zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 20 maja 2024

recenzja: HIM "Razorblade Romance"

15.04.2000  autor: Margaret
okładka płyty
Nazwa zespołu: HIM
Tytuł płyty: "Razorblade Romance"
Utwory: I Love You (Prelude to Tragedy); Poison Girl; Join Me in Death; Right Here in My Arms; Gone With the Sin; Razorblade Kiss; Bury Me Deep Inside Your Heart; Heaven Tonight; Death Is In Love With Us; Resurrection; One Last Time
Wykonawcy: Ville Hermanni Valo - wokal; Mige Amour - gitara basowa; Lily Lazer - gitara; Zoltan Pluto - instrumenty klawiszowe; Gas Lipstic - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: BMG Entertainment
Premiera: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 4

Pierwsza płyta HIM "Greatest Lovesongs vol. 666" naprawdę mogła zaintrygować, mimo że muzyka ją wypełniająca nie była ani odkrywcza, ani też jakoś szczególnie oryginalna. Przeciwnie - wokal Ville Valo momentami do złudzenia przypominał manierę jednego jedynego Petera Steelea, a i same dźwięki ocierały się o stylistykę Type O'Negative. A jednak w muzyce czaiło się to nienazywalne "coś", jakaś magia, która nie pozwalała tak łatwo o sobie zapomnieć. Z czasem nawet, gdy pojawił się "World Coming Down", Him przestał mi się tak jednoznacznie kojarzyć z Type'ami. Nic więc dziwnego, że byłam ciekawa, jak zespół zabrzmi na swojej drugiej płycie.

Najpierw był singiel "Join Me" (tu "Join Me in Death"), który pojawił się na długo przed oficjalną premierą "Razorblade Romance". Nie rzucił mnie na kolana, ale dobrze wróżył na przyszłość. Potem przyszedł wreszcie czas na pełnometrażowy album. Po raz pierwszy zapoznałam się z nim w zatłoczonym, wieczornym autobusie. Pamiętam, że obok mnie stał wtedy nieznajomy "kolega z branży", który z zainteresowaniem przyglądał się mojej naszywce z Satyriconem (swoją drogą było na co popatrzeć :-). Ciekawe, czy byłby tak przyjaźnie nastawiony, gdyby wiedział, czego sobie słuchałam... Him bowiem w porównaniu z Satyriconem wydaje się być popkowatym, grzeczniutkim zespolikem. Dziwnym zbiegiem okoliczności, po wysłuchaniu "Razorblade Romance", okazało się, że nawet znacznie lżejszy w odbiorze metalowy zespół mógłby być przy nich łomotem. Nadzieje pokładane w tej płycie niestety zostały rozwiane, a ja poczułam wielki niedosyt, wręcz rozczarowanie. Him zdecydowanie przesadził w umelodyjnianiu swej muzyki. Zatracony został "brudny" ciężar, który tak bardzo intrygował na debiucie. Znikło to nienazywalne "coś", znikła magia, czar, spontaniczność. Wiele utworów to "łatwe", szybko wpadające w ucho przeboje. Przez "Greatest Lovesongs vol. 666" wprawdzie także przenikały "słodkie" melodie, tam jednak wspaniale kontrastowały one z czadem i ociężałymi, nieco surowymi gitarami. Wielokrotnie już przyczepiano temu albumowi gotycko-metalową etykietkę. Gdzie jednak ją przypiąć? Czy to jeszcze metal i czy aby na pewno gotyk? Obecnie jakoś tak bliżej Himowi do... popu, ewntualnie łagodnego, komercyjnego rocka. No bo czym dla metala "Gone With the Sin" (tu początek do złudzenia przypomina "Christianwoman" Type O'Negative - zarówno wokal jak i podkład dźwiękowy, niestety za chwilę robi się zbyt słodziutko i lukierkowo), "One Last Time" czy "Heaven Tonight" różnią się od tych natrętnych hiciorków z list przebojów? Nawet Bon Jovi jak chce może zagrać ostrzej... Jedynie obecność gitar pozwala zaliczyć Him do rocka. Gdyby je wyciąć, bez cienia wątpliwości otrzymalibyśmy bardzo milutki, cukierkowy zespolik. Szkoda, że Finowie wybrali taką drogę. Czy to wynik nadmiernej popularności...? Może to nie tak, że "Razorblade Romance" to od początku do końca jeden wielki niewypał. Przeciwnie - są tu naprawdę godne podziwu fragmenty. Naturalnie, solidnie, "brudno" i czadowo brzmi "I Love You (Prelude to Tragedy)", "Right Here in My Arms", czy "Razorblade Kiss" (tu Valo w refrenie przypomina nieco Ozzy'ego Osbourne'a). Podobać się może "Join Me in Death" i "Resurrection". Urzeka "Bury Me Deep Inside Your Heart" - zdecydowana perełka na tej płycie. Wspaniały ciężar przeplata się z poruszającą melodią (klawiszowy motyw przypomina nieco "Enjoy the Silence" Depeche Mode). I jest ta cudowna magia, jest ten piękny klimat. Właśnie tak wyobrażałam sobie cały album. Niestety Him miał inną wizję...

Mimo wszystko płyta może się podobać. HIM nie przebił jedynie debiutu. Zabrakło tu "brudu" i ciężaru. Na szczęście nadal istnieje szczerość, nawet w tej momentalnie nachalnej przebojowości. I niewątpliwie ona właśnie ratuje ten krążek.

Komentarze
Dodaj komentarz »