zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 29 czerwca 2022

recenzja: Saxon "Lionheart"

26.11.2014  autor: Mikele Janicjusz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Saxon
Tytuł płyty: "Lionheart"
Utwory: Witchfinder General; Man And Machine; The Return; Lionheart; Beyond The Grave; Justice; To Live By The Sword; Jack Tars; English Man'o'war; Searching For Atlantis; Flying On The Edge
Wykonawcy: Peter "Biff" Byford - wokal; Paul Quinn - gitara; Doug Scarratt - gitara; Jorg Michael - instrumenty perkusyjne; Nibbs Carter - instrumenty klawiszowe, gitara basowa
Wydawcy: SPV Records, Steamhammer
Premiera: 28.09.2004
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Trzy lata Saxon przygotowywał się do wydania tego krążka. Nie jest to jakaś długa przerwa, od początku lat dziewięćdziesiątych kolejne albumy ukazywały się w takich lub podobnych odstępach. Muzykę nagrano w "Gems 24 Studio" zlokalizowanym w Bostonie (hrabstwo Lincolnshire). Produkcją zajął się Charlie Bauerfeind, który czuwał też nad realizacją poprzednich albumów. Obowiązki producenta wykonawczego wziął na siebie Biff Byford. Stroną graficzną po raz kolejny zajął się Paul Raymond Gregory, który idealnie uchwycił przekaz muzyczny. Jego ilustracja ukazuje elementy wchodzące w skład historycznego herbu Anglii: gryf i skrzydlaty lew opierają się o tarczę w barwach narodowych, u góry hełm, u dołu czaszka. Wszystko to na niebieskim tle, razem z logo kapeli i tytułem albumu pod spodem. Przedstawia się to naprawdę stylowo. Pamiętać należy, że funkcjonował też album z alternatywną wersją okładki, która różniła się tylko kolorem tła - zamiast niebieskiego był czerwony.

Album "Lionheart" wydany został 28 września 2004 roku. W swej kolekcji posiadam wersję limitowaną, zawierającą naszywkę (odwzorowanie okładki). Razem z CD zapakowana została w ładny digipack, który otwiera się na boki (płytę przyczepia się w środkowej części). Wkładka liczy osiem kart i zawiera wszystko, co trzeba: fotografię muzyków w pasującej scenerii murów zamkowych, teksty i podziękowania. Na ostatniej stronie jest katalog wydawnictw sygnowanych przez SPV. Nie wszyscy pamiętają, że 17 lutego 2006 roku pojawiło się na rynku wznowienie "Lionheart" w liczbie 10 tysięcy kopii. Gratką reedycji była nie tylko zupełnie zmieniona grafika na okładce, ale przede wszystkim bonusowy krążek DVD-Audio z zapisem na nowo zmiksowanego materiału i wieloma innymi atrakcjami.

Przejdźmy do zawartości. Mocne wejście wszystkich instrumentalistów, po upływie dwudziestej sekundy pojawia się wyrazisty riff gitarowy i piosenka rozkręca się na dobre. Saxon potwierdza od samego początku, że "Killing Ground" (2001) nie trafił się przypadkiem, że wielka forma powróciła na dobre. Biff Byford "cedzi" kolejne słowa, ale robi to w sposób naturalny, niewymuszony, stopniując napięcie aż do finałowego okrzyku "witchfinder general" (a jakie góry tu bierze!). Wokalista przypomina o wstydliwych czasach, kiedy odbywały się polowania na czarownice. Ten numer jest wzorcowym otwieraczem albumu ze starej szkoły NWOBHM. Trwa w sam raz - 4 minuty i 45 sekund. Kąśliwie brzmi też następny utwór - "Man and Machine". Oryginalne pomysły, a co za tym idzie świeżość spojrzenia na tradycyjny heavy metal aż rozsadzają ten numer. Bardzo interesująco wypadają tu solówki gitarowe oraz to, co dzieje się bezpośrednio przed nimi. A Biff znowu wielki!

Utwór tytułowy poprzedzony został swoistym intro. Delikatną gitarową partię zagrano na tle syntezatorowych dźwięków przywodzących na myśl mroki średniowiecznego opactwa, gdzieś tam nawet słychać chóralne zawodzenie zmartwionych swym losem mnichów. "The Return" płynnie przechodzi w kawałek "Lionheart". Podpięte do gniazdka gitary od razu zapowiadają epicką rzecz. Jest podniośle, hymnowo, ale w pozytywnym znaczeniu. "Lionheart" kojarzy się z nieśmiertelnym "Crusader" (1984) - utwory mają wiele wspólnego: nastrój, patos, strukturę. Skupmy się jednak na piosence z nowego albumu. To w dalszym ciągu zadziorny metal, z którego iskry lecą strumieniem. Bardzo dobra melodia nie wypadłaby pewnie tak znakomicie, gdyby nie jedyny w swoim rodzaju wokal Byforda. Przed 3. minutą następuje zwolnienie, a zaraz po nim solówka. Saxon uwielbia historyczne wojaże - to już wiemy. Rzecz oczywiście opowiada o Ryszardzie Lwie Serce, królu zasiadającym na tronie w latach 1189 - 1199. Wątek opowieści obraca się wokół powrotu monarchy z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej, podczas gdy Anglia targana była przez wewnętrzne konflikty. Zaskakujące jest - według mnie - umiejscowienie tego utworu. Sądziłem, że takie lujskie dzieła pakuje się albo na początku płyty, albo na końcu. Ale może o to właśnie artystom chodziło, by przełamać schemat.

"Beyond The Grave" zaczyna się niewinnie, ale pół minuty później rozlega się intrygujący riff. Spokojniejsze zwrotki sąsiadują z refrenem, który ukazuje mocniejsze oblicze zespołu. Bardzo dziwny utwór robi się w okolicach solówki, która brzmi... progresywnie? Zaskakujące, że wytwórnia zaakceptowała akurat ten numer na singiel. Nakręcono do niego teledysk, który ukazuje zespół w zamkowych komnatach. Kłęby dymu wprowadzają element mistyczny. Obraz fajny, ale nic nadzwyczajnego. Następny kawałek woła o sprawiedliwość. Pewna zbiorowość staje przed sędzią i domaga się korzystnego orzeczenia w niedopowiedzianej sprawie. "Justice" przywraca szybkość, która ulotniła się po pierwszych dwóch utworach. Bardzo dobrze napędzają go Nibbs Carter i Jorg Michael. Solówka może nie jest finezyjna, ale ma polot. A Biff elegancko zdziera gardło. Już początek "To Live By The Sword" wzbudza w człowieku uśmiech. Stopień agresji muzycznej wzrasta o kilka punktów. Zespół osiąga tu wyżyny artystycznego przekazu, bo w szybkich tempach nikt się nie gubi, co więcej - wszystko podporządkowane jest twardej formule zachowania melodii. Na pewno jedna z najlepszych kompozycji na "Lionheart".

Pod numerem ósmym kryje się krótki utwór zatytułowany "Jack Tars". Jest to właściwie popis Byforda śpiewającego przy akompaniamencie gitary akustycznej. Nie trwa on nawet minuty, dlatego jego rola sprowadza się do muzycznego przerywnika. Niemniej jest to popis przez wielkie "P". Saxonowa lekcja jazdy na chopperze "wyjeżdża" z piosenki zatytułowanej "English Man'o'War". W zasadzie nie o choppera mi tu chodziło, a o okręt wojenny, który zgodnie z tekstem utworu opływa morza w celu stoczenia krwawej bitwy. Riffy są tu dość krzykliwe, ale nie dokuczają jednostajnością, bo często równoważone są przez zmiany tempa. Mroczne dźwięki otwierają utwór "Searching for Atlantis". Skóra cierpnie na plecach do 40 sekundy, potem wchodzi cięty riff, który rozładowuje napięcie. Trochę kojarzy się "Poszukiwanie Atlantydy" z Metalliką z okolic "And Justice for All..." i "Black Album". Ale tylko trochę. Chłopcy utrzymują tu średnie tempo i sporą dawkę przyjemnej dla ucha melodii. Znowu pochwała należy się szczególnie sekcji rytmicznej, która pięknie "wspiera" trwającą prawie 6 minut kompozycję.

Na koniec zostawiono jeden z najlepszych utworów. "Flying on the Edge" to taki walec, który elegancko "haczy się" po każdym riffie. To właściwie taka wizytówka tego, co Saxon potrafi wyczyniać z muzyką po roku 2000. Nie ma tu oczywistości, osłuchanych patentów. Kto by spodziewał się spokojnego śpiewu w drugiej minucie trwania utworu? A tu proszę! A potem ta fascynująca solówa! W końcówce utworu Biff pozwala sobie na odrobinę szaleństwa, tak samo jak cały zespół, który niespodziewanie zaczyna galopować!

"Lionheart" osiągnął spory sukces komercyjny. W Niemczech album dotarł do 44 miejsca listy przebojów. Z pewnością pomogły promocji zajebiste koncerty, jakie w tamtym okresie grali. W trasę po Europie ruszyli jeszcze przed oficjalną premierą "Lionheart", zaczęli 22 września w Kolonii. 25 października grupa dotarła do Warszawy, dając fantastyczny show w "Stodole". Niestety nie było mnie tam, ale z przekazów wiem, że był to w zasadzie trzygodzinny koncert życzeń, a zespół grał to, co fani pod sceną chcieli usłyszeć. Były chyba trzy bisy. Doskonale spisał się perkusista, który tłukł po garach aż się gotowało, a w przerwach raczył się tatrą. Po koncercie wokół perkusji leżał stos puszek. Z niejasnych powodów zespół rozstał się z Jorgiem Michaelem, który wskoczył do składu Stratovariusa.

Niektóre występy były rejestrowane. Ułożono z nich koncertówkę zatytułowaną "The Eagle Has Landed - Part III", wydaną 2 czerwca 2006 roku. Na drugiej płycie znalazły się wszystkie utwory z "Lionheart" i z pewnością warto skonfrontować, jak wypadają w stosunku do studyjnych pierwowzorów.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Saxon "Lionheart"
RippR
RippR (wyślij pw), 2014-11-26 21:13:41 | odpowiedz | zgłoś
Celna, rzeczowa recenzja.
To już dziesięć lat, niech mnie kule biją... Płytka ciekawa ze względu na to, że panowie w zasadzie schowali tu swoje blues-rockowe oblicze na korzyść tego epickiego. U Saxona bikerstwo i rycerstwo to dwie strony tej samej monety. Na "Killing Ground" było sporo bujania - Coming Home, Hell Freezes Over, Running for the Border, a na Lionheart same wzniesione ostre narzędzia;).