiele kapel metalowych, a do takich możemy jeszcze Klone zaliczyć, porywa się na jej utwory. Jednak szoku nie ma. Dodali ciężkie gitary, urozmaicili perkusję pod koniec i tyle. Zagrali podobnie, ale tak, żeby utwór ten pasował do reszty piosenek na płycie. Co warte zaznaczenia, wokalista również podobnie zaśpiewał, tzn. zachował oryginalną linię melodyczną. W takim zespole, jak na przykład Six Feet Under by to nie przeszło.

Klimat okładki, tak jak całej płyty, jest mocno odrealniony. Frontowy obrazek jest znakomity. Można się uparcie w niego gapić i snuć domysły. Wewnątrz znajdziemy teksty utworów obok powtarzających się ornamentów. Jest też wydanie z koncertowym DVD. Koncert zarejestrowano w Poitiers, skąd zespół pochodzi, w lutym 2008 r. Setlista nie zawiera ani jednego numeru z "Black Days". Plusem tego materiału jest to, że daje pojęcie o wcześniejszych nagraniach zespołu i ewolucji jego muzyki. Koncert ten jest jednak dziwnie wypolerowany. Za mało koncertowo to wszystko brzmi. Może to wina miksu?

"Black Days" to płyta z muzyką wymagającą skupienia, a w zasadzie poddania się atmosferze dźwięków. Album dużo traci, jeśli słuchany jest zbyt cicho lub przy okazji odciągających uwagę czynności. Próbowałem go słuchać ugniatając ciasto na pierogi. To nie to. Lepiej porządnie odkręcić potencjometr głośności i zapaść w pląsawicę.

Komentarze
Dodaj komentarz »
świetna pyta
peter73 (gość, IP: 193.105.110.*), 2011-10-20 08:10:24 | odpowiedz | zgłoś
bardzo eklektyczna, ale w tym dobrym sensie, praktycznie brak slabych punktow