zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 20 marca 2019

recenzja: Megadeth "Countdown To Extinction"

13.11.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Megadeth
Tytuł płyty: "Countdown To Extinction"
Utwory: Skin O' My Teeth; Architecture Of Aggression; Foreclosure Of A Dream; Sweating Bullets; This Was My Life; Countdown To Extinction; High Speed Dirt; Psychotron; Captive Honour; Ashes In Your Mouth
Wykonawcy: Dave Mustaine - wokal, gitara; Marty Friedman - gitara, wokal; David Ellefson - gitara basowa, wokal; Nick Menza - instrumenty perkusyjne, wokal
Wydawcy: Capitol Records Inc.
Rok wydania: 1992
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

"'Mój Boże! Naprawdę?!?! Jest na drugim miejscu?' - wyszło z moich ust, ale w środku byłem wkurwiony! Chciałem, by był numerem jeden. Byłbym głupcem, gdybym nie chciał, ale to Billy Ray Cyrus i jego Achy Breaky Heart byli numerem jeden. (...) Wiedziałem, że to będzie największa płyta, jaką zrobiłem". Tak mniej więcej Mustaine wywnętrza się na temat "Countdown To Extinction" w krótkiej nocie zawartej we wkładce zremasterowanej edycji albumu z 2004 r. Dalej idąc: "Jesienią byliśmy ponownie w trasie, a mnie pochłonęła obsesja doścignięcia Metalliki..." (op. cit. "Mustaine", Layden, Mustaine, Kagra 2010 - o okresie po wydaniu "CTE")

I w ten właśnie sposób najlepiej sprzedająca się płyta w historii Megadeth stała się jakoby największym przekleństwem Rudego Dave'a. W tym roku mija 20. rocznica wydania wiekopomnego "Odliczania do Zagłady". Wiem, wiem - muzyka na pierwszym miejscu, ale tak konkludując po latach, lider Megaśmierci przyznaje, że jego słynny zespół był także środkiem. Machiną mającą ostatecznie zwieńczyć jego walkę o pozycję, szacunek i poważanie po legendarnym upokorzeniu, jakie Haćfield i Ulrich von Jungingen zafundowali mu w 1983 r. Choć w momencie wydawania "Countdown..." gość miał już na koncie takie niewątpliwe szlagiery, jak "Peace Sells...", "So Far..." czy już w ogóle sprzedany w milionie kopii "Rust In Peace", wciąż brakowało tej kropki nad "i" w postaci spektakularnego, światowego, rankingowego prześcignięcia byłych (w tej chwili zaś zdaje się obecnych) kolegów po fachu. Można odnieść wrażenie, że w tym momencie cyferki stały się ważniejsze niż muzyka i tutaj zaczyna się porażka, że tak to nazwę, psychologiczna, i to na kliku frontach naraz, która okazała się wyraźnym krokiem w kierunku rozpadu tzw. "złotego składu" Megadeth (Mustaine, Ellefson, Menza, Friedman), o czym na końcu tej opowieści.

"Countdown To Extinction" to wyraźne zmiany w muzyce. Choć już przy okazji wcześniejszych krążków Megadeth przekonywał, że dwóch takich samych płyt nie zamierza nagrywać, to jasno trzeba stwierdzić, że stawiał na mniej ("Killing...") lub bardziej pokomplikowany ("Peace Sells...", "So Far...") thrash metal, który w swej postaci wykrystalizował się ostatecznie na "RIP"-ie. Gdzieś po wydaniu tego krążka klamka zapadła, a zmiany okazały się równie szokujące, co te, które miały miejsce na przełomie płyt "...And Justice For All" i "Black Album" Metalliki. Stwierdźmy jednoznacznie: na tym wydawnictwie po prostu już nie ma megadethowego thrash metalu. Nie ma prędkości światła, nie ma schizoidalnych wygibasów i zawodzeń pierwszych trzech krążków, nie ma Vica Rattleheada na froncie okładki (jest z tyłu), co już samo w sobie zdaje się dowodzić, że tzw. "dumę muzyczną" ktoś chowa tutaj do kieszeni, oddając pola innym dążeniom. Bynajmniej nie jest to zarzut z mojej strony, bo mając w składzie kogoś takiego, jak Marty Friedman (słuchaj "Dragon's Kiss" czy zupełnie wyciszonych "Scenes" i "Introduction"), prędzej czy później nie sposób w końcu skręcić z Thrash Metal Route.

Rozpoczynający "Odliczanie..." "Skin O' My Teeth" to najprostszy przykład zwiewności, jaką otulona jest praktycznie cała płyta. To już nie jest ultra szybkie, zwarte i ciasne niczym spodnie typu rurki Megadeth, ale po prostu dynamiczny, metalowo - rockowy kawałek z rewelacyjnymi zmianami temp i pokazami gitarowymi panów Dejwa i Marcina. Przebojowy riff podstawowy, bluesowa melodyka, zgrabna, przeciągana solóweczka - innymi słowy hit pełną gębą. To jednak następujący po nim "Symphony Of Destruction" stał się najbardziej znanym, obok "Hangar 18" i "Holy Wars...", numerem ever tego składu. Choć muza to inna, to jednak skonstruowana mniej więcej na tych samych zasadach, co "For Whom The Bell Tolls" 'Tallicatsów. Rządzi nim pozorna prostota, która, jak się okazało na sztukach live, odzwierciedla prawdziwą naturę człowieka chcącego zwyczajnie pomoshować. Konstrukcja cepa, monumentalna, minimalistyczna zagrywka, na której oparto całą piosenkę - nie są niczym szczególnym, ale ogólny, chwytający za jaja drive skutecznie zaprasza do boju, każąc skandować po argentyńsku (patrz DVD "That One Night") - "Megadeth - Me-Me-Me-Megadeth". Do miana bezwzględnych evergreenów z różnym jak się okazało powodzeniem zdają się aspirować jeszcze takie tytuły, jak "kabaretowo" pojechany "Sweating Bullets" i wręcz "walczykowy" tytułowiec. Pierwszy z nich rzeczywiście na stałe zagościł w repertuarze ekipy Dave'a, nie tylko z powodu psychozabawy w nim uprawianej, ale także otwartego pola dla teatralności frontmana Megadeth, który na koncertach zwykł się w nim wyżywać, gestykulując w najlepszej tradycji "In My Darkest Hour". Drugi nie wiedzieć czemu, choć zakrawa na najbardziej melodyjny twór, jaki chłopaki mieli na stanie w 1992 r., jakoś się nie przebił.

Jak dla mnie jednak, mimo swej nośności, to nie wspomniane wyżej tytuły stanowią o sile "Countdown...", a te z reguły pomijane, nawet przez zaciekłych fanów. O ile szlagiery same w sobie utorowały Dave'owi drogę do szerszej publiki, o tyle naprawdę ciekawe rzeczy dzieją się w rozpoczynającym się odgłosami wystrzałów niczym w "One" wiadomych muzykantów - "Architecture Of Aggression", ciągnącym dalej kanonadami rytmicznego niczym klang M-16 riffu. Rewelacyjnie radzi sobie również "High Speed Dirt", o rockowo - barowo - autostradowym zacięciu. Prawdziwe powalanie na glebę zaś to ostatnie trzy utwory, które moim skromnym zdaniem są najlepszymi strzałami, jakie kapela popełniła "ever". A więc jedno wielkie, zajebiste outro wrzynające się w czaszkę już od pierwszych sekund odgłosu wiertarki w "Psychotron", przez skandowane "Captive Honour (Is No Honour)", aż po wycharczane na do widzenia "God Have Mercy!" w "Ashes In Your Mouth". Rządy riffu - chciałoby się rzec. Pierwszy z tej wielkiej trójcy od razu kładzie buta na mordzie epickim intro gitarowym, zaciągając następnie hipnotycznym rytmem, jak ten w "Symphony...", przez wpadający w ucho refren ("part bionic, and organic, not a cyborg - call him Psychotron"), w końcu racząc solówkowymi wstawkami Friedmana, aż po pełne napięcia zakończenie epatujące wspaniale uzupełniającym się szyciem Mustaine'a i pana Marcina. "Capitve Honour"? Kto zna, od razu wyrecytuje: "boy, your soul better belong to Jesus, hmm-mm, cause your ass belongs to me!" - znów nieco rozluźnienia, rockowej maniery i prześmiewczej retoryki, ale przy tym ogromny bagaż emocji i co ciekawe - rewelacyjny, pełen aktorstwa głos Dave'a. Kto twierdził, że on nigdy nie potrafił - tutaj musi zrewidować swoje poglądy. I w końcu Grande Finale. Pieprzone "Popioły w ryju". Jak mniemam twórcom nie chodziło tutaj o dosłowne rozgryzanie kart powieści Stefana Żeromskiego, no ale nieważne, ważne za to jest to, co dzieje się w środku, a dzieje się bardzo dużo. Tak mogłaby wyglądać każda kompozycja z "Countdown To Extinction". To idealne wypośrodkowanie między tym, czym epatuje ta płyta, a tym, czym był Megadeth na poprzedzających ją czterech krążkach. Tak więc połamany, "kryminalny" (patrz seriale "Kojak", "T.J. Hooker", "Ulice San Francisco") motyw na początek, kanonady much gitarowych dalej, rytmika "Psychotron" i "Symphony...", potem kolejno pamiętny refren i istny gitarowy koncert niekończących się wymian wioślarskich wbijają w glebę. Dzieje się niesamowicie dużo. Są czady, są zapętlenia, ale bardzo zgrabnie ustawione, z wyraźnym ukierunkowaniem na techniczne, ostatecznie urywa dupę zapierdalanie. Non stop color, znaczy się non stop mosh.

No a teraz o tych porażkach i upadkach. "Countdown..." po latach okazało się faktycznym odliczaniem do zagłady "złotego składu" Megadeth. Po latach Mustaine wspomina o naciskach menedżmentu i pozostałych członków zespołu, by w końcu wprowadzić rządy demokracji w szeregach Deth. Równy dostęp do komponowania, dyskusje, kompromisy itd., itp. jeszcze przy tej okazji okazały się niezłym rozwiązaniem problemu nowej wizji kapeli, ostatecznie jednak doprowadziły do nieporozumień, kłótni i rozmywającej się definicji tego, czym Megadeth winno być. Finał poznaliśmy przy okazji wciąż bardzo dobrej, lecz lekko kulejącej "Youthanasia", nierównej "Cryptic Writings" czy już zupełnie nieprzystającej do legendarnego szyldu "Risk". Dalej - największy sukces komercyjny zespołu? Na pewno tak, ale jednocześnie przegrana. "Countdown...", mimo milionowych nakładów, nie miał żadnego startu do wydanego rok wcześniej "Black Album", którego single sprzedawały się chyba jeszcze lepiej niż cała płyta, a Dave wciąż dla mediów był "tym pierwszym znanym" gościem, który kiedyś grał w Metallice. Jak tak sobie patrzę na okładkę "Countdown To Extinction" autorstwa genialnego Hugh Syme'go - widzę ni mniej ni więcej tylko wierne odtworzenie tej sytuacji. Więzienna cela dążeń i pragnień, i ostateczne rozczarowanie spersonifikowane postacią chudego dziada zdającego się wrzeszczeć - "kurwa dlaczego?!". Jak to w ogóle brzmi? Największy sukces okazuje się porażką. W dodatku ta porażka to i tak najlepsze, co udało się osiągnąć. Ciekawa sprawa. Ten element rywalizacji to chyba największy horror życiowy jednego z najlepszych gitarzystów i kompozytorów, jakich nosiła metalowa scena. My fani przecież wiemy, że "Countdown..." rządzi!

A co na to Dave w swojej biografii? "Siedzę w sali koncertowej 'Fox Studios' w Hollywood oglądając surową wersję filmu z Willem Ferrelem. Cieszę się, że mogę tu być, bo to oznacza kolejny obszar kreatywności, który mogę eksplorować. Poproszono mnie, by stworzyć muzykę do tego obrazu (...). Oglądam kolejne sceny filmu i czuję bardziej fascynację niż inspirację (...). Tutaj ktoś się odzywa 'tu cię potrzebujemy' (...) nagle coś odwraca moją uwagę. Muzyka przepływa przez pokój, zagłuszając dialogi w filmie - a może tylko mi się tak wydaje, bo rozpoznaję ją od razu. Nazywają to 'placeholder' w tym biznesie - muzyka, która nigdy nie trafi do filmu ani na ścieżkę dźwiękową, ale jest potrzebna, by dać kompozytorowi wskazówki co będzie potrzebne. (...) Odwracam się do mojego asystenta Isaaca. Nikt z nas nie mówi ani słowa. Ale myślimy o tym samym. Metallica? Chyba kurwa żartujecie?! (...) Słyszałeś to Dave? O coś takiego nam chodzi! Coś, co brzmi jak Metallica, ale nie jest Metalliką. Możesz coś w tym stylu przygotować? Zawiesiłem się na moment, a potem uśmiechnąłem. (...) ...zdałem sobie sprawę, że to się nie skończy. To się... kurwa... nigdy... nie skończy. Któregoś dnia, gdy będą opuszczać moją trumnę do grobu i gdy zagrają mi coś ostatni raz ('A Tout Le Monde' byłoby idealne) - wtedy okaże się pewnie, że ktoś zostawi płytę Metalliki w odtwarzaczu" (op. cit. "Mustaine", Layden, Mustaine, Kagra 2010).

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Megadeth "Countdown To Extinction"
Andi69 (gość, IP: 37.248.159.*), 2017-01-29 20:55:09 | odpowiedz | zgłoś
ta zremasterowana reedycja jest nie do słuchania, jest tak przebasowiona że nie słuchać prawie innych instrumentów tylko wokal i buczenie, wyrzuciłem do kosza i kupiłem stare wydanie na allegro. niebo w uszach !!!
re: Megadeth "Countdown To Extinction"
Thrash Lover (gość, IP: 188.122.20.*), 2017-01-30 22:46:44 | odpowiedz | zgłoś
Miałem kiedyś okazję posłuchać reedycji bodajże z 2004 roku czy coś koło tego. Dźwięk był zupełnie iny niż oryginalna płyta. Szczególnie moją uwagę zwróciło brzmienie perkusji, które miało jakieś takie dziwaczne echo. Symphony of Destruction brzmiało zupełnie inaczej. W ogóle mi się to nie podobało...
re: Megadeth "Countdown To Extinction"
Andi69 (gość, IP: 80.55.193.*), 2017-01-31 10:39:00 | odpowiedz | zgłoś
to zależy od remasterów. Np. remastery Led Zeppelin czy ogólnie rockowe są ok. Nejgorsze remastery to własnie metalowe. On dodają jakby dzwięk przestrzenny. Zdarzają się takie co brzmią lepiej są takie co brzmią inaczej ale ok i taki jak właśnie Countdown które brzmią tragicznie bo np. Rust in Peace brzmi w porządku. Słyszałem Matser of Puppets ten ostatni remaster i brzmienie przepiękne ale właśnie "przepiękne" plastikowe i gładkie takie cukierkowe. Nie ma w ogóle brudu. Wynika to z tego że dzisiejsze dzieciaki słuchają pseudo metalu, jak death metalu to jakieś tam In Flames czy Amon Amarth co niby death niby growl a brzmienie własnie jest takie miłe dla ucha. Jakieś Dimmu Borgiry to samo. Jakieś norweskie blacki które niby są brutalne a mogą się schować przy przeciętnie ciężkim old school death metalem. kiedyś był brud nawet w czystym heavy był brud, lata 70-te to brud a teraz żeby dzieciakom się spodobało to trzeba te stare metalowe płyty trochę uPOPić żeby brzmiały miło i przyjemnie. Metallica długo, bardzo długo się trzymała a tu niedawno wyszły te remastery, na szczęscie Slayer się jeszcze nie dał i mam nadzieje że się nie da i nie będzie remasterów
re: Megadeth "Countdown To Extinction"
Marcin Kutera (wyślij pw), 2017-02-01 12:10:24 | odpowiedz | zgłoś
Są remastery Slayer, tyle, że nikt nie kombinuje przy brzmieniu. na albumach chocby z tzw. trylogii są po prostu skopiowane oryginalne pierwotne wersje, bez żadnych pseudo upiększeń.
re: Megadeth "Countdown To Extinction"
Andi69 (gość, IP: 80.55.193.*), 2017-02-01 15:12:25 | odpowiedz | zgłoś
ale ty mówisz o reedycjach a nie o remasterach, remaster to nie pierwotna wersja tylko remaster czyli kombinowanie z brzmieniem, jeżeli jest oryginalne brzmienie to nie jest remaster. reedycja to kolejne wydanie danej płyty. jeżeli pierwsze wydanie się wyparzeda to potem są robione reedycje czyli dokładne kopie tego pierwszego wydania zarówno płyty jak i książeczki. Remaster to też reedycja tylko że od nowa zremasterowana czyli z poprawionym brzmieniem. Wszystkie płyty Slayer nowe w sklepach to reedycje nie zremasterowane. A np. Metalliki na półkach teraz są reedycje (oryginału czyli kolejne wydanie) i reedycje remaster (czyli kolejne wydanie - zremasterowane)
re: Megadeth "Countdown To Extinction"
Pablo Pń (gość, IP: 83.8.102.*), 2013-02-05 23:47:11 | odpowiedz | zgłoś
Najlepsza płyta Megadeth !!!
Wali dojrzałością RIP na głowę. Idealne połaczenie hitu z techniką. Tak jakby w jednym krążku to co najlepsze z RIP i Youthanasii.
Album idealnie spójny przez specyficzną produkcje, wszystko cudownie brzmi, apogeum możliwości kompozytorskich Rudego i Martego.
Psychotron
Hawky (gość, IP: 89.68.28.*), 2012-11-25 10:51:41 | odpowiedz | zgłoś
Czy tylko mnie się wydaje, że w refrenie "Psychotron" Dave śpiewa "Papa Janek and no Gienek"?:)
re: Psychotron
Olek_L (gość, IP: 156.17.238.*), 2012-11-25 19:22:20 | odpowiedz | zgłoś
Ja tam zawsze słyszałem "Wpadł pan Janek i pan Gienek na to samo" :)
Jak się ma ta nowa reedycja do starych wydań?
RadomirW (gość, IP: 193.219.114.*), 2012-11-22 15:51:09 | odpowiedz | zgłoś
Czy ktoś się już orientuje jak się ma to nowe wydanie Countdown do wcześniejszych. Czy brzmieniowo jest to takie samo jak remaster z 2004 r. czy też Dave tym razem obrobił wydanie z 1992 r. I przede wszystkich czy są takie same zmiany w aranżacjach starych utworów jak na wersji z 2004 r?
hmmm
13th (gość, IP: 178.36.129.*), 2012-11-17 17:05:56 | odpowiedz | zgłoś
"So Far..." jest wsciekla i zajebiaszcza, ale produkcja - chyba najgorsza w historii strasz-metalu ;)
Dla mnie:
1 - Peace sells...
2 - RIP
3 - Youthanasia

Najgorsza - World needs a hero - powaznie, juz wole Risk

Pozdrawiam fanów Megadeth
« Nowsze
1