zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 24 września 2020

recenzja: Rage "End of all days"

19.12.2000  autor: Mary SAy
okładka płyty
Nazwa zespołu: Rage
Tytuł płyty: "End of all days"
Utwory: Under control; Higher than the sky; Deep in the blackest hole; End of all days; Visions; Desperation; Voice from the vault; Let the night begin; Fortress; Frozen fire; Talking to the dead; Face behind the mask; Silent victory; Fading hours
Wydawcy: Metal Mind Productions
Rok wydania: 1996
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Rage - kapela, która dwa lata temu wydała już właściwie kultową "XIII", a w roku ubiegłym "Ghost", ma za sobą długą muzyczną przeszłość. "End of all days" pochodzi z 1996 roku i właściwie wpadła mi w ręce przez przypadek. Po długich i zaciętych bojach z własną zawziętością (żadnego heavy! - moje rozumowanie), przesłuchałam parę razy zawartość kasety i przeżyłam szok...

"Under control" pamiętam jeszcze ze składanki Metal Hammera. Mocny metal i fajnie brzmiący wokal Petera. Wyraźny rytm perkusyjny, chwilami głośno słychać bas. No i moje ukochane solówy gitarowe. Odczucia? Jak najbardziej pozytywne! "Higher than the sky" to nieco spokojniejszy kawałek o bardzo ciekawym refrenie. Właściwie będzie roiło się tu od takich numerów. Bardzo dopracowany utwór z niezłą linią melodyczną i niesamowitym wokalem. Kolejny "Deep in the blackest hole" jest także spokojny. Piosenka jest melodyjna, a dochodzący do tego fenomenalny wokal Peavy'ego przesądza o świetności utworu. Tytułowy numer jest szybki i ostrzejszy od poprzednika. Jest kolejnym mocnym punktem albumu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje idealny bas i śpiew, który nadaje klimat. Numer "Visions" wzbudza we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wręcz genialny śpiew, bas i gitary, a z drugiej banalny i pozbawiony finezji rytm. Wiem, że nie drumy żądzą heavy, ale odbiera to piosence sporo uroku. "Desperation" to trochę romantyczny utwór z ostrymi fragmentami. Wzruszający tekst i świetny refren oraz niesamowita linia melodyczna. Na uwagę zasługuje spokojna zwrotka i zakończenie. "Voice from the vault" - najciekawszy kawałek na całej kasecie (według mnie oczywiście). Zarombiasty tekst i muzyka, która zwala z nóg. Do tego wszystkiego Peter pięknie zawodzi w refrenie. Numer ma dość mroczny, a wręcz mrocznie-szalony klimat. Pośpieszny i wesoły (melodycznie) utwór "Let the night begin" ma niezły podkład i powalający wokal. Bardzo lubię tę piosenkę, prawdziwy szlagier albumu. "Fortress" - numer, w którym słychać wyraźne wpływy Metalliki na Rage. Kawałek naprawdę porusza nawet najtwardsze serce (nie tylko metalowe). Piękna melodia i niezwykły śpiew. Następna piosenka - "Frozen fire" - nie przypadła mi do gustu. Nie jest ani spokojna, ani agresywna, taka nijaka... Wokal bardzo miksowany, dziwaczny refren. "Talking to the dead" - kolejny udany numer. Fajna solówa, bardzo dobry wokal i niezły podkład basowy. Utwór jest więcej niż niezły... Kolejny niesamowity kawałek, który wiele zmienił w moim podejściu do heavy metalu. Niesamowity wokal i refren - po prostu - "Face behind the mask" to kamień stumilowy w karierze Rage. Przedostatni numer "Silent victory" jest już spokojniejszy od kawałków poprzednich. Znowu słychać wpływy Metalliki... także słychać świeżość i wielką pasję. Dzieło, tak - inaczej nie mogę tego nazwać... Kapela pozostawiła nam na koniec jednak prawdziwe ARCYdzieło muzyki metalowej. "Fading hours", bo o nim mowa, jest naprawdę wyjątkowym utworem. Spokojne, wręcz balladowe rozpoczęcie, przejście do ostrego grania... tu fortepian i obój - tam gitara i mocne drumy. Wspaniały, filozoficzny tekst, fenomenalny śpiew i linia melodyczna. Najdłuższy kawałek na płycie (trwa aż 6:28). Wierzcie mi - to najlepsze zakończenie albumu, jakie kiedykolwiek słyszałam i najgenialniejsze granie heavy, jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć...

Otarłam łzy...

Tym akcentem zakończyła się podróż po świecie metalu pozbawionego legendy, na którą przecież tak bardzo zasługuje, bo jakże teraz trudno spotkać człowieka, który nie skojarzy nazwy Rage z Rage Aganist the Machine. Jedno stwierdzę - "End of all days" jest jednym z najwybitniejszych dzieci Rage. Takim sposobem przekonałam się do heavy - do dziś nie wiem czy słusznie, wiem jednak na pewno, że miłości do Rage nigdy nie pożałuję... Zakup obowiązkowy.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Rage "End of all days"
Pumpciuś (gość, IP: 80.55.193.*), 2017-03-20 11:31:19 | odpowiedz | zgłoś
Trzy płyty Rage - Black in Mind, End of All Days oraz XIII są genialne, zwłaszcza Black In Mind. Szkoda a zarazem dziwne że ten zespół nie zdobył takiej popularności jak ich kumple z Helloween. Mimo że muzyka z tych 3 płyt jest cholernie melodyjna ale ambitna to myślę że problem chyba tkwi w tym iż trudno ją zaszufladkować. Bo to coś pomiędzy thrashem a power metalem z lekko gotyckim niekiczowatym klimatem bez pisków i falsetów.
re: Rage "End of all days"
Thrash Lover (gość, IP: 194.11.254.*), 2017-03-20 12:19:51 | odpowiedz | zgłoś
Wydaje mi sie, ze powod malej popularnosci Rage jest inny. Po prostu nie trafili we wlasciwy czas. Zauwaz, ze inne popularne niemieckie kapele - jak np. Helloween czy Accept - od samego poczatku swojej kariery nagrywaly bardzo dobre plyty. Pierwsze 3-4 plyty tych kapel to dzis ponadczasowe klasyki. To pozwolilo im zbudowac swoja kariere. Natomiast te dobre plyty Rage przyszly bardzo pozno. Przeciez "Black In Mind" to chyba dziewiata plyta Rage. Wczesniej, przez 10 lat, paletali sie gdzies na obrzezach swiatowego metalu, a potem bylo juz za pozno. W latach 90-tych klasyczny heavy metal byl juz przeciez w odwrocie.