zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 23 stycznia 2022

recenzja: Monster Magnet "Monolithic Baby"

27.03.2004  autor: Paweł "DevilRed" Sarna
okładka płyty
Nazwa zespołu: Monster Magnet
Tytuł płyty: "Monolithic Baby"
Utwory: Slut Machine; Super Cruel; On The Verge; Unbroken (Hotel Baby); Radiation Day; Monolithic; The Right Stuff; There's No Way Out Of Here; Master Of Light; Too Bad; Ultimate Everything; CNN War Theme
Wykonawcy: Dave Wyndorf - wokal, gitara; Ed Mundell - gitara; Phil Caivano - gitara; Jim Baglino - gitara basowa; Bob Pantella - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: SPV Records
Premiera: 2004
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Wreszcie nadszedł ten dzień - dzień premiery nowej płyty zespołu Monster Magnet! Cztery długie lata niecierpliwego oczekiwania i w końcu możemy spokojnie posłuchać tego, co ma nam do zaoferowania kapela z New Jersey. Zapytacie się: "Dlaczego tak długo?". Ano dlatego, że po wydaniu poprzedniej płyty "God Says No" (2000) zespół zmienił wytwórnię fonograficzną i rozstał się po wielu latach ze swoją sekcją rytmiczną (Joe Calandra i Jon Kleinman). Nie zważając jednak na kłopoty grupa pod wodzą energicznego Dave'a Wyndorfa podpisała kontrakt z SPV Records i uzupełniła skład o Boba Pantellę i Jima Baglino.

Jaką płytą jest "Monolithic Baby"? Czy pod względem artystycznym dosięgnie pułapu przebojowego "Powertrip" (1998)? Czy odniesie równie spory sukces komercyjny? Przekonajmy się! Więc po kolei...

Najpierw mamy "Slut Machine". Wolno rozkręcający się początek zachęca do zdecydowanego podkręcenia głośności. Lepiej uważać, bo zgrzytliwa gitara może przestraszyć co bardziej nerwowych sąsiadów. Wokal Dave'a jest jak zwykle mocny, lekko zdarty - jak na rockersa przystało. Brzmienie proste, bezpośrednie, bez udziwnień, klawiszy, egzotycznych chórków i innych bajerów. Rytm gitar, basu i perkusji bije nas po oczach, nie można też zbyć milczeniem znakomitej solówki pod koniec piosenki. "...Hey now you scream out your dirt until I explode...". Odliczane wejście Dave'a w "Super Cruel" przypomina sławne "...one, two, three..." ze wstępu do "Blitzkrieg Bop" The Ramones - sam kawałek też nie jest gorszy od tamtego. Wibrujące dźwięki gitary przenoszą nas w rockandrollowe lata 70., a Dave wciąż nie oszczędza naszych uszu skandując i śpiewając kolejne wersy tekstu. Cały zespół swą grą generuje niesamowity imprezowy klimat. Taki groove rozkręci niejedną rockotekę - energia rozsadza każdą sekundę utworu. "...Super cruel hot shit baby...".

Spokojny wstęp do "On the Verge" znamionuje przywiązanie do tradycji Nashville. Ale bynajmniej nie tej z Country Music Television... to raczej hołd dla Johnny'ego Casha (R.I.P.), gdyż ten melancholijny klimat jest w jego typie. Refrenowe akordy klawiszy to już Dziki Zachód i piano z saloonu, choć utwór ma jednak raczej wydźwięk rozpaczliwy i dramatyczny niźli zabawowy. Podkreślają to częste zmiany tonacji wokalu Dave'a i smutne, "płaczące" wręcz gitary. W końcówce mamy za to niezłe przyspieszenie aż do zawrotnego tempa w finale. "...Got to dance in my own heaven on the verge of all out hell...".

Znakomity hardrockowy riff zaczyna jazdę w "Unbroken (Hotel Baby)", a bardzo rytmiczna, bujająca wręcz zwrotka prowadzi do eksplodującego żywiołowością i energią refrenu, tak że ledwo można spokojnie usiedzieć słuchając tak chwytliwej melodii. Kawałek słusznie został wybrany na singiel promujący płytę - znakomita, wyrazista linia melodyczna i popisy gitarzystów pokazują spory komercyjny potencjał tego utworu. To na pewno będzie jeden z rockowych hitów roku 2004, oby takich więcej. "...Shut your mouth you big fuckin' baby...". Perkusista mocno nabija rytm, zaś gitarzysta gra jak Tony Iommi za najlepszych swych lat. Nie, to nie Black Sabbath. To "Radiation Day". Mocno i do przodu. Wymieszanie elementów stoner i hard rocka - oto, co cechuje ten numer. Brakuje jeszcze tylko Ozzy'ego na gościnnym wokalu oraz kolesi z Hawkwind akompaniujących do tych zakręconych melodii... Długa, urozmaicona solówka gitary kończy ten mały hołd dla hardrockowej psychodelii. "...Modern life is eating you alive...".

Nisko nastrojony bas i mamy już kolejny potencjalny hit z tej płyty, płynnie przechodzący z "Radiation Day". Jego imię to "Monolithic". Primusowy bas odbija swe niezwykłe piętno na całości tej kompozycji, gitary płynnie przechodzą od krótkich rwanych riffów do zawrotnie pokręconych solówek, a do tego ten "hippisowski" rytm perkusji. Palce lizać "...You're stone monolithic I smell it on your breath...". Następny w kolejce trafił się cover zapomnianego dziś zespołu Captain Lockheed And the Starfighters - "The Right Stuff". Cóż, panowie z Monster Magnet spisali się na piątkę. Ożywili klimat oryginału i wykonali go na swój, równie mocno nawiedzony sposób. Efekty gitarowe jak 30 lat temu, płynna współpraca sekcji rytmicznej i stonowany, przepuszczony przez jakiś analogowy wokoder wokal Dave'a. To wszystko tutaj mamy podane w mocnym hardrockowym sosie. Chaos instrumentalny w końcówce może nieźle zakręcić w głowie, a całość smakuje wybornie. Próbujemy więc dalej. "...I'm the right stuff baby...".

Teraz jeden z moich faworytów na tym albumie - kolejny cover (tym razem z pierwszej solowej płyty Davida Gilmoura z Pink Floyd), "There's No Way Out Of Here". Balladowy, akustyczny początek z zawodzącą smutnie gitarą nie zdradza późniejszych niesamowitych emocji. Śliczna melodia wiedzie nas dalej i dalej. Powoli kolejne wersy wprowadzają nas w magiczne rejony piękna tej muzyki. Uderzający w serce refren porusza do głębi - tak pięknych, a zarazem smutnych melodii nie ma za wiele w dzisiejszym świecie muzyki. Melancholia tego utworu przypomina mi dokonania Anathemy - cóż, to chyba te same inspiracje... "Your life slips through your hands...". Dziwny (elektroniczny?) rytm wprowadza nas w klimat "Master Of Light". Melodia rodem z lat 80. (bynajmniej nie z kręgu soft metalu, raczej wczesny The Cult) kieruje ku zdecydowanemu w swej surowości i mocy refrenowi, natomiast świetny śpiew Dave'a udowadnia, że Wyndorf to naprawdę Master Of Rock. "...Life's a big explosion...".

Jakże odmienny jest następny "Too Bad". Przez spokojny, przesycony z lekka alternatywnym klimatem i orientalnymi wstawkami gitar utwór leniwie prowadzi nas spokojny wokal frotmana. Taka Monstermagnetowa kołysanka, dając chwilą wytchnienia pomiędzy kolejnymi mocnym rockerami. "...Too bad you couldn't take the fun...". Kolejne na płycie "Ultimate Everything" przytłacza natomiast swoim klimatem. Ciężki, niepokojący kawałek wibruje w uszach przesterami gitar i "dołem" basu, oszalała momentami perkusja nie polepsza sprawy, a na dodatek wokalista śpiewa jak opętany. Prawdziwy mroczny hołd dla dokonań Black Sabbath i innych tuzów heavy rocka lat 70. ubrany w mocne i krystaliczne brzmienie XXI wieku. Znakomity kawałek na soundtrack do jakiegoś horroru - może do "House Of 1000 Corps 2" Roba Zombie? Te piekielne głosy na końcu zdecydowanie by tam pasowały. "...A world of flaming angels standing in my way...".

No i nadszedł czas na ostatni (niestety) już utwór - "CNN War Theme". Odnoszę wrażenie, że niektórzy artyści celowo umieszczają najdziwniejsze utwory na końcu płyty, aby przypadkiem nie odstraszyć swoich słuchaczy - podobnie postąpił Filter ("The 4th" na "Amalgamut") i Rob Zombie ("House Of 1000 Corps" na "Sinister Urge"). Pewnie to dla nich niezła odskocznia od szarości dnia codziennego. Orientalnie brzmiące gitary, plemiennie bębny i szamańskie zawodzenia wokalisty oddają w pełni to co dzieje się w tym utworze. Prawdziwy hymn wojenny, z którego w sumie wyszedł całkiem przyjemny w słuchaniu psychodeliczny folk. "...Shine on stars into endless night...".

I tak zbliżyliśmy się do finału tej muzycznej podróży... Była ona pełna pozytywnych wrażeń i niesamowitych emocji. Ta płyta znakomicie może poprawić nastrój i poruszyć do zabawy. Muzycznie na pewno nie jest to coś rewolucyjnego - i bardzo dobrze, bowiem Monster Magnet to znakomicie zgrany konglomerat facetów grających prawdziwego hardrocka, który od lat nagrywa żywiołowe, energetyczne kawałki, które były już nie raz mocnymi hitami granymi nawet przez największe telewizje muzyczne - że wspomnę tu tylko o "Space Lord", "Powertrip" czy "Heads Explode". Surowy wyraz twarzy, ciemne okulary, skórzane ubrania, diabelskie ognie, harce panienek w ponętnych strojach (lub bez nich) i wachlowanie się dolarami - tego już Monster Magnet nie potrzebuje. Muzyka się sama broni. Rock and roll żyje. A na imię mu Monster Magnet!

Komentarze
Dodaj komentarz »