zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 22 listopada 2019

recenzja: Kragens "Infight"

12.12.2007  autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Kragens
Tytuł płyty: "Infight"
Utwory: Deaf And Blind; Lake Of Fire; Angels Among Monsters; Tyranny Of God; Ten Treasons We Fight; The Falling Man; Only The Weak Survive; Mask Of The Damned; Metalize
Wykonawcy: Renaud Espeche - wokal; Gil Giachino - gitara; Cedric Sellier - gitara; Denis Malek - gitara basowa; Olivier Gavelle - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Locomotive Records
Rok wydania: 2007
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Zespół Kragens został założony w roku 2000 przez gitarzystów Cedrica Selliera oraz Ludwiga Laperche'a. Wkrótce dołączył do nich wokalista Renaud Espeche, a potem skład uzupełnili Denis Malek i Olivier Gavelle. W roku 2004 ukazała się pierwsza płyta zespołu "Dying In A Desert", a rok później - drugie wydawnictwo "Seeds Of Pain". Po kolejnych dwóch latach ukazuje się trzeci album zespołu, nagrany już z nowym gitarzystą Gilem Giachino - "Infight".

Ogólnie rzecz biorąc zespół eksploruje rejony thrash-deathmetalowe, ale nie jest to na szczęście jednowymiarowe, toporne łojenie. Pomysłów bowiem muzycy mają całe mnóstwo i odważnie wplatają je w muzykę. Najlepszym przykładem tego zróżnicowania jest "Deaf And Blind" - otwierają go subtelne dźwięki pianina, potem wchodzą mocarne i masywne gitary, nadające muzyce doomowaty charakter. Dalej pojawia się cięty i zamotany, thrashowy riff, który za chwilę nabiera dodatkowo deathmetalowego posmaczku, a gdy wchodzi growlujący wokal, to już faktycznie nic tylko usiąść i słuchać z uwagą. Tym bardziej, że to jeszcze nie koniec niespodzianek, bo w okolicach refrenu wokal najpierw wpada na heavymetalową nutę, potem zaczepia o śpiew... niby-operowy, a dalej mamy jeszcze kapitalne zwolnienie z miażdżącym riffem i mocnymi klawiszami oraz znakomite, ostre gitarowe solo.

Następne numery są już wprawdzie nieco bardziej standardowymi thrash-deathmetalowymi killerami, ale i tak ciągle przewijają się tu ciekawe pomysły, ciągle mamy bardzo zróżnicowane wokale ("zdublowane" wokalizy w "Lake Of Fire" - na pierwszym planie heavymetalowy śpiew, a w tle niemal blackmetalowe skrzeki), klawiszowe wstawki, wycieczki w stronę heavy metalu oraz mnóstwo zmian tempa i mocarne, ale chwytliwe melodie. Numery zabijają solówkami ("Angels Among Monsters", "The Falling Man", "Mask Of The Damned"), dynamiką i energią. No i riffy. Uch, tu jest naprawdę bez litości! Jakiś czas temu powaliły mnie rzeźbienia Metal Mike'a Chlaściaka na płycie dowodzonego przez niego zespołu Painmuseum - i tu podobnie nie ma chwili wytchnienia. Ciężar, czad, momentami nieludzka precyzja, agresja i pozakręcane pomysły. Z jednej strony mamy tu niesamowite zacięcie i energię, która sprawia, że ręka sama szuka guzika "volume up", bo poziom głośności jest ciągle i ciągle zbyt niski. A z drugiej jest tu tyle mieszania, kombinacji i dzieje się tak dużo, że wiele zespołów niby-kombinujących mogłoby się u Francuzów szkolić.

Poza "Ten Treasons We Fight", który jakoś nie przykuł mojej uwagi, wszystkie pozostałe numery to thrash-deathmetalowa ekstraklasa. A pomiędzy tą miazgę wciśnięto jeszcze "The Falling Man" - fantastyczną, ciężką jak diabli balladę, w której spokojne, miarowe tempo przetykane jest gitarowymi solówkami, a fantastyczny, heavymetalowo brzmiący wokal łączy manierę Geoffa Tate'a (Queensryche) oraz Matthew Barlowa (ex-Iced Earth). A w końcowej partii jest jeszcze rozbudowana część instrumentalna, z kapitalnymi popisami duetu Giachino / Sellier.

Płyta zwalcowała mnie na kwaśne jabłko. Jedno z najlepszych wydawnictw tego roku.

Komentarze
Dodaj komentarz »