zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 28 lutego 2021

recenzja: Monster Magnet "Spine of God"

6.09.2006  autor: RJF
okładka płyty
Nazwa zespołu: Monster Magnet
Tytuł płyty: "Spine of God"
Utwory: Pill Shovel; Medicine; Nod Scene; Black Mastermind; Zodiac Lung; Spine of God; Snake Dance; Sin's a Good Man's Brother; Ozium; Ozium (demo)
Wykonawcy: Dave Wyndorf - wokal, gitara; John McBaln - gitara; Joe Calandra - gitara basowa; Jon Kleimann - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: SPV Records, Steamhammer
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Dzięki wytwórni SPV/Steamhammer do sprzedaży ponownie trafiły płyty "Spine of God" i "25 TAB" zespołu Monster Magnet. Dobrze się stało, gdyż po tych dwóch pozycjach ślad już dawno zaginął na półkach sklepowych, a stanowią one niemały rarytas, nie tylko dla wielbicieli twórczości Davida Wyndorfa.

Debiutancka płyta długogrająca Monster Magnet zatytułowana "Spine of God" pierwotnie ukazała się w 1991 roku nakładem Caroline Records i do dziś pozostaje jedną z najbardziej psychodelicznych, przesączonych narkotykami płyt ostatnich lat. Brudna, przytłumiona produkcja nadaje jej jeszcze większego autentyzmu. Eksperymentalne (choć nie aż tak, jak na "25 TAB") brzmienia przeplatają się z hardrockowymi utworami. Na "Spine of God" zespół Monster Magnet to jedno wielkie ucieleśnienie hasła "sex, drugs and rock & roll". Dave Wyndorf już wtedy wiedział, jaki wizerunek do niego najbardziej pasuje: ekscentryczny, lubiący dolewać oliwy do ognia prowokator, ale jednocześnie ironiczny i zdystansowany wobec siebie. Zręcznie gra rolę zarówno charyzmatycznego objawiciela, proroka narkotycznego zepsucia, jak i karykaturalnego w swym bałwochwalstwie czciciela Dionizosa. Wszystko się tutaj ze sobą miesza, niczym w majakach po kwasowym odlocie i trudno wskazać, gdzie kończy się dramat, a zaczyna groteska. Prawdziwy teatr makabreski przygotowany z iście szatańską precyzją.

W "Nod Scene" spokojne, leniwe gitary kontrastują z mocniejszymi, "sabbathowymi" riffami i całą plejadą psychodelicznych brzmień ("kosmicznymi" pasażami dźwiękowymi, nagłymi zwolnieniami, czy z narkotycznym, docierającym z oddali głosem Wyndorfa). "Ozium" zaczyna się jak piosenka jakiegoś kalifornijskiego zespołu z lat 60-tych pokroju Jefferson Airplane, ale w jej drugiej części dominację przejmują przesterowane, kakofoniczne kaskady dźwięków. Wersja demo tego utworu, która znalazła się na płycie w charakterze bonusu jest nawet jeszcze bardziej "odjechana". Kulminacją jest utwór "Spine of God". Jest to esencja ówczesnej twórczości Monster Magnet, a zarazem jeden z najbardziej elektryzujących punktów koncertowych zespołu. Na płycie trwa ledwie osiem minut, ale na żywo potrafi przerodzić się w dwudziestominutową orgię dźwięków (jak miało to miejsce podczas koncertu w warszawskiej "Stodole"). Hipnotyczny, inspirowany dalekowschodnią muzyką, początek przypomina "The End" z repertuaru The Doors. Natrętny, powtarzany niczym mantra, gitarowy motyw tworzy tło dla opowieści snutej przez Dave'a. Stopniowo napięcie narasta, aż w końcu następuje eksplozja. Istny żywioł!

Na koniec warto jeszcze dodać kilka słów o samej reedycji. Płyta ukazała się w delikatnie zmienionej ("podrasowanej" kolorystycznie) okładce, w środku znajduje się krótki tekst autobiograficzny autorstwa Davida Wyndorfa, a na krążku dołączono bonusowe nagranie, którym jest wspomniana wersja demo piosenki "Ozium". W sumie to niewiele, ale i tak sama muzyka nic nie straciła ze swojej mocy - można odlecieć od samego słuchania.

Komentarze
Dodaj komentarz »