zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 28 października 2020

recenzja: Paradise Lost "Obsidian"

9.07.2020  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Paradise Lost
Tytuł płyty: "Obsidian"
Utwory: Darker Thoughts; Fall Form Grace; Ghosts; The Devil Embraced; Forsaken; Serenity; Ending Days; Hope Dies Young; Ravenghast; Hear The Night; Defiler
Wykonawcy: Nick Holmes - wokal; Gregor Mackintosh - gitara; Aaron Aedy - gitara; Steve Edmondson - gitara basowa; Waltteri Vayrynen - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Nuclear Blast Records
Rok wydania: 2020
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Zespół paradoksów.

Pierwszy raz od czasu wydania "Faith Divides Us, Death Unites Us" (2009), jakoś specjalnie nie czekałem na nowe wydawnictwo Paradise Lost. Paradoks polega na tym, że jako zwolennik ich gotycko - metalowego oblicza powinienem, szczególnie kiedy swoich korzeni w takim graniu z okresu "Shades of God" sięgnęli na poprzedniej "Medusie" (2017). Najprawdopodobniej efekt zmęczenia materiału, bo droga tego zespołu przypomina jakiś cykl uroborosa, który pierwszy raz zakończyli na self-titled album i na nowo rozpoczęli za sprawą "In Requiem" (2007), tylko kończąc "Medusą", w okolicach artystycznego początku. Skomplikowane, ale ich sprawa, nie muszę tego rozumieć.

Skoro tak jest, to apriorycznie można, nawet nie słuchając ich przedostatniej płyty, założyć, że musiała być zajebista, z tego twardogłowego, metalowego punktu widzenia, a znów paradoksalnie, była przeciętna, mimo że zbudowana z samych pewniaków stylistycznych, które starym fanom powinny robić dobrze. Spamiętałem może ze trzy tytuły meduzowych pisenek, z naciskiem na genialny, epicki "Until The Grave", i odłożyłem na bok, traktując raczej jak ostatnie dwie łyżki mocno letniej zupy, zjedzonej z zasady, żeby nie wylewać do zlewu.

Do najnowszej propozycji, "Obsidian", oficjalnie smutnych Angoli raczej też zbyt wiele nie przekonywało. Począwszy od tej nieszczęsnej, gównianej, przechujowo - mandalowej okładki, przypominającej odrzucony projekt grafiki z ostatniej płyty Dimmu Borgir. Ale okładki na szczęście nie grają, a sprawę uratował pierwszy singiel, zarzucony bez jakichś szumnych zapowiedzi, jakby od niechcenia, czyli "Fall from Grace". W zasadzie nic nowego, ale już sam poślizg melodyczny kawałka, w tej dobrze znanej paradajsowej manierze, nadający ciężkawemu klimatowi mglistej zwiewności, namawiał skutecznie, żeby sprawdzić.. co dalej.

A co było dalej? Im dalej w las, tym mniej drzew i jaśniej w tym przypadku i o dziwo przez to... lepiej. Znów paradoks, ale chyba Greg i Nick sami doszli do wniosku, że rozkopali już cały cmentarz po swojej hardcorowej doom twórczości i po prostu nagrali najbardziej eklektyczny materiał w karierze. Niby rządzi tutaj brzmieniowo ta specyficzna, angielska atmosfera cynicznej beznadziei, niby Nick nie rezygnuje z growlu, niby Mackintosh wywala co rusz swoje firmowe zagrywki, ale to wszystko doprawione i przeplecione melodiami i rytmami, które spokojnie mogłyby zmieścić się na takim "One Second" czy nawet mocniejszych, rockowych fragmentach "Host" ("Forsaken", "Ending Days"). Samo w sobie nie świadczyłoby to o jakiejś wyjątkowości "Obsidian", tym bardziej nie mogłoby jej skutecznie zareklamować. Sprawa nabiera jednak dla mnie rumieńców nawet nie przez to, że Paradise Lost nie zapomina, żeby przypierdolić po staremu ("Defiler", "Serenity", "Hope Dies Young", "Ravenghast"), ale łamie moje przekonanie o przekrojowej niespójności stylistycznej ich dyskografii. Nie czuję na tej płycie dysonansu, nieznośnego kontrastu, jak nagle milknie riff, growl i wskakuje bujando - bajando. Jest to tak naturalne i wdzięczne, że wręcz nieodczuwalne. Jak kiedyś Paradajs żegnał się z metalem w latach 90, mówiąc że nigdy więcej, mocno się wkurwiłem. Jak znów przepraszali się z tym gatunkiem, drwiłem sobie, że syn marnotrawny wraca, ale wciąż tylko nieskutecznie puka do zamkniętych od dawna drzwi. Wyrzucałem im kryzys własnej tożsamości, stylistyczną nieporadność i zagubienie. Potem w końcu wykopali rzeczone drzwi do chaty na "Faith Divides Us...", poprawili na "Tragic Idol" i "Plague Within", przesolili na "Medusa", a teraz o prostu dali mi wszystko naraz, i to działa.

Nie wydaje mi się, żeby ten materiał wzbudził jakieś szersze zainteresowanie. Nowych fanów raczej nie przysporzy. Patrzący na Angoli od zawsze przez palce, mogą sobie spokojnie odpuścić. Patentowani fani, którzy rutynowo podchodzą do ich grania, bo już wszystko wiedzą, raczej też. To krążek raczej dla takich eksploratorów, szukających punktów wspólnych i wypadkowych w siedmiu, jak się okazuje, pozornie kontrastujących momentach kariery zespołu z (kiedyś) Halifax. Skrótową wizytówką "Obsidian" jest jego finał, czyli "Defiler". Jak nie wiesz, czy chce ci się pierdolić z całością, tutaj znajdziesz prawie wszystko, co oferują w tym menu.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Paradise Lost "Obsidian"
PanMinus (gość, IP: 89.64.77.*), 2020-08-04 21:34:39 | odpowiedz | zgłoś
Miałem wielką ochotę na płytę bardziej w stylu "Ghosts", z czystymi wokalami i gotycko - tanecznym klimatem. Niestety znowu mam wrażenie że płyta trochę dla każdego, a przez to dla nikogo (poza zagorzałymi fanami PL) Cztery świetne numery, reszta do zapomnienia.
re: Paradise Lost "Obsidian"
martinez1 (wyślij pw), 2020-07-15 12:51:23 | odpowiedz | zgłoś
Ale jaja, Megakruk powrócił
re: Paradise Lost "Obsidian"
Mr. Z (gość, IP: 46.76.160.*), 2020-07-14 00:47:36 | odpowiedz | zgłoś
Właśnie zawiozłem dzieci na wakacje do moich rodziców. Cudowne, magiczne lasy, cisza i mroczny las za oknem. Pół butelki whisky, godz: 23:30. Po raz pierwszy włączam ich nową płytę. Trzy kawałki w słuchawkach. Żadnego nie udało mi się przesłuchać do końca. Po Plague pojawiła się nadzieja, która padła jak mucha w odkurzaczu. Dla mnie to cholerna przykrość. Sam już nie wiem co o tym sadzić. Czy to już faktycznie idzie tylko dla kasy?

Tak samo z:

My Dying Bride - Feel The Misery, genialna płyta (wg mnie) a The Ghost Of Orion już nie udało mi się przesłuchać do końca, choć kilka razy się starałem...
re: Paradise Lost "Obsidian"
tyr42 (gość, IP: 77.253.126.*), 2020-07-12 02:15:51 | odpowiedz | zgłoś
Paradise Lost to mój ulubiony zespół, ale ta płyta jest moim zdaniem gorsza i od Plague Within i od Medusy. Mam wrażenie , że tu nie za bardzo jest czego słuchać poza trzema pierwszymi kawałkami, które są dobre,reszta w zasadzie nic ciekawego, może jeszcze "Ending days" coś w sobie ma i ostatecznie "Hope dies young" można posłuchać. Ogólnie kawałki proste jak konstrukcja cepa, schematyczne- zwrotka -refren, zwrotka refren, nie wysilili się zbytnio moim zdaniem, brakuje b ardziej skomplikowanych fraz, ciekawych riffów.
re: Paradise Lost "Obsidian"
jarema37 (wyślij pw), 2020-07-10 17:49:08 | odpowiedz | zgłoś
Jak ktoś tęskni za starymi klimatami to polecam Godthrymm (którego niektórzy członkowie otarli sie o wielka trójkę). No odtwórcze, no wtórne bardziej niż trochę (starymi paradajsami wręcz cuchnie), ale jakże smakowite! Na luzie i bez presji, ze coś musza. To czuć.
(Pisze o Reflections. Reszty jeszcze nie znam).
re: Paradise Lost "Obsidian"
Krasnal Adamu
Krasnal Adamu (wyślij pw), 2020-07-10 19:00:33 | odpowiedz | zgłoś
Tak, "Reflections" Godthrymm też przesłuchałem i dobrze wspominam, chociaż szczegółów nie pamiętam.
re: Paradise Lost "Obsidian"
martinez1 (wyślij pw), 2020-07-15 12:54:42 | odpowiedz | zgłoś
Godthrymm jak dla mnie jest lepsza od ostatniej My Dying Bride i Paradise Lost. Świetna płytka
re: Paradise Lost "Obsidian"
Spike (gość, IP: 79.184.218.*), 2020-07-18 17:19:38 | odpowiedz | zgłoś
hm. a słucham sobie teraz "Reflections" i ja czuję (także) starą dobrą Anathemę z czasów ''Serenades'' ;)
re: Paradise Lost "Obsidian"
martinez1 (wyślij pw), 2020-07-18 20:43:48 | odpowiedz | zgłoś
A Hamish ma świetny wokal i bardzo pasuje do tej muzyki.
re: Paradise Lost "Obsidian"
Krasnal Adamu
Krasnal Adamu (wyślij pw), 2020-07-10 13:39:46 | odpowiedz | zgłoś
"Fall from Grace" mnie zachęciło, żebym chyba pierwszy raz w życiu przesłuchał cały album Paradise Lost.
Zaczyna się nieźle, po czym w "Ghosts" robi się trochę topornie. Jest wzlot w "The Devil Embraced", ale potem stopniowo już coraz bardziej czekałem na koniec albumu. "Ending Days" i "Hope Dies Young" zalatują mi jakimś rockiem sprzed 30 lat. Jeszcze "Defiler" jest ciekawy, trochę nowocześniejszy.
Całość nie zachwyca.
« Nowsze
1

Oceń płytę:

Aktualna ocena (51 głosów):

 
 
68%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy lubisz przeglądać sklepowe półki z płytami, nie szukając niczego konkretnego?