zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 14 listopada 2019

recenzja: Pallas "Dreams Of Men"

19.10.2006  autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Pallas
Tytuł płyty: "Dreams Of Men"
Utwory: The Bringer Of Dreams; Warriors; Ghostdancers; Too Close To The Sun; Messiah; Northern Star; Mr. Wolfe; Invincible; The Last Angel
Wykonawcy: Ronnie Brown - instrumenty klawiszowe; Colin Fraser - instrumenty perkusyjne; Niall Mathewson - gitara; Graeme Murray - gitara basowa, wokal; Alan Reed - wokal
Wydawcy: Inside Out, Mystic Production
Rok wydania: 2005
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Pierwsze płyty zespołu ujrzały światło dzienne w latach 80-tych - były to kolejno: "Arrive Alive", "The Sentinel" oraz "The Wedge" (nie liczę "Knight Moves To Wedge", gdyż nie jest to "normalny" album, tylko połączenie "The Wedge" oraz EPki "Knightmoves"). Niestety, po wydaniu tego ostatniego wydawnictwa nastąpiła bardzo długa, bo dwunastoletnia przerwa i dopiero 1998 rok przyniósł płytę "Beat The Drum". Trzy lata później pojawiło się "The Cross And The Crucible", natomiast w roku 2005 Pallas znów przypomniał o sobie ostatnim - jak na razie - dokonaniem pod tytułem "Dreams Of Men".

Inspiracje zespołu od samego początku były jasne i czytelne, gdyż nie dało się nie zauważyć nawiązań do legend progresywnego rocka z Genesis, Pink Floyd czy Yes na czele. A więc neo-progresywne granie z typową dla tego gatunku dużą ilością długich kompozycji, w których melodyjne partie przetykane są instrumentalnymi popisami. Wszystko niezwykle dopracowane, dopieszczone, znakomicie zagrane w taki sposób, by poszczególne elementy idealnie do siebie pasowały. Pewnym wyróżnikiem stylu Pallas były od początku symfoniczne wstawki w sporych ilościach wmieszane w muzykę, który to składnik jak najbardziej pozostał obecny także na najnowszej płycie. Natomiast to, co jest na "Dreams Of Men" chwilami dość zaskakujące to ciężar i zadziorność, słyszalne zarówno w konkretnej grze sekcji, jak i w ostrości gitarowych riffów. Nadaje to muzyce niemal progmetalowego szlifu, dodaje energii, witalności i czadu. A że łączenie fragmentów łagodniejszych i mocniejszych wychodzi zespołowi kapitalnie, to muzyka zyskuje dodatkowy wymiar, jest ciekawsza i bardziej wciągająca. Do tego dochodzą bardzo fajne i niebanalne melodie - troche patetyczne, troche mroczne - budzące skojarzenia a to z Areną, a to z Threshold.

Już otwierające płytę "The Bringer Of Dreams" kładzie na łopatki zmianami nastroju, tempa i natężenia, przechodząc od wolnego, rozmarzonego początku, przez partie melodyjne, dynamiczną solówkę, ostre riffy do ponownego wyciszenia... i tak dalej, i tak dalej... Po prostu mistrzowska, muzyczna jazda! Podobnie znakomicie prezentują się pozostałe długaśne numery - fantastycznie rozwijający się "Too Close To The Sun" i kończący płytę "The Last Angel". Może jedynie "Invincible" jawi się na tym tle jako minimalnie słabszy - ale to tylko z uwagi na klasę pozostałych nagrań. Pozostałe numery na płyce robią równie świetne wrażenie. "Northern Star" to delikatny instrumental w stylu Pink Floyd, "Ghostdancers" kapitalnie nawiązuje do klimatów a la Camel (a tekstowo - do jednego z najlepszych albumów tego zespołu - "Harbour Of Tears"), a "Messiah", "Warriors" oraz "Mr. Wolfe" to nieco krótsze, bardziej dynamiczne i zadziorne numery.

Oj, świetna to płyta. Bardzo dopracowana, z mnóstwem drobnych smaczków, podlana progmetalowym sosikiem. Jak na mój gust - najlepsza w karierze zespołu i jedna z najciekawszych w tym roku.

Komentarze
Dodaj komentarz »