zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 5 stycznia 2026

recenzja: Nick Cave And The Bad Seeds "Wild God"

3.01.2026  autor: Krasnal Adamu
okładka płyty
Nazwa zespołu: Nick Cave And The Bad Seeds
Tytuł płyty: "Wild God"
Utwory: Song of the Lake; Wild God; Frogs; Joy; Final Rescue Attempt; Conversion; Cinnamon Horses; Long Dark Night; O Wow O Wow (How Wonderful She Is); As the Waters Cover the Sea
Wykonawcy: Nick Cave - wokal, pianino, chóry, teksty; Warren Ellis - syntezatory, flet, skrzypce, gitara, instrumenty klawiszowe, chóry; George Vjestica - gitara elektryczna, gitara akustyczna; Martyn Casey - gitara basowa; Thomas Wydler - instrumenty perkusyjne; Jim Sclavunos - instrumenty perkusyjne, chóry; Carly Paradis - dodatkowy wokal; Colin Greenwood - gitara basowa; Luis Almau - gitara akustyczna; Anita Lane - dodatkowy wokal; Double R Collective - dodatkowy wokal
Premiera: 30.08.2024
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Po wydanym w 2010 r. drugim albumie Grindermana Nick Cave, poza operami współpracujący zawsze z Warrenem Ellisem, w studiach nagraniowych odpoczywał od rockowego czadu. Ścieżki dźwiękowe do filmów to jeszcze nic - chyba najdalej posunął się na "Seven Psalms" z 2022 r., z deklamacjami na tle ambientowych podkładów. Również formacja Nick Cave & The Bad Seeds po "Dig, Lazarus, Dig!!!" muzycznie się uspokoiła. Już bez gitarzysty Micka Harveya w składzie, w drugiej dekadzie XXI w., na albumach mających podobno stanowić trylogię stopniowo zwróciła się mocno ku minimalistycznej elektronice, ambientowi, syntezatorowym brzmieniom, a ponury klimat znalazł pokłady paliwa w śmierci syna australijskiego wokalisty. "Wild God", pierwszy długograj grupy od prawie pięciu lat, czyli od "Ghosteen" z 2019 r., nie zapowiadał się jako powrót do rocka, ale single wskazywały na pewną zmianę nastroju.

Oprawa graficzna jest skromna, a na prostej okładce nie podano nazwy grupy. W książeczce nazwisk wymieniono już sporo i jasno wynika z niej, że w zespole wciąż najważniejsi są Nick Cave i Warren Ellis, a resztę ekipy można określić podwykonawcami. Drugi z kompozytorów i producentów, za którym część fanów dawnych nagrań formacji chyba nie przepada, zajął się też największą liczbą instrumentów: różnymi klawiszowymi, skrzypcami, fletem, gitarą tenorową, a także loopami. Wokalista, pianista i autor tekstów przedstawiony został za to na jedynym zdjęciu w książeczce - poza jego portretem w garniturze znalazły się w niej tylko teksty utworów i dane o produkcji na białym tle. Niektórzy mogą ze zmęczeniem i obawą pytać, czy w takim razie album różni się stylistycznie od "Carnage", wydanego w 2021 r. pod szyldem Nick Cave & Warren Ellis. Otóż pod względem aranżacji różni się na tyle, że nie będę materiału firmowanego wprost przez duet wykorzystywał jako punktu odniesienia. Ogólnych porównań do dotychczasowej twórczości Nick Cave & The Bad Seeds nie zamierzam jednak unikać. Album "Wild God" nie należy do najżywszych, jakie formacja nagrała. To jeden z tych raczej spokojnych, lecz na szczęście daleko mu do bycia nudnym - przez grzeczność nie wyjaśnię, do których pozycji z dyskografii zespołu piję. W lirycznym materiale daje się wyczuć więcej radości, niż na długograjach grupy z poprzedniej dekady. Przede wszystkim zaskakująco sporo tu pogody ducha - głównie w "O Wow O Wow (How Wonderful She Is)" i "Song of the Lake", ale również mniej oczywistej w "Joy" i "Conversion". Album nie zalicza się też do gitarowych. W dopieszczonych aranżacjach wyróżniają się raczej syntezatorowe tła, pianino, chórki i dość częsty brak perkusji.

Dziesięć utworów i niecałe trzy kwadranse muzyki - "Wild God" należy do krótszych albumów Nick Cave & The Bad Seeds. Zespół nie marnuje jednak czasu i w "Song of the Lake" od razu rusza z głównym, dość powolnym motywem wykonywanym na syntezatorze brzmiącym, delikatnie to ujmując, ani trochę nowocześnie. Wkrótce dochodzi odgrywający też ważną rolę chór. Nick Cave tymczasem płynnie porusza się między recytacją w zwrotkach a śpiewem w refrenach, a łączny efekt pracy muzyków jest naprawdę ładny. W początkowo podobnie spokojnym, singlowym utworze tytułowym wokalista też jakby opowiadał historię - niezupełnie nową, skoro wrócił w niej na znane już słuchaczom Jubilee Street. Jak i w pierwszym kawałku, nie ograniczył się do normalnego śpiewu - tym razem otarł się o stylistykę piosenki aktorskiej. Największa moc kompozycji tkwi jednak w czym innym - ujawnia się, gdy w połowie nagranie gwałtownie się ożywia i chwyta za serce z wejściem chóru mogącego się kojarzyć z "Somebody to Love" Queen. W singlowym "Frogs" nastrój pozostaje nieco podniosły, a dodatkowo robi się trochę psychodelicznie. Nick Cave nie śpiewa uformowanych wyraźnie zwrotek, lecz bardziej tak, jakby głównie dorzucał wersy po zakończeniu podstawowej części utworu, w długim finiszu - jakby odleciał. Pod koniec rozbraja mnie wersami "Kris Kristofferson przechodzi obok, kopiąc puszkę, w koszuli, której nie prał od lat" nawiązującymi do "Sunday Mornin' Comin' Down" zobrazowanego piosenkarza. Sześciominutowy "Joy" to jeden z tych kawałków, w których perkusja nie wybija rytmu. Wokalista jakby nadal nie wrócił z odlotu. Przywołuje motyw śmierci w rodzinie i opowiada o rozmowie z duchem chłopca - skojarzenia z synem Nicka Cave'a są oczywiste. Bliżej końca tego znakomitego nagrania nostalgiczny nastrój wspierają wokalizy chóru.

W powolnym i dość smutnym "Final Rescue Attempt" uwagę zwracają znowu staro brzmiące klawisze. Grany na nich motyw jakby eksplorował przestrzeń - w kółko się zbliżał i oddalał, a przy tym delikatnie wwiercał w głowę. Następnie przychodzi moment największego uniesienia. "Conversion" przenosi wszystkie dotychczasowe wrażenia na wyższy poziom. Początkowo bez wybijania rytmu, z ambientowymi klawiszami, odrobiną pianina, fletu i męskich wokaliz, po ponad dwóch minutach niespodziewanie się rozkręca. Od zdecydowanego wejścia bębniarza i gospelowego chóru przechodzi już bez zahamowań do porywającego, ekstatycznego finiszu. Dwa kolejne kawałki robią w efekcie stosunkowo słabe wrażenie, choć to wciąż bardzo dobry materiał. Zaletą "Cinnamon Horses" jest wzbogacanie aranżacji z każdym kolejnym refrenem - o dodatkowe partie wokalne, dzwony i inne elementy. Smutny, singlowy "Long Dark Night" to właściwie prawie ballada country. Znaczną stylistyczną zmianę przynosi jednak dopiero pogodny "O Wow O Wow (How Wonderful She Is)". Częściowo syntetyczny podkład rytmiczny i vocoderowe urozmaicenia pasują do świata popu, nie rocka. Wokali wspierających jest tu więcej: znowu chórek, chwila nawiązującego do tekstu gwizdania w wykonaniu Carly Paradis, ale przede wszystkim telefoniczne nagranie z grudnia 2019 r. urokliwie wspominającej dawne, wspólne chwile Anity Lane - zmarłej w 2021 r. bliskiej koleżanki i byłej partnerki wokalisty, której utwór został zadedykowany. Od strony muzycznej fani rocka mogą być zniesmaczeni, ale nawet ten kawałek potrafi urzec. To w pewnym sensie ostatnia normalna piosenka na albumie, bo dwuminutowy "As the Waters Cover the Sea" jest jak outro. Bardzo spokojny, bez perkusji, z delikatnym pianinem i syntezatorowym tłem, przynosi zamknięcie nie tylko dosłowne, ale też symboliczne i nieco teatralne. W połowie nagrania wchodzi gospelowy chór, lecz tym razem nie pełni on funkcji wspierającej dla Nicka Cave'a ani nie prowadzi z nim dialogu, bowiem główny wokalista pozwala mu przejąć pierwszy plan, a sam usuwa się w tło jak słuchacz, który tylko nieśmiało i mało precyzyjnie nuci partie podziwianego przez siebie artysty. Można sobie wyobrazić, jak po wykonaniu pełnego setu opuszcza centralną część sceny, by pozostawić w świetle reflektorów swoich wspaniałych współpracowników.

"Wild God" jest radośniejszy od paru poprzednich albumów Nick Cave & The Bad Seeds. Wydaje się być pewnego rodzaju oczyszczeniem twórcy, dziełem artysty, który wychodzi z żałoby i zmarłych chce wspominać z uśmiechem i ciepłem, nie z rozpaczą. Odnośnie emocji towarzyszących pisaniu i nagrywaniu wyrażam przypuszczenie, lecz również słuchanie tego materiału to przeżycie duchowe. Owszem, dla wielu starych fanów wciąż będzie to długograj za mało, a nawet w ogóle nie rockowy. Można żartować, że The Bad Seeds to teraz gospelowy chór, i pewnie komuś się nie spodoba, że Nick Cave brzmi tu jak kaznodzieja. Nie zmieni to jednak faktu, że "Wild God" jest piękny. Jaki będzie następny album formacji, na razie w ogóle nie myślę. Takim materiałem Australijczyk mógłby nawet w fantastyczny sposób zakończyć karierę.

Komentarze
Dodaj komentarz »