zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 1 marca 2021

recenzja: Lou Reed "Transformer"

15.02.2013  autor: Dominik Zawadzki
okładka płyty
Nazwa zespołu: Lou Reed
Tytuł płyty: "Transformer"
Utwory: Vicious; Andy's Chest; Perfect Day; Hangin' Round; Walk On The Wild Side; Make Up; Satellite Of Love; Wagon Wheel; New York Telephone Conversation; I'm So Free; Goodnight Ladies
Wykonawcy: Lou Reed - wokal, gitara, instrumenty klawiszowe; Herbie Flowers - gitara basowa; Mick Ronson - gitara, fortepian, wokal; John Halsey - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: RCA
Rok wydania: 1972
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Lou Reed. Gość, który nigdy nie szedł na kompromisy. Lubił zaskakiwać, nie bał się wyzwań. Co mu zresztą zostało - ci, którzy zdecydowali się przesłuchać nagraną w kooperacji z Metallicą "Lulu", z pewnością wiedzą o co mi chodzi. Ambicją Lou zawsze było zaskakiwać, nigdy nie był artystą mainstreamowym.

Nie myślcie, że to co napisałem to wstęp do laurki, którą mam zamiar wystawić Reedowi. Wręcz przeciwnie, niektóre jego albumy, które uważam za bardzo kiepskie (np. "Sally Can't Dance", "The Bells" czy "Mistrial") i takie eksperymenty, które w mojej opinii są zupełnie "niesłuchalne" ("Metal Machine Music"). Tym razem chcę jednak przybliżyć Wam krążek, który po prostu wypada znać, a mnie osobiście słuchanie go nieodmiennie od lat poprawia humor.

"Transformer", bo o tej płycie mowa, powstawał w trudnym dla Lou momencie. Od 1967 roku
był gitarzystą i wokalistą The Velvet Underground, kapeli mocno związanej z nowojorską bohemą artystyczną (Andy Warhol i spółka). Z tą szybko uznaną za kultową formacją wydał 4 albumy. Po rozstaniu z grupą wydał zmiażdżony przez krytykę solowy krążek, zatytułowany po prostu "Lou Reed", i znalazł się w nieciekawej sytuacji w negocjacjach z wytwórnią. Rękę wyciągnął do niego zafascynowany twórczością The Velvet Underground David Bowie, święcący sukcesy po wydaniu "The Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars". Bowie wyprodukował nową płytę Reeda, a także razem ze swoim gitarzystą Mickiem Ronsonem brał udział w jej nagrywaniu (Ronson grał na gitarze, Bowiego słychać w chórkach).

Wydawnictwo rzeczywiście brzmi znacznie lepiej od debiutu, ale nie to jest jej siłą. Siła ta wynika z... pozornej niespójności. Album zawiera piosenki tak się od siebie różniące, że aż dziw bierze, że tej płyty słucha się tak dobrze. Mamy więc kawałki odwołujące się wprost do twórczości Velvet Underground takie, jak "Vicious" czy "Andy's Chest" . Są numery nawiązujące do uprawianego przez Bowiego glam rocka - "I'm So Free", "Hangin' Round" czy "Wagon Wheel" . We wszystkich króluje prościutka gitara (ale jakże przy tym charakterystyczna!) Lou i jego niedający się pomylić z niczyim śpiew. Dodam od razu, że "śpiew" to momentami zbyt dużo powiedziane, ponieważ Reed nie ma dobrego głosu, często też bardziej deklamuje tekst niż śpiewa. Ale tu wszystko do siebie pasuje, wszystko jest na swoim miejscu.

Resztę "Transformer" wypełniają tak od siebie różniące się numery, jak wodewilowe "New York Telepfone Conversation" czy "Goodnight Ladies" (te dęciaki!), typowo musicalowe "Make Up" z fajną (zabijcie mnie, nie wiem czemu tak mi się to podoba) partią na tubie - świetny, pełen luzu kawałek. No i wreszcie chyba mój ulubiony "Satellite of Love", piosenka która ma zapewne największy potencjał komercyjny ze wszystkich. Melodyjny refren i umiejętne wykorzystanie fortepianu sprawiają, że zaśpiewana przez kogoś z lepszym głosem mogłaby zamieszać na listach przebojów.

Dwa kawałki zasługują na oddzielne potraktowanie. Po pierwsze - "Walk On The Wild Side". Opowiadający o różnych dziwnych osobistościach spotkanych w Nowym Jorku przez Reeda numer na stałe wszedł do kanonu rocka, osiągnął też największy komercyjny sukces ze wszystkich utworów z "Transformera". Charakterystyczna melodeklamacja Lou i swoista zamiana ról - tu gitara pełni rolę basu podkreślając rytm, zaś bas razem z wokalem budują melodię. No i to "tu turu" w refrenie. Niesamowite, jak prostymi środkami można stworzyć coś tak świetnego. Drugim kawałkiem, wymagającym paru oddzielnych słów, jest "A Perfect Day". W warstwie tekstowej wesoły, optymistyczny, co jest skontrastowane ze smutną muzyką. Fortepian buduje niesamowitą atmosferę, wszystko świetnie pasuje do głosu Lou, który z powodzeniem stara się śpiewać melancholijnie. Plusem jest piękny refren. Kawałek, który daje energię niezbędną do przezwyciężania niektórych sytuacji. Nie wiem, może tylko ja tak mam?

Co napisać w podsumowaniu? Wiem, że wiele osób nie znosi Reeda, uważając go za dziwaka, do tego nie potrafiącego śpiewać (i jeszcze ta płyta nagrana z Metallicą...). To wszystko prawda, zresztą niektóre jego późniejsze płyty są do chrzanu. Ale nie "Transformer". Drugi krążek Reeda hipnotyzuje. Prostotą, rockową energią, zróżnicowaniem stylistycznym. To klasyk, którego można nie lubić, ale znać trzeba. "Let's walk on the wild side again".

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Lou Reed "Transformer"
Marcin Kutera (wyślij pw), 2013-02-20 19:32:06 | odpowiedz | zgłoś
klasyk album