zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 24 maja 2024

recenzja: Paragon Of Beauty "Comfort Me, Infinity"

9.09.2001  autor: Margaret
okładka płyty
Nazwa zespołu: Paragon Of Beauty
Tytuł płyty: "Comfort Me, Infinity"
Utwory: This Impossible Moment; One Step into Nothingness; Yonder Thy Primrose Path, My Shuddered Face; Comfort Me, Infinity; A Drowning Day; About Glum Naiades And Idle Gods; How Futile It Seems to Sow; I Wished You Wouldn't Fall Silent
Wykonawcy: Monesol - wokal, gitara; Sol - instrumenty perkusyjne; Taisha - gitara basowa; Oliver - gitara; Andreas - gitara
Wydawcy: Prophecy
Premiera: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Jak każdy szanujący się miłośnik "klimatycznego" grania, od jakiegoś czasu niecierpliwie odliczam dni do premiery nowej płyty Anathemy. Wiem, że ta chwila jest już blisko, wiem, że niebawem po raz kolejny utonę w oceanie muzycznej doskonałości. Czekając na nowe dzieło mistrzów nierzadko jednak w tzw. międzyczasie chciałoby się usłyszeć coś, co wywołuje podobne emocje, coś, co wniknęłoby w głąb zdruzgotanej duszy, by zżerać ją swym pięknem, by usidlać magią. Czasem marzenia się spełniają. Czasem zupełnie niespodziewanie ktoś nagra taką płytę...

...A tym kimś jest niemiecki Paragon Of Beauty, który po dwuletniej przerwie (nie licząc epki, z którą niestety nie dane było mi się zetknąć) powraca na muzyczną scenę w zupełnie nowym, jakże urzekającym wcieleniu. Zaskoczenie jeszcze większe, gdy pamięta się debiutancki materiał "Spring". Materiał także interesujący, ale jednak nie wybijający się jakoś szczególnie poza wyznaczone standardy "klimatyczno-podobnego" grania. Tym razem sprawa wygląda nieco inaczej - "Comfort me, infinity" to prawie pięćdziesięciominutowa podróż w głąb własnej duszy, w głąb własnych myśli, w końcu w głąb własnych lęków i smutków. Paragon Of Beauty nagrał do szpiku kości dołujący, a jednocześnie do szpiku kości autentyczny materiał, na którym jak w kotle gotują się sprzeczne uczucia, marzenia, frustracje... Zupełnie tak, jak na płytach wielkiej Anathemy... Owa inspiracja na pewno daje się odczuć - a to w liniach melodycznych, a to w wokalnych interpretacjach, jednak nie przeszkadza to absolutnie w zachowaniu własnej tożsamości. Podobnie jak akcenty wpływu Katatonii (ogólny arcydepresyjny nastrój, urzekające melodie, praca gitar), do której także bardzo często przyrównuje się twórczość Paragon Of Beauty. Ze swojej strony mogę tu jeszcze dorzucić odrobinę Paradise lostowego grania (brzmienie gitar niekiedy przypomina czasy "Icon"- "Draconian times"). Ale inspiracje nie zawsze dotykają metalowego podłoża - Niemcy wszak kreują niezwykle intensywne i niezwykle wielowymiarowe dźwięki, pod powierzchnią których dyskretnie czuwa duch Joy Division czy The Cure - może tylko odziany w inną ekspresję, oprawiony twardszymi ramami. Jednak nie wpływy są tutaj najważniejsze - "Comfort me, infinity" to przede wszystkim składak twórczych emocji i wizji. A te nieraz wprowadzają w stany odrętwienia - począwszy od gitar swobodnie wyczarowujących pełne pasji i melancholii melodie, przez fragmenty akustyczne, po kruche, zdeterminowane wokale. Przewodnik desperackiej wycieczki- Monesol - dysponuje specyficznym głosem (pokrewnym temu, którym czaruje Vincent Cavanagh) - pełnym żalu, desperacji, a jednocześnie pasji i subtelności. Takie interpretacje doskonale współgrają zarówno z muzyką, jak i z interesującymi lirykami, które opowiadają o zagubionym człowieku, odepchniętym przez płytki świat. Jednak jednostki takie zazwyczaj skazane są na ciągłą walkę ze sprzecznymi odczuciami. I tak też jest na "Comfort me, infinity". Wokalista nie tylko czaruje delikatnym, desperackim głosem, jakby pogodzonym z otaczającą go powierzchownością, lecz także potrafi wydobyć z siebie mnóstwo buntu, który osiągając apogeum, swobodnie przechodzi w blackowy growling. Taka też jest muzyka Paragon Of Beauty - raz nastrojowa, nieco transowa, leniwa niczym uregulowana rzeka, innym razem jest to prawdziwa eksplozja buntu lub tzw. stan przejściowy. Sprzeczności rozrywające duszę tu najzwyczajniej w świecie zostały zobrazowane za pomocą dźwięków. Efekt musiał być powalający.

Nie ulega wątpliwości, że Paragon Of Beauty nagrał wyjątkowe dzieło - bolesne do granic bólu, prawdziwe do granic autentyczności. I nade wszystko doskonale piękne. Ciekawe co na to Anathema...? Chyba naprawdę musi się postarać, by przyćmić wrażenia wywołane przez "Comfort me, infinity". Zbyt śmiałe stwierdzenie? Posłuchajcie, a wszystko stanie się oczywiste...

Komentarze
Dodaj komentarz »