zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 22 lipca 2018

recenzja: Deep Purple "Stormbringer"

5.06.2012  autor: don Corpseone
okładka płyty
Nazwa zespołu: Deep Purple
Tytuł płyty: "Stormbringer"
Utwory: Stormbringer; Love Don't Mean a Thing; Holy Man; Hold On; Lady Double Dealer; You Can't Do It Right (With The One You Love); High Ball Shooter; The Gypsy; Soldier Of Fortune
Wykonawcy: Ritchie Blackmore - gitara; David Coverdale - wokal; Glenn Hughes - gitara basowa, wokal; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Ian Paice - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: EMI, Warner Bros.
Rok wydania: 1974
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Jestem świadomy tego, iż zapewne większość osób, zamierzających przeczytać tę recenzję, przetrze oczy ze zrozumienia, gdy zobaczy, jaką ocenę wystawiłem najbardziej zjechanej przez krytykę płycie Deep Purple - "Stormbringer". Ale co poradzę, że jest to jedno z moich ulubionych dokonań tego zespołu? Uważam, iż należy tego albumu bronić przed odsądzaniem od czci i wiary, z jakim się spotkał, gdy kilka miesięcy po ukazaniu się pierwszego krążka ("Burn") z młodziutkimi wówczas wokalistami Davidem Coverdalem i Glennem Hughesem Purple członkowie formacji poszli za ciosem, wypuszczając na rynek album "Stormbringer". "Burn" spotkał się z dobrymi opiniami, ale jego następca był przeważnie wgniatany w ziemię, całkiem niesłusznie.

To chyba najmniej gitarowy, a na pewno najspokojniejszy pod względem gitar album Purpli. I pewnie w tym należy upatrywać przyczyny braku akceptacji tego materiału przez wiernych wielbicieli autorów kanonicznych hardrockowych płyt nagranych z Gillanem i Gloverem. "Burn" był albumem wybitnie hardrockowym, więc jeszcze do przełknięcia, natomiast na "Stormbringer" grupa serwuje słuchaczom to, do czego nie byli oni przyzwyczajeni. Temperament i przerośnięte ego Blackmore'a zostały nieco poskromione przez młokosów, którzy miast nie odzywać się i pokornie dostosować do stylistyki zespołu, zaczęli coraz śmielej wnosić od siebie nowe elementy muzyczne - soul, funk (Hughes) czy blues (Coverdale). Wywoływało to mnóstwo wewnętrznych konfliktów, co w ostateczności doprowadziło do odejścia "faceta w czerni" i sformowania przez niego świetnej kapeli Rainbow.

Rola gitary prowadzącej nieco zmalała, co uwypukliło sekcję rytmiczną oraz Jona Lorda, który prócz Hammondów kilkukrotnie sięga po syntezator. Nie muszę dodawać, iż Lord jest na tym albumie w wyśmienitej formie, często wychodzi na czoło z solówkami, a niekiedy dominuje swoimi popisami, jak w rewelacyjnym "High Ball Shooter". Oczywiście są na tym albumie utwory czysto blackmorowskie, jak oparty na kroczącym riffie "Stormbringer", dynamiczny "Lady Double Dealer" czy melancholijny "The Gypsy", ale i są kompozycje takie, jak "Hold On" czy funkowy "You Can Do It Right", które w największym stopniu odzwierciedlają wkład wniesiony przez młokosów. Do pierwszego z nich Blackmore podobnież nie chciał w ogóle nagrać solówki, jednak łaskawie się przemógł i zarejestrował coś od niechcenia - wyszło lepiej niż się spodziewano. Znać geniusza, a to że geniusz charakterny i kapryśny? Żadna to nowość w historii muzyki.

Należy wspomnieć o dwóch pięknych balladach. Pierwsza z nich ("Holy Man"), zaśpiewana w całości przez basistę Glenna Hughesa, niesłusznie nie odniosła takiego sukcesu, jak "Soldier Of Fortune", prawdziwy hit, wraz z "When The Blindman Cries" chyba najpiękniejsza piosenka Purpli, jedyny utwór ze "Stormbringer" powszechnie akceptowany przez purpurowych ortodoksów. Pomysł wydaje się bajecznie prosty: gitara akustyczna oraz łkające gitarowe wtrącenia (do tego cudowne brzmienie melotronu na drugim planie) plus melancholijny głos wyśpiewujący dolę człowieka na życiowych zakrętach, jednak wykonanie jest porażająco wspaniałe i pomimo lat utwór nadal wzrusza, i nadal jest śpiewany przez Coverdale'a na koncertach.

Nie ukrywam, że najmocniejszym punktem "Stormbringer" są dla mnie wokale. Czuć, że obaj śpiewacy czują się w tej stylistyce jak ryby w wodzie. Częściej niż na poprzedniczce do mikrofonu dorywa się Glenn Hughes, co tylko wychodzi utworom na dobre, choć niewykluczone, iż dla wielu słuchaczy jest to mankamentem. Jak dla mnie łączenie zachrypniętego i orgazmicznie wzdychającego Coverdale'a z piszczącym i jęczącym Hughesem było strzałem w dziesiątkę, co szczególnie dobrze sprawdziło się w "The Gypsy", w którym panowie doskonale nakładają swoje głosy w harmonii wokalnej. Nie jest to jednak tak genialny utwór, jak "You Keep On Moving" z "Come Taste The Band", który miał szansę znaleźć się nawet na "Burn", jednak został odrzucony przez despotycznego Richiego Blackmore'a. Oczywiście wokaliści nie zawsze smęcą, potrafią, jeśli trzeba, solidnie dołożyć do pieca i wspaniale się uzupełniać ("High Ball Shooter", "Hold On"). Zarówno Coverdale, jak i Hughes byli w tym czasie debiutantami w wielkim świecie muzycznym, więc najwybitniejsze dokonania oraz apogeum sztuki wokalnej jeszcze przed nimi.

Jedyne, co niezbyt zmieniło się od czasów "Stormbringer", to brak zdolności pisarskich, a może właściwiej rzec będzie - niechlujstwo tekściarskie Davida Coverdale'a. Owszem, zdarzają mu się ciekawsze liryki, jak "Holy Man" czy "Soldier Of Fortune", ale w większości tekstów dominuje to, co słuchacze mieli w późniejszych latach okazję poznać na płytach Whitesnake. Troszkę słychać, iż większość tekstów była pisana na kolanie, ale w zestawieniu z przemyślanymi liniami wokalnymi, infantylizm liryków nie przeszkadza ani trochę. Można urządzić zabawę w odgadywanie, ile razy Coverdale wyśpiewuje na "Stormbringer" swoje ulubione słowa-klucze ("love", "babe", "woman"). Mi liczyć się nie chciało, ale może znajdzie się ktoś na tyle odważny? Na takie zabawy szkoda czasu, lepiej czerpać radość ze słuchania. Szczytem tekstowej nieporadności staje się - znakomity zresztą - utwór "Hold On", w którym bohater pozuje na hiperplayboya i megaogiera:

"I'm gonna take you home
And give you all I can
I'll prove to you woman
That really I'm a man

Hold on - I only want to take you higher
Hold on - You are the root of my desire
Hold on - C'mon baby light my fire"

Wraz z "Burn" "Stormbringer" znajduje się w czołówce moich ulubionych albumów Deep Purple (naturalnie z uwzględnieniem płyt kanonicznych). Jest to muzyka odmienna od tego, do czego słuchacze mogli być przyzwyczajeni. Ja tę płytę uwielbiam i stawiam wyżej niż przeciętne moim zdaniem albumy dzisiejszych Purpli ze Stevem Morsem na gitarze, nie mówiąc o słabszych płytach z Blackmorem, Gloverem i Gillanem ("Who Do You Think We Are"). Zdecydowanie nie obraziłbym się, gdyby Blackmore, Lord, Hughes, Paice i Coverdale zdecydowali się połączyć ponownie swoje siły i reaktywować Mark III, ale - znając ciężki charakter Blackmore'a, napięte grafiki muzyków oraz sukcesy solowe tudzież zespołowe - jest to fantazja nad wyraz nierealna.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Ładna recenzja
Snakechild (wyślij pw), 2012-06-11 16:07:00 | odpowiedz | zgłoś
Również staram się zawsze jak mogę stawać w obronie tej płyty, choć - nie ukrywam - ładnych kilka lat zajęło mi jej należyte docenienie. Ogólnie cały 'tryptyk' z Davem i Glennem jest świetny, choć to może był (i jest nadal!) dla niektórych zbyt wielki przeskok po MK2, po prostu inna muzyka. A że akurat dzisiaj przyszły mi zamówiony remaster 'Burna' oraz 'Tommy Bolin and Friends', zatem szykuje się mocno purpurowe popołudnie ;) Pozdrawiam!
Who Do You Think You Are
Bacchus (wyślij pw), 2012-06-10 11:27:53 | odpowiedz | zgłoś
Nie ma takiej płyty...jest natomiast
Who Do We Think We Are
Średnia płyta
T. (wyślij pw), 2012-06-08 22:03:41 | odpowiedz | zgłoś
Cóż, nie zgadzam się z oceną. Nie jest to zła płyta, zresztą Purple według mnie takowej nigdy nie nagrali (nawet "Slaves and masters", mimo że w na swój sposób jest obrzydliwe ma bardzo dobre momenty), ale jednak miejscami brak tu pomysłów. nie powiedziałbym, że ego Blackmore'a zostało tutaj poskromione - jemu chyba zwyczajnie tutaj nie chciało się grać! Pewnie myślami był już w Rainbow... Żeby nie było - nie jestem ślepo zapatrzonym fanatykiem drugiego składu - takie "Come taste the band" stawiam zaraz za "Fireball" czy "In Rock", ale "Stormbringer" to dla mnie jednak (chwilowa) obniżka formy, choć dobre rzeczy też tutaj są - choćby numer tytułowy, "Lady double dealer" czy właśnie "Soldier of fortune".
Spoko album
Tom_K (gość, IP: 188.146.71.*), 2012-06-08 01:47:18 | odpowiedz | zgłoś
Spoko album, utwór Stormbringer to fajny hardrocker, Soldier of Fortune to na prawdę urokliwa ballada, fantastyczna okładka!!!
Zgadzam się
vojt (gość, IP: 79.189.163.*), 2012-06-06 15:43:19 | odpowiedz | zgłoś
Fireball i Stormbringer to moje ulubione płyty Purpli.
Soldier of fortune
pik (gość, IP: 79.163.35.*), 2012-06-06 10:32:54 | odpowiedz | zgłoś
myśle że jest też akceptowany przez- niektórych- metalowych ortodoksów ;) ale z całym szacunkiem do Mikaela&Opeth - zdecydowanie wolę oryginalną wersję.
Coverdale
Tomasz Pastuch
Tomasz Pastuch (wyślij pw), 2012-06-06 08:18:34 | odpowiedz | zgłoś
Zgadzam się w 100% z oceną i recenzją. Na najnowszej płycie Whitesnaków również dominują słowa: love, kiss, babe,itp. Niekórzy chyba już nigdy nie dorosną....
re: Coverdale
wac
wac (wyślij pw), 2013-05-01 13:37:07 | odpowiedz | zgłoś
Coverdale nawet z balkonikiem by się na lachony ślinił i zakochiwał po podaniu dłoni