zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 14 grudnia 2017

recenzja: Anathema "The Optimist"

14.07.2017  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Anathema
Tytuł płyty: "The Optimist"
Utwory: 32.63N 117.14W; Leaving It Behind; Endless Ways; The Optimist; San Francisco; Springfield; Ghosts; Can't Let Go; Close Your Eyes; Wildfires; Back to the Start
Wykonawcy: Daniel Cavanagh - fortepian, gitara, wokal; Vincent Cavanagh - instrumenty klawiszowe, gitara, wokal; Jamie Cavanagh - gitara basowa; Lee Douglas - wokal; John Douglas - instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne; Daniel Cardoso - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Kscope
Rok wydania: 2017
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Miałem koszmarny, męczący sen. Danny i Vincent Cavanagh postanowili zdjąć łyżwy i uciec z rozmarzonej Narni. Słuchając ostatnich kilku płyt dawnych kumpli z Peaceville i MFN, czyt. Paradise Lost, postanowili zamknąć rodzinną, muzyczną cukiernię, prowadzoną wespół z młodszą siostrą Johna Douglasa, i zadzwonili po Darrena White'a i Duncana Pattersona. Potem, wracając w glorii chwały, pierdolnęli sobie rewelacyjny, przekrojowy materiał na dwa wokale, łączący najlepsze momenty kariery od "Crestfallen" po "Eternity". Wtem jednak odezwał się telefon z wytwórni, a w słuchawce zamiast Hammy'ego odezwał się Tomasz Zubilewicz cedząc przez swoją diastemę, że mają nagrać nowe "Weather Systems", bo spodobało się Dorocie Wellman i Marcinowi Prokopowi, a jeżeli nie potrafią, to przynajmniej niech zrobią powtórkę z "Distant Satellites". Ponoć sny to między innymi odzwierciedlenie marzeń i lęków, w tym wypadku moich. W łapach dzierżę ani trochę nierzucające się w oczy pudełko z najnowszą propozycją Anathemy, przewrotnie zatytułowaną "The Optimist", i po trosze z lekkim zawodem, ale i przede wszystkim z ogromną ulgą stwierdzam, że Angole w żadną ze skrajności nie popadają, ba - dźwiękowo nawet się do nich nie zbliżają.

Prasówki zapowiadały "The Optimist" jako kontynuację dla wielu ostatniej w pełni udanej płyty Anathemy - "A Fine Day To Exit", co zresztą potwierdzają sami twórcy. Ale o ile koncept historyjki rozpoczyna się w miejscu kończącym wydawnictwo sprzed 16 już lat, o tyle pod względem muzycznym próżno tutaj szukać jakichś oczywistych paraleli.

Ale od początku. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę już w sekundę po wybrzmieniu zapodanego pod koniec marca singla "Springfield", to produkcja nadająca muzyce Anathemy tego niepowtarzalnego czaru, jaki roztaczała w moim mniemaniu ich najlepsza pod tym względem płyta - "Judgement". Krystaliczna czystość, przestrzeń, doskonałe uwypuklenie wszystkich instrumentów, siła klimatu. Po prostu bomba. Co do samych kompozycji - odetchnąłem, bo "Optymista" nie jest boleśnie przewidywalny, a do owej przewidywalności niebezpiecznie zbliżały się już na całego dwa poprzednie krążki ("Weather Systems", "Distant Satellites"), które mimo tej wady i tak polubiłem. Owszem, muzyką znów w ogromnej większości steruje zwiewność i delikatność, wzmacniane głosem Lee Douglas, ale bez skręcającego kichy słodzenia bądź silenia się na hity. To, czego sam poszukiwałem od zawsze na płytach Anathemy, to emocjonalny ferment, niepokój, drażnienie ośrodków mózgowych odpowiedzialnych za obrazy powstające pod zamkniętymi powiekami oraz płynna "wynikowość" kawałków następujących po sobie. Zawsze, kiedy pojawia się kolejny krążek zespołu, robię taki test - siadam sobie wygodnie, zakładam słuchawki i wyczekuję bombardowania wzruszeniem, nostalgią i organicznym pięknem. Takie właśnie momenty udaje mi się odnaleźć na tej płycie.

Już sam początek "The Optimist" wprowadza nerwową atmosferę przy pomocy zastosowanych we wstępie "32,63N 117,14W" "elektropatentów" (plumkania, beaty, sample etc.). Oto okazuje się, że tragiczny bohater "A Fine Day To Exit" nie zakończył swojego żywota w morskich odmętach. Ciężko zipiąc wsiada do pozostawionego na plaży samochodu, nerwowo poszukując stacji radiowej, ostatecznie odnajdując audycję z muzyką Braci, która dynamicznym, galopującym rozpaczą, zaskakująco drapieżnym "Leaving It Behind", namawia go, żeby zostawić wszystko za sobą. Dalej w ogromnej większości materiału zapada nad nim mieniący się klimatycznymi barwami woal refleksji, nostalgii i melancholii. "Endless Ways", numer tytułowy - wszędzie pierwsze "skrzypce" gra fortepian Danny'ego Cavanagha i wokalizy Lee Douglas. Wszystko zaaranżowane jest z wielkim smakiem i - wbrew tytułowi albumu - pozbawione banalnej "cukierkowatości". Partie żeńskie są wykorzystane bardziej jako kolejny instrument i na tyle subtelnie, że czasami wręcz nie zauważam ich istnienia ("Springfield"). W pewnym momencie efekt rozmarzenia, wsparty symfonicznymi smaczkami, jest na tyle dominujący, że mam wrażenie obcowania wręcz z rozmachem muzyki filmowej ("Ghosts", finałowy, jedenastominutowy "Back To The Start"). Najważniejsze okazują się prawdziwe emocje, których pozornie spokojna eskalacja następuje na pułapie przepięknego, ozdobionego genialną, acz prostą zagrywką fortepianową "Close Your Eyes", i horyzontalnie przestrzennego "Wildfires", przy którym nawet przydrożny kamień łzę uroni.

Nie wiem, czy "The Optimist" to płyta na miarę naszych czasów. Nie mam tutaj na myśli wymiaru jej zajebistości lub - jakby wielu wolało - chujowości. Bardziej chodzi mi o wymiar praktyczny w podchodzeniu do muzyki. Dzisiaj wszystko zapierdala w zawrotnym tempie. Słuchasz teasera na YouTube, trawisz dźwięki, wydalasz, zapominasz itd. Anathema proponuje tym razem płytę dla słuchaczy... którzy mają czas. Słuchanie tych nagrań po łebkach, w roztargnieniu, nie zaprowadzi was do żadnych konkretnych wniosków, prócz takich, że Brytole nagrali sobie kolejny ładny album, przy którym dobrze się zasypia, względnie na który można od biedy połasić się na wyrwanie jakiejś romantycznej dupy. Ja jakimś cudem ten czas wygospodarowałem i nie żałuję. W ogólnym rozrachunku rozpoznałem w niej wszystko to, za co pokochałem ten zespół ponad 20 lat temu, a więc szczere, piękne, niezniszczone komercyjnym plastykiem emocje. Choć zespół ten tak drastycznie zmieniał z płyty na płytę środki ekspresji (od doom-deathu aż po lekkiego rocka), w centrum pozostało to samo bijące w rytm melancholii serce. Takiego poruszenia nie czułem od czasu premiery, w moim mniemaniu opus magnum Braci, płyty "Judgement" 18 lat temu. Nie powinniście się specjalnie nastawiać do tej płyty (sercem czy dupą)... Powinniście po prostu ofiarować jej swój czas... A jeżeli nie? Cóż... Nowy Incantation już na dniach.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Anathema "The Optimist"
jarema37 (wyślij pw), 2017-10-18 18:49:49 | odpowiedz | zgłoś
Nie posłucham, ale wierze na słowo. Wszystko jest lepsze od The Optimist /nie posłucham, ale jak mam byc uczciwy- In Parallel stoi na polce i czasem wracam/
re: Anathema "The Optimist"
RadomirW (gość, IP: 89.64.14.*), 2017-11-02 20:53:46 | odpowiedz | zgłoś
Fajny jest ten solowy Cavanagh. Muzycznie najbliżej mu do A Natural Disaster ale słychać w tym też trochę projektów Duncana Pattersona głownie wczesny Antimatter czy Ion. Czadu (nawet rockowego) za wiele w tym nie ma, ale jest trochę niezłych solówek i do tego masa emocji i pasji grania, z jakich zupełnie została wyprana ostatnia Anathema. Aż w szoku jestem, że po tak średnim i odtwórczym albumie Anathemy Danny stworzył aż tak dobry, solowy materiał.
re: Anathema "The Optimist"
jarema37 (wyślij pw), 2017-11-03 00:38:01 | odpowiedz | zgłoś
Cholera, jednak mnie zachęciłeś do posłuchania. I posłucham. Ale nie zniosę kolejnego rozczarowania i moge zabić jak sie zawiodę :) No dobra, jak sie bardzo zawiodę
re: Anathema "The Optimist"
jarema37 (wyślij pw), 2017-11-03 09:17:30 | odpowiedz | zgłoś
Przesłuchałem kilka utworów. Mogę się zgodzić z jednym z komentarzy: więcej Anathemy niż ostatnio w Anathemie
re: Anathema "The Optimist"
RadomirW (gość, IP: 89.64.14.*), 2017-11-03 18:51:59 | odpowiedz | zgłoś
Ten materiał najlepiej przesłuchać w całości. Jak słuchałem pojedynczych utworów to nie podobały mi się tak bardzo jak ułożone jeden po drugim w wersji płytowej. Ma ta płyta coś koncepcyjnego w sobie, tworzącego jedną całość.
re: Anathema "The Optimist"
jarema37 (wyślij pw), 2017-11-08 13:41:37 | odpowiedz | zgłoś
Podoba mi się. Zamówiłem.
Dzięki, bo bez tych rekomendacji omijałbym szerokim łukiem
Słabiej niż zwykle
RadomirW (gość, IP: 89.64.13.*), 2017-09-07 18:41:48 | odpowiedz | zgłoś
Przesłuchałem sobie wreszcie tę płytę z kompaktowego nośnika i tak po pierwszych przesłuchaniach naszły mnie trzy wnioski. Pierwszy pozytywny, że trzyma to wciąż niezły poziom i jak ktoś lubi kilka ostatnich płyt, z tą też nie powinien mieć problemu. Pozostałe dwa są mniej optymistyczne. Po pierwsze niestety po raz czwarty chłopaki serwują to samo i moje skromne nadzieje że ten album pójdzie w całości w rejony końcówki Distant Satelites się bardzo szybko rozwiały. Jak tak dalej pójdzie to Anathema dorówna dawnym kolegom z My Dying Bride pod względem muzycznego konserwatyzmu, choć zawsze byli raczej przeciwieństwem tego zespołu. Gdzie te czasy, gdy Anathenma zmieniała się rewolucyjnie z płyty na płytę? Druga rzecz to fakt, że nie ma na tej płycie ani jednego kawałka, który możnaby dorzucić do listy ich szlagierów i klasyków a na każdej poprzedniej pomimo różnego poziomu tych płyt takie utwory były. Nawet lekko zadyszkowy DS miał zajebisty utwór tytułowy i Anathemę. Tutaj jest do bólu równo, jakościowo nieźle ale bez skoków jakościowych w górę a czasami trochę nudno. Gitar też niby więcej a żadnej rewelacyjnej solówki Danny'ego i tak nie ma. Z ostatnich czterech jest to najsłabszy album a i w ogólnej dyskografii raczej będzie zajmował dolne pozycje niestety.
re: Słabiej niż zwykle
Wolrad
Wolrad (wyślij pw), 2017-09-08 14:59:28 | odpowiedz | zgłoś
Aktualne plumkanie Danny'ego nie ma startu do jego gry na 'Leaving eden'. Co się stało z chipem. ...
re: Słabiej niż zwykle
pik (gość, IP: 79.184.164.*), 2017-09-08 16:39:35 | odpowiedz | zgłoś
zobaczymy jeszcze jak tam jego solowy album, który wyjdzie bodajże 13 października.. choć ten ''The Exorcist'' to nie jest żadna nowość, tylko piosenka napisana gdzieś w 2003 r. za czasów AND heh niemniej oby płyta była lepsza niż ostatnia Anathema
re: Słabiej niż zwykle
Wolrad
Wolrad (wyślij pw), 2017-09-08 16:55:46 | odpowiedz | zgłoś
Co się stało z chłopem. A z Vincentem chyba jeszcze gorzej,zamieszkał w Norwegii i zamiast grać black, to z jakąś wokalistką gotykmetalową umaczaną w pop się zwiazał