zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 10 grudnia 2018

recenzja: Iron Maiden "Somewhere In Time"

2.08.2002  autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Iron Maiden
Tytuł płyty: "Somewhere In Time"
Utwory: Caught Somewhere In Time; Wasted Years; Sea Of Madness; Heaven Can Wait; The Loneliness Of The Long Distance Runner; Stranger In A Strange Land; Deja-vu; Alexander The Great
Wykonawcy: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - gitara basowa; Nicko McBrain - instrumenty perkusyjne; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara
Rok wydania: 1986
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Android stojący w szerokim rozkroku. Z jego ciała wystają różnobarwne kable, tworząc całkowicie nienaturalne połączenie z napiętymi, syntetycznymi mięśniami. Celownik przysłaniający lewą część twarzy przed chwilą był w użyciu, o czym świadczy dymiąca broń mocno zaciśnięta w prawej dłoni. Ale jeszcze dobitniejszym dowodem użycia celownika jest zaciskająca się w agonalnym skurczu dłoń należąca do innego androida.... Za plecami zwycięzcy przelatuje pojazd, a przebijający się przez chmury księżyc pomaga dziesiątkom neonów oświetlić ponure i mroczne ulice Miasta Przyszłości... Tak przedstawiająca się okładka płyty "Somewhere In Time" (który to tytuł dodatkowo wypisany jest stylizowanymi na "komputerowe" literami) - do pewnego stopnia zapowiada, czego można spodziewać się po tej płycie Iron Maiden. Zarzuty o kopiowanie samych siebie na kolejnych albumach, które pojawiły się po wydaniu "Piece Of Mind", nie za bardzo :) spodobały się Ironom. Nic więc dziwnego, że postanowili nagrać płytę odmienną od poprzednich, by pokazać antagonistom swoją klasę. I o ile "Somewhere..." jednym może się podobać, a innym nieco mniej, to nikt nie może zaprzeczyć, że album ma swój szalenie specyficzny klimat. Klimat ten w dużej mierze tworzą zastosowane po raz pierwszy przez Iron Maiden syntezatory, które szczególnie w kilku nagraniach ("Caught Somewhere In Time", "Heaven Can Wait") są bardzo dobrze słyszalne.

Płytę otwiera niemal-tytułowe :) "Caught Somewhere In Time", które jak dla mnie nie jest powalające. Po całkiem ciekawym gitarowo-syntezatorowym początku wchodzi perkusja, najpierw spokojna, potem nieco żywsza. Kawałek ma fajny, rozbudowany bridge i ciekawą część instrumentalną ze świetną sekcją. I choć niby wszystko jest w porządku, to jednak jest w tym numerze pewna monotonia, szczególnie mocno bijąca z refrenu. Po tym przeciętnym początku pora na "Wasted Years" - jedną z najbardziej chwytliwych kompozycji w historii Maiden. Świetny gitarowy motyw, piekielnie melodyjny refren i znakomite solo. Sam tekst także jest dość ciekawy, choć w sumie mało oryginalny - mówi o patrzeniu w przyszłość, zamiast ciągłego oglądania się na lata minione. Naprawdę dobre nagranie, które nota bene zostało pierwszym singlem z płyty i odniosło całkiem spory sukces komercyjny. Trzeci kawałek w odróżnieniu od bardzo "gładkiego" poprzednika rozpoczyna się bardzo postrzępionym, gęstym riffem, któremu towarzyszy buczący bas. Specyficzna surowość jest bardzo ciekawa, znakomite są także solówki. Najbardziej jednak zapadł mi w pamięć krótki fragment, gdy następuje zwolnienie tempa - znakomita, bardzo delikatna gitara towarzyszy smutnemu śpiewowi Bruca "It's madness/ The sun don't shine....". Po "Morzu Szaleństwa" mamy najbardziej dynamiczny kawałek na płycie - "Heaven Can Wait". Mroczny początek przerywa kanonada na perkusji i drapieżny bas. A potem wchodzi genialny wokal Dickinsona, który śpiewa nieprawdopodobnie zajadle i dynamicznie. Świetna także, jest tu perkusja, która co chwile zmienia rytm i szybkość. Do tego mamy jeszcze jakby stworzone na koncerty "Oooh, oooh" ze znakomitą gitarą w tle. No i nie można zapomnieć o świetnych solówkach wygrywanych przez Adriana i Dave'a. Piąty kawałek to "The Loneliness Of The Long Distance Runner", rozpoczynający się bardzo nastrojową, jakby rozmarzoną partią gitarową. Zaraz wchodzi jednak galopująca perkusja, świetny bas i porwany wokal Bruce'a. Bardzo lubię ten numer, ale muszę przyznać, że chyba jest nieco za długi - mógłby sporo zyskać, gdyby go skrócić gdzieś o minutę (choć z drugiej strony to przecież "long distance" :) ). Następny w kolejności jest drugi singiel z płyty - "Stranger In A Strange Land". Wyraźny bas Harrisa, ciekawe riffy i niezmiernie klimatyczne zwolnienie nie są w stanie zmienić tego, że jakoś nie przepadam za tą piosenką. Brakuje mi tu tego "czegoś", co porywa w przypadku większości Maidenowskich nagrań. Numer siedem to "Deja-vu". Dla odmiany ten kawałek należy do moich ulubionych, jeśli chodzi o ten album. Szybka gra Nicko, pulsujący bas i znakomite riffy powodują, że numer aż pulsuje energią. Do tego świetny wokal Bruce'a, który przechodzi od mrocznego szeptu, do wysoko wyśpiewanych linijek, cały czas robiąc to w sposób szalenie zajadły. Płytę zamyka epicki "Alexander The Great". O tej piosence mogę napisać to, co już kiedyś napisałem o "Quest For Fire": muzyka świetna, ale tekst pozostawia nieco do życzenia. Przez kolejne wyśpiewywane linijki Harris znakomicie świerzbi bas, Nicko okłada perkusję, a gitary wygrywają kolejne ciekawe motywy. Sam tekst jednak jest zbyt sztywny i bezpośredni - padają historyczne fakty, daty i miejsca bitew, co niespecjalnie mi się podoba. Za to nad samą partią instrumentalną można piać z zachwytu - miarowa perkusja schowana pod nabierającymi dynamiki "bliźniaczymi" gitarami, które w końcu wychodzą na pierwszy plan wygrywając jedną wspaniałą solówkę za drugą. A w tle ciągle męczący swój bas Harris. Ten fragment jest po prostu genialny i świetnie oddaje klimat czasów Aleksandra Wielkiego. Ech, gdyby nie tekst, to byłby to jednen z moich ulubionych utworów.

Chociaż na płycie (z mojego punktu widzenia) bywa nierówno i świetne nagrania ("Heaven Can Wait", "Deja-vu") przeplatają się z nieco słabszymi ("Stranger In A Strange Land", "Caught Somewhere In Time"), to płyta jest bardzo ciekawa i wyraźnie odróżnia się na tle innych Ironowskich albumów. Sporo jest tu ciekawych i zaskakujących rozwiązań, do tego dochodzi intrygujący klimat. No i nie można zapomnieć, że płyta ta na pewno była bardzo ważnym punktem w muzycznym rozwoju Dziewicy.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Iron Maiden "Somewhere In Time"
matt clark (gość, IP: 89.69.173.*), 2015-07-27 02:06:25 | odpowiedz | zgłoś
Ci co uważają że na tej płycie iron maiden odeszli od swojego dotychczasowego stylu , mogę z góry powiedzieć że jest to najbardziej żałosna opinia z jaką mogłem się spotkać . Dziwnym zbiegiem okoliczności jest fakt ze album turbo grupy priest był pierwszym tak samo jak somewhere in time , albumem w którym użyto syntezatorów gitarowych co więcej oba te albumy wydano w tym samym roku , jeżeli ktoś faktycznie odgrodził się od swojego stylu to bez cienia wątpliwości jest nim judas priest syntezatory gitarowe użyte na tym krążku są nazbyt przesadzone w utworze out in the cold mam wrażenie jak by tu w ogóle nie grała gitara , wierzyć się niechce że po tak perfekcyjnym albumie jakim był defenders of the faight nagrano album który jest nietylko komercyjną porażką ale jest albumem wyjątkowo słabym a szczerze mówiąc to dziwne bo przecież rok 1986 był można powiedzieć królestwem w świecie metalowo-rockowym , no ale wróćmy do iron maiden bo to oni są tu najważniejsi , dla mnie somewhere in time nie stracił ciężkości wręcz przeciwnie a nawet zyskał coś więcej , coś czego absolutnie niemoge uwzględnić na albumie powerslave no może z wyjątkiem 2 minutes to midnight , somewhere in time zyskał melodyjność a to jest cecha charakterystyczna tego zespołu na tej postawie przecież stworzono seventh son of a seventh son czy brave new world a skoro mowa o seventh son to niejest on pierwszym albumem maiden w którym zastosowano instrumenty klawiszowe to właśnie somewhere jest pierwszym albmem w którym bardzo wyrażnie słychać klawisze. jeden z recenzentów w magazynie teraz rock napisał że jest to najlepsza wokalnie płyta iron maiden rzeczywiście tak jest bruce mimo wewnętrznych rozterek które w tamtym okresie czuł zaśpiewał na tym albumie jak prawdziwy geniusz , a co do adriana i dave to w utworach takich jak the lonliness of the long distance runner czy alexander the great gitarowe zagrywki są bardzo urozmaicone , choć co do tego 1 utworu to przyznam szczerze że sporo czasu mi zajeło nim wpełni doceniłem ten utwór , co moge jeszcze powiedzieć choć są też momenty które mi nie pasują niemniej jednak lubię ten album bardzo i dziwie się reakcji ludzi którzy go nie doceniają bo maiden w całej swej twórczości ma o wiele gorsze krążki moja ogólna ocena tego albumu 8/10
W każdej płycie tego zespołu
Drakainen
Drakainen (wyślij pw), 2010-11-06 12:07:21 | odpowiedz | zgłoś
staram się odnaleźć coś pozytywnego ale powiem szczerze, że w tej oraz virtual XI odnajduje najmniej. Nie mam pojęcia dlaczego. Nigdy nie mogłem się do końca do tej płyty przekonać i już chyba tak zostanie. Alexander mi leży z tego krążka najbardziej.
Łi, tam - herezja (na stos;), jakie 7/10...
StaryAleOzimy (gość, IP: 77.114.209.*), 2010-11-06 01:59:03 | odpowiedz | zgłoś
... jak to genialna płyta jest i basta. Skrobnę coś bo po datach wpisów widać że ludzie dalej toto czytają. A i recenzja tej płyty tylko jedna jest. Autor ciekawie napisał wszystkie swoje recki płyt Maiden (he he - Seventh Son zaiste wybitna płyta, słucham od 1990 i nie mam dość), ale tutaj recenzja to zaskoczenie. Moje preferencje co do utworów - dokładnie odmienne niż autora. Caught Somewhere... (moc, gitarowa masakra, wokal taki - jak - w - hejwimetalu - zawsze - chciałoby - się - słyszeć) i Stranger... (cudowny riff i solóweczka) to najlepsze obok Wasted... i Heaven ... utwory na płycie. Sea of Madness - cudowne acz smutne (basik naprawdę miodzio, rozedrgane gitarki są tym o czym wydawane obecnie płyty Maiden moga pomarzyć). Wasted... - rzeczywiście cudo. Dla mnie Alexander..., Deja..., Loneliness.. - trochę słabsze ale też super. Ludzie którzy nie znata tego - ta płyta jest jedną z tych z "potężnych czasów Maiden". Różnorodność melodii i moc gitar sprawia że o śjakimś "kopiowaniu" samych siebie nie ma mowy. Jako stary fan próbuję się przekonań do tak wysoko tu ocenianego Brave NW (w tym recka tego autora) i przez śjakieś porównanie stwierdzam, że BNW nie umywa się do Somewhere... BNW - ogólnie dobre, ale: za długie utwory, wokal monotonny w porównaniu z Somewhere, melodie znacznie słabsze, mniej chwytliwe, przez co monotonne. Dwie gitary na tej płycie (Somewhere...) grają dużo mocniej (ostrzej, gęściej) niż 3 na BNW. No i znacznie, znacznie melodyjniej błyskotliwiej. Słowem - Somewhere... to płyta 9/10. Czemu tylko 9? Bo na górze skali jest genialny Seventh Son...
SIT to świetny album
starbreaker (wyślij pw), 2010-11-05 00:03:18 | odpowiedz | zgłoś
Jak dla mnie: 10/10
To czemu ocena końcowa tylko 7/10
Ralph84
Ralph84 (wyślij pw), 2010-10-26 15:51:31 | odpowiedz | zgłoś
:/

Oceń płytę:

Aktualna ocena (739 głosów):

 
 
93%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Metallica "Garage Inc."
- autor: creep
- autor: RaMoNe

Black Sabbath "Paranoid"
- autor: Elwood

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Po ilu pożegnalnych trasach koncertowych uznajesz, że zespół rzetelnie się pożegnał?