zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 1 marca 2021

recenzja: Motorhead "The Best Of Motorhead"

17.02.2012  autor: Mikele Janicjusz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Motorhead
Tytuł płyty: "The Best Of Motorhead"
Utwory: Ace Of Spades; Overkill; No Class; I Got Mine; Stay Clean; Iron Fist (teledysk); The Chase Is Better Than The Catch; Dead Men Tell No Tales; Shine; Capricorn; Poison; One Track Mind; Motorhead; Bomber; Killed By Death (teledysk)
Wykonawcy: Ian "Lemmy" Kilmister - wokal, gitara basowa; Eddie "Fast" Clarke - gitara; Phil "Philthy Animal" Taylor - instrumenty perkusyjne; Brian "Robbo" Robertson - gitara; Michael "Wurzel" Burston - gitara; Phil Campbell - gitara; Pete "Frank" Gill - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Sanctuary Records
Rok wydania: 2002
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

Jeśli się jest oddanym fanem Motorhead, to nawet wydawnictwa tego typu, co "The Best Of..." są kuszące. W tym wypadku pokusa ma dodatkową przewagę nad kieszenią, bo jest to DVD, a więc mamy obraz. Mnie jednak skusiło co innego - teledysk do utworu "Killed By Death", który kiedyś tam widziałem i zrobił na mnie duże wrażenie. Ale o tym trochę dalej. Najpierw parę spraw technicznych. Krążek ukazał się nakładem Sanctuary 25 stycznia 2002 roku. Rzecz jednak w tym, że wideo to oparte zostało na wcześniejszym wydawnictwie VHS, przygotowanym w 1986 roku przez firmę Bronze, która kończyła już współpracę z Motorhead, ale chciała jak najwięcej materiałów archiwalnych wykorzystać w celu napełnienia nigdy nienasyconego bebzola. Materiał ten nosił nazwę "Deaf Not Blind". Wedle mojej wiedzy ta kaseta wideo jest już nieosiągalna, a poza tym na czym ją obejrzeć? Dobrze więc się stało, że Sanctuary odświeżyło ten zapis na nośniku DVD. Trzeba jednak zaznaczyć, że zmieniona została pierwotna szata graficzna wydawnictwa i kolejność utworów, nie wiem tylko po co.

Po włożeniu krążka do odtwarzacza, po tych wszystkich ostrzeżeniach antypirackich, wyświetla się interaktywne menu: animowany Lemmy siedzi rozpierdzielony na kamiennym tronie, a po obu jego stronach stoją skąpo odziane laski (jedna blondyna, druga brunetka - może to coś znaczy?); jedna z nich trzyma sporej wielkości gnata. Ot, taka ochrona osobista muzycznego magnata. W tle szalejący pożar. W pewnym momencie w rytm "I Got Mine" wysuwają się z dołu ekranu tablice nagrobne z takimi oto hasłami: "Play Concert", "Song Index", "Audio Setup", "DVD Credits". Otwieram najpierw listę piosenek, bynajmniej nie po to, by poznać zawartość DVD, lecz by przetestować działanie menu. Na tle tych samych buchających płomieni widzimy pięć kart do gry (wszystkie to asy) z tytułami piosenek - typowo motorheadowy chwyt, a dodatkowo wszystko udźwiękowione (nawiasem mówiąc za taką koncepcję odpowiada David Bowen). Po naciśnięciu przycisku "next" otwiera się reszta. Do wyboru fan dostaje dźwięk w opcji 5.1 surround albo stereo.

No to zobaczmy koncert. Po naduszeniu "play" od razu zaczyna się "Ace Of Spades". Żadnego intro, wstępu czy innych gówien. "Ace Of Spades" i już! Trzyosobowy skład wymiata tak, że plomby z zębów wyskakują. Serducho rośnie, widząc obok siebie Kilmistera, Taylora i Clarke'a. Nie do wiary, że można to zobaczyć - przecież ten skład działał 30 lat temu. Na "The Best Of..." znalazły się kawałki ze wszystkich płyt zespołu wydanych do 1984 roku, przy czym - o dziwo - najsłabiej reprezentowane są "Ace Of Spades" (tylko dwa numery) oraz "Iron Fist" (tytułowy). Niestety, gorszą informacją jest to, że nie jest to rzeczywiste wydarzenie, a koncert pozorowany, nagrany w studio. W zasadzie nagrany w trzech różnych etapach. Podczas sesji rejestrującej utwory "Ace Of Spades" i "The Chase Is Better Than The Catch" Lemmy nosił czarną kurtkę z długimi rękawami, a przez ramię miał przewieszony bas w drewnianej imitacji, Taylor zaś wdział szary podkoszulek. Podczas sesji rejestrującej utwory "Overkill", "No Class", "Stay Clean", "Dead Men Tell No Tales", "Capricorn", "Poison", "Motorhead" i "Bomber" Lemmy wystąpił w czarnym T-shircie z logo Motorhead, posługiwał się białym wiosłem z pikiem, a Taylor ubrał czarny podkoszulek. Sceny w obu przypadkach były urządzone ascetycznie, bez żadnych spektakularnych dodatków. Może tym większe wrażenie robi zestaw perkusyjny Taylora z dwoma centralami ozdobionymi rekinimi paszczami. Trochę inaczej wypadają numery z Robbo w składzie, czyli "I Got Mine", "Shine", "One Track Mind". Scena jest ogromna, z wywieszonym logo na tylnej ścianie, poza tym dużo neonów, świateł i dymu. Spokojnie, Robertson wygląda tu normalnie, włos ma co prawda krwisty, ale ubrał się jak należy. Na gitarze gra wyluzowany, bawiąc się instrumentem, w odróżnieniu od niego Fast jest bardziej zachowawczy, flegmatyczny, choć przecież jego umiejętności nie można zanegować. Philthy za to gra na efekciarskiej perce z przezroczystymi bębnami.

Zespół prezentuje się zgodnie z oczekiwaniami, to znaczy widz ma poczucie, że ogląda bandę twardzieli, dla których rock and roll to to samo, co wieczne burdy i dziwki. Nie wierzycie? Spójrzcie na te gęby. Trudno od nich oczekiwać miłosierdzia. Za sprawą tego DVD można prześledzić, jak zmieniał się imidż muzyków na przestrzeni tych kilku lat. Ale specyficzne elementy pozostają niezmienne: Lemmy śpiewa do charakterystycznie podniesionego sita z zamkniętymi ślepiami; Taylor - jak łatwo zaobserwować - to istny zwierzak z Mupetów; pracuje całym ciałem, aż kotły się trzęsą; Clarke gra mocno przygarbiony, zwłaszcza solówki.

Obraz. Formacja z Londynu używała wtedy dużo dymu, skutkiem czego obraz jest przeważnie zamglony. Apogeum następuje w numerach z "Another Perfect Day", muzycy wręcz brodzą w oparach. Montaż jest dobry, jak na ów czas, dynamiczny, kamery pokazują to, co trzeba, nadążają za muzykami, czasem serwują duże zbliżenia postaci, szczególnie w numerach z "Another Perfect Day". Trochę pipkowate wrażenie robi "I Got Mine", który jest niedokończony; w pewnym momencie muzyka się wycisza, a kadr się zmniejsza, by za chwilę zniknąć zupełnie. Dodawane są (na szczęście z umiarem) różne studyjne efekty wizualne, jak np. w utworach "Stay Clean" i "Capricorn", gdzie poszczególne części obrazu (gitary, statywy, bębny, sylwetki) są obrysowane lub zabarwione nietypowymi kolorami. Za montaż odpowiadała Anne Rowe. Jest to upozorowany koncert, w związku z tym na końcu niektórych kawałków dodane są oklaski, a po odegraniu ostatniego kawałka ("Bomber") Lemmy żegna się, rozdając pocałunki i wznosząc ręce w geście zwycięstwa.

Teledyski - to dla nich warto mieć to wydawnictwo. "Iron Fist" - to nie tylko promocja najlepszej pod słońcem muzy, ale też hołd złożony fanom i dokument ukazujący szalone lata 80. Widać tu doskonale, kim byli fani w owym czasie. Wtedy Motorhead był uwielbiany przez dzikie hordy oćwiekowanych zakapiorów... Ja pierdolę, popatrzcie tylko na tych ludzi pod sceną. Sól ziemi! Wtedy jeszcze nie bywali na koncertach grzeczni inteligenci, tylko ludzie, którzy byli na bakier ze wszystkim, zwłaszcza z prawem. Przypomniała mi się anegdota z książki "Biała Gorączka" (Poznań 2007), w której Lemmy wspomina pierwszą wizytę Twisted Sister w Wielkiej Brytanii. Członkowie kapeli byli tak zesrani perspektywą grania przed Angolami, że Ian ulitował się i wyszedł na scenę, by zapowiedzieć ich jako swych przyjaciół, dzięki czemu nie poleciały butelki i kamienie w kolesi poprzebieranych przecież - jak dobrze wiemy - za baby. Druga rzecz to wystój sceny. W owym czasie Motorhead w inscenizacyjnym rozmachu w niczym nie ustępował Iron Maiden czy Judas Priest. Dzisiaj niestety nie używa na tych drogich gadżetów, jak np. hydraulicznie poruszanej żelaznej pięści, zakończonej na palcach światłami. Ale wystarczy obejrzeć ten clip, by zrozumieć, jak świetnie sprawdzały się różne efekty przy muzyce Motorhead. Szacunek dla zespołu wzbudzał już sam wygląd muzyków: kowbojskie uniformy gitarzystów, czarne ubranko perkusisty niosły taki oto przekaz: nie podchodź za blisko, bo wpierdol. A że bili się chłopcy, to nie ulegało wątpliwości. Na tym teledysku najlepiej widać, ile zębów Lemmy'emu brakowało, a idę o zakład, że pozostali też mieli poważne braki w uzębieniu.

"Killed By Death" ma zarysowaną fabułę. Zaczyna się sielską sceną, w której podstarzałe brytyjskie małżeństwo gapi się w TV. Pamiętacie serial w "Urodzonych Mordercach" Oliviera Stone'a? Są tu pewne podobieństwa, może wcale nieprzypadkowe. Naraz wchodzi córeczka o nadzwyczaj kształtnym ciele i oznajmia, że zamierza wyjść. Rodzice najpierw w osłupieniu patrzą na strój pociechy (biała obcisła koszulka opina ogromne piersi z wyrzynającymi się sutkami, panterkowe getry podkreślają zgrabne nogi, goły brzuch), potem komentują go w niewybredny sposób. Ale co to? Dźwięk motocykla i w przeciwległej ścianie zostaje wybita dziura, przez którą wjeżdża Lemmy. Zabiera laskę na motor i spieprzają. Wtedy zaczyna się utwór. Dalsza część teledysku opowiada o zmaganiach stróżów prawa z niesforną parą, która zakłóca porządek we wszelki możliwy sposób. Zajebiste są ujęcia, w których Lemmy pędzi na swoim warczącym rumaku, zaś lala z tylnego siedzenia prowokuje go seksualnie. Na ogonie mają policyjne radiowozy. Te sceny przerywane są fragmentami koncertu. W końcu gliny łapią bandziora, sadzają na krześle elektrycznym i smażą mu mózg. Sceny te przypadają akurat na to zwolnienie w środku dzieła, kiedy Lemmy recytuje "killed by death", a potem złowrogo rży. Ale najbardziej kultowy jest moment, w którym Lemmy wyjeżdża z grobu na swoim harleju i zabiera dziewuchę ku totalnemu zaskoczeniu zebranych na cmentarzu żałobników.

Mam nadzieję, że doczekam się kiedyś wydawnictwa na miarę "Family Jewels" AC/DC, bo Motorheadzi mają naprawdę udane filmiki. Tymczasem jednak ocena końcowa nie może być zbyt wysoka, bo wydawca mógł dodać jeszcze trochę materiału archiwalnego; coś by przecież się znalazło. Płyta DVD z 70-minutową zawartością materiału jest w moim odczuciu niewykorzystana. To, co natomiast znalazło się na "The Best Of Motorhead", ma dużą wartość historyczną, ale patrząc na inne podobne wydawnictwa tego zespołu... No, są lepsze.

Komentarze
Dodaj komentarz »