zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 25 lutego 2021

recenzja: Różni Wykonawcy "Mercyful Fate Tribute"

26.10.1999  autor: Vampire
okładka płyty
Nazwa zespołu: Różni Wykonawcy
Tytuł płyty: "Mercyful Fate Tribute"
Utwory: Black Funeral; Black Masses; A Dangerous Meeting; Evil; Desecration of Souls; Gypsy; The Oath; Doomed by the Living Dead; My Demon; Satan's Fall; Lady in Black; Nuns Have No Fun; Into the Coven
Wydawcy: Morbid Noizz, Listenable Records
Rok wydania: 1997
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 3

Pozwolę sobie (a któż mi zabroni?) uczepić się vampirzym zębem krytyki 13 utworów zgromadzonych na tym składaku. Idea to iście chwalebna, by doceniajac wkład i znaczenie Mercyful Fate dla prawdziwego metalu, zaprosić do studia kilka kapelek celem oddania hołdu historii. Oczywiście nikt się nie spodziewa, że taka kompilacja przebije pierwowzór, bo nie na tym przecież rzecz polega, ale każdy fanatyk MF sięgnie po MC/CD z ciekawości, jak interpretują tę specyficzną muzykę inne kapele. I ja, jako stary wyjadacz mercyfulowego chleba, siegnęłam też.

Słuchając Lucyferiona ("Black Funeral"), trudno się oprzeć wrażeniu, że wokalista bezskutecznie próbuje coś odpluć. Wbrew pozorom ma to specyficzny urok (podobnie jak piski CoF czy kalki Hecate przecież) i daje się słuchać z niekłamaną przyjemnością. Potem jest trochę gorzej, bowiem Sacramentum popada w rozdwojenie jaźni - muzycy swoje, w klimacie MF, a wokal swoje, w klimacie indywidualizacji za wszelką cenę. Na szczęście kończą o czasie, co daje dodatkowe 0,01 punktu dla "Black Masses". Chwila ciszy i na grzbiet spada perłowy śmiech Gardeniana ("A Dangerous Meeting"). Szybko, pocharkująco, nie MFowo i chyba dlatego da się tego słuchać - a nazywam to efektem zaskoczenia. To, co później, trochę zbiło mnie z tropu - klawisze, wiaterek, dzwony: myślę "The Oath" i jest... "Evil" w koncertowej wersji Snowy Shaw. Jak dla mnie miernota, a jedno co mnie zastanawia do dziś, to ta odliczanka zstępująca (8, 7,... , 1). Armaggedon wita dość klasyczną wersją "Desecration of Souls", chórki rzeczywiście podbiegają pod MF, za to wokalista rży jak koń. Jak zwykle najmniej można się przywalić do nijakości. Narażę się niektórym (większości?): nie przepadam za Emperor. Ale wielbię klawisze w ich wersji "Gypsy" (sam początek i koniec spadają jak sople z 10 piętra). I te gitarki... nie wiem, czy to zasługa samego utworu czy nowego wydźwięku, ale dla mnie to zdecydowany lider w interpretacjach na tym tribucie - klasycznie, a tak odmiennie. Encore!

Żeby nie było zbyt miło, potem ryczy wół z Withering Surface i szpeci "The Oath". Kto dopuścił do tego, żeby taka niemota poszła w świat? Klasyczna, legendarna, wręcz symboliczna Przysięga, odarta została ze swej mistyki, powagi i świętości. Won, won, won! Misanthrope siecze, przywalając od samego początku. Niestety, klawisze mnie nie ruszają przy tej ścianie dźwięków. Okrzyki "Let's go" jak na koncercie Motley Crue czy Ratt, zniesmaczają do końca. Nie tak sobie wyobrażałam "Doomed by the Living Dead", tu blade i z partią niepotrzebnego plumkania na końcu. Całkiem ciekawie wypada zaś "My Demon" z ładną studnią, czyli przyjemnym growlem na tle zgrabnie zagranego materiału (zastanawiam się, jak by to zrobili moi faworyci z Crematory). Dimension Zero, w sumie nic odkrywczego, ale jednak różne od oryginalnego Demona. Znowu się narażę, tym razem fanom Immolation. Ich muzyka przelewa się w kanalizacji doskonale, tępym waleniem w bębny wylewając całe szambo. To nie jest "Satan's Fall", to jest Immolation's fall. Jest w repertuarze MF ballada "Lady in Black". Zabrał się za nią Dark Tranquility i przestała ballada być balladą. Jedną z ciekawszych innowacji/interpretacji, do której nie chce (mi) się przywalić. Deceased za to nie starał się zbytnio zmieniać zakonnic, ale jakoś się ten kawałek nie klei i nie wiem, czy winić za to wokalistę, który nie może się zdecydować czy spiewać, czy recytować, czy może cały zespół nieco zagubiony we własnej wersji standardu "Nuns Have No Fun". Nie zrażając się tą przydługą recenzją idę "Into the Coven". I że tak zapytam, co to k.... jest? Ja wiem, że wielkie jest pole dla nowych interpretatorów starego, ale po cholerę doczepiać takie kwiatki (czyt. badyle) jak te francusko(?)-języczne podszepty? Powiedzieć o tym "wyśpiewie" żenujący to mało, to po prostu nudne - nawsadzali, nawtykali, uchowaj (każdy wstawia co mu pasuje) od kolejnych pomysłów spółki Notre Dame. Zmieńcie profesję chłopaki i dziewczęta, muzyka naprawdę na tym nie straci. Ooo, to już koniec kasety...?

I tak oto krytykancko-subiektywny ząb wbił się po raz kolejny, acz nie ostatni zapewne.

Komentarze
Dodaj komentarz »