zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 29 czerwca 2022

recenzja: Winds "Prominence And Demise"

19.06.2008  autor: Zagreus
okładka płyty
Nazwa zespołu: Winds
Tytuł płyty: "Prominence And Demise"
Utwory: Universal Creation Array; Distorted Dimensions; The Grand Design; When The Dream Of Paradise Died; Fall And Rise; The Darkest Path; Convictions And Contradictions; Where The Cold Winds Blow; The Last Line
Wykonawcy: Lars Eric Si - wokal; Carl August Tideman - gitara; Jan Axel von Blomberg - instrumenty perkusyjne; Andy Winter - instrumenty klawiszowe
Wydawcy: The End Records, Foreshadow Productions
Premiera: 2007
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Przyznam szczerze, że nie przepadam za tak zwanymi "supergrupami". Najczęściej powodem ich powstania są wyłącznie pobudki ekonomiczne, starania wytwórni, by wykorzystując znane nazwiska zarobić trochę dodatkowego grosza. Efekty działalności takich tworów są z reguły dość mizerne. Znane nazwisko niestety nie zawsze przekłada się bezpośrednio na muzyczny talent i umiejętności.

Winds też określane jest czasem mianem supergrupy. W tym przypadku jednak jest to określenie nieco mylące. Owszem, jego członkowie byli już wcześniej znani z innych formacji, ale powiedzmy sobie szczerze - ilu potencjalnych odbiorców zna i kojarzy nazwy w stylu Before The Dawn, Tritonus czy nawet Khold? Wyjątkiem jest tu jedynie pan von Blomberg, znany szerzej pod swoim nom de guerre Hellhammer. Jego dorobku nikomu, kto choć trochę interesuje się ostrzejszymi odmianami metalu, raczej przedstawiać nie trzeba.

Winds nie spełnia zatem kryteriów bycia supergrupą, jeśli oczywiście przyjąć, że miałoby nimi być gwiazdorstwo wchodzących w jej skład muzyków. Są na szczęście inne, według mnie znacznie ważniejsze, powody, które sprawiają, że takie określenie w stosunku do tej kapeli jest jak najbardziej na miejscu. Mówię tu oczywiście o kompozytorskim geniuszu i nieprawdopodobnych wręcz chwilami umiejętnościach technicznych jej członków.

"Prominence And Demise" jest trzecim pełnometrażowym materiałem Winds. W jego nagrywaniu - oprócz członków grupy - wzięło udział (co jest pewną nowością) liczne grono zaproszonych gości. Wśród nich znalazły się prawdziwe znakomitości na czele z niestrudzonym Danem Swano (Edge Of Sanity, Nigtingale, Bloodbath, Therion i wiele, wiele innych) i Larsem Nedlandem (Solefald, Borknagar, Age Of Silence, Asmegin). Oprócz nich swój udział w mieli również: wokalistka grupy Madder Mortem Agnete M. Kirkevaag oraz znany m.in. z Ulver basista Oystein Moe. Grupę wsparł, tradycyjnie już, kwartet smyczkowy Orkiestry Filharmonicznej z Oslo w składzie Andre Orvik, Vegard Johnsen, Dorthe Dreier oraz Hans Josef Groh.

Dało to znakomite efekty w postaci doskonale brzmiącego, pełnego smaczków albumu. Muzyka nie przeszła być może jakiejś szczególnej metamorfozy, nadal jest to progresywny, momentami symfoniczny metal, o neoklasycznych korzeniach, ale dzięki obecności licznych gości nabrała zupełnie nowego wymiaru. Poszczególne utwory stały się jeszcze bardziej zróżnicowane, rozbudowane aranżacyjnie. Po prostu lepsze.

Struktury utworów w większości oparte zostały na wspaniałych, rozbudowanych partiach fortepianu, podpartych ciężkimi, dość prostymi w gruncie rzeczy, gitarowymi riffami i jak zwykle perfekcyjną, niezwykle precyzyjną, a przy tym nieszablonową perkusją, obsługiwaną przez niezawodnego Hellhammera. Całość uzupełniają zróżnicowane partie wokalne, w wykonaniu zarówno Larsa Erica Si, jak i gości. Dodatkowego smaczku dodają partie smyczkowe w wykonaniu kwartetu filharmoników z Oslo (słyszalnych zwłaszcza w fenomenalnym, klasycznym intro do wieńczącego płytę utworu "The Last Line").

Opisując zawartość tego albumu, nie sposób nie wspomnieć o popisach gitarzysty Carla Augusta Tidemanna. Wprawdzie same riffy są dość proste (oczywiście jak na ten gatunek muzyki), ale za to jego perfekcyjne, niekiedy nieprawdopodobnie wręcz szybkie, krystalicznie czyste solówki nadają nowego znaczenia słowu "wirtuozeria". Mam wrażenie, że wielu (prze)cenionych herosów gitary mogłoby brać u niego lekcje. I to z nisko spuszczoną w geście pokory głową...

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o prawie graficznej krążka, a zwłaszcza o obrazie zdobiącym front okładki - autorstwa Travisa Smitha, artysty niezwykle cenionego, znanego ze współpracy z wieloma kapelami z rockowego i metalowego podwórka. Śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych jego prac, na dodatek doskonale korespondująca z muzyczną zawartością płyty.

Dla fanów nieszablonowych, oryginalnych dźwięków ta płyta to pozycja absolutnie obowiązkowa, zwłaszcza teraz w tych smutnych czasach, gdy zabrakło Arcturus...

Komentarze
Dodaj komentarz »