- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
recenzja: The Rolling Stones "Foreign Tongues"
Po śmierci Charliego Wattsa pozostałym członkom The Rolling Stones jakby wróciły siły. Zatrudnili nowego producenta, z którym dokończyli pierwszy od prawie dwóch dekad studyjny album z autorskim materiałem. "Hackney Diamonds" okazał się zaskakująco dobry - uznawany bywa nawet za najlepszy w dorobku grupy od lat 80. Zespół nie spoczął jednak na laurach i poszedł za ciosem. Już niecałe trzy lata później ukazał się "Foreign Tongues". Na tle ostatniego cyklu wydawniczego The Rolling Stones to imponujące przyspieszenie. Wrażenie robiła też energia pierwszego, limitowanego singla "Rough and Twisted". Tylko na widok komputerowo odmłodzonych muzyków w teledysku do następnego - "In the Stars" wciąż się trochę krzywię.
Na tylnej okładce podano tytuł albumu w różnych językach. Ktoś ma problem z wymową "Foreign Tongues"? Może stosować wariant "Języki obce". W książeczce znalazło się sporo zdjęć tercetu ze studia. Również frontowa ilustracja przedstawia trzech Stonesów, a konkretnie: ich połączone twarze. Pomysł można by skojarzyć z okładką "The
Miracle" Queen, ale efekt pracy artysty grafika wygląda bardziej jak skrzyżowanie kukiełek z teledysku "Land of
Confusion" Genesis z potworem Frankensteina. Pomimo obecności wizerunków tylko Micka Jaggera, Keitha Richardsa i Ronniego Wooda, lista muzyków, którzy wzięli udział w nagraniu albumu, nie ogranicza się do nich. Gości było wielu, podobnie jak na "Hackney Diamonds". Dla każdego utworu w książeczce zamieszczono tekst i podano wykonawców. Z tych z poprzedniego albumu, ponownie z zespołem zagrali m.in. producent-multiinstrumentalista Andrew Watt, Paul McCartney jako basista oraz znany z Tom Petty and the Heartbreakers pianista Benmont Tench. Z wielkich nazwisk na liście w oczy rzucają się też Robert Smith z The Cure, Chad Smith z Red Hot Chili Peppers, Steve Winwood współtworzący kiedyś Blind Faith oraz obsługujący w jednym utworze krowi dzwonek Bruno Mars. Wszystkie te gościnne występy można jednak uznać za pomijalne. Na nowym albumie żadna z gwiazd nie zaznacza swojej obecności tak mocno, jak Lady Gaga w "Sweet Sounds of Heaven" ani nawet jak Paul McCartney w "Bite My Head Off" na poprzednim. Łatwiej jest zwrócić uwagę na pojawiające się tu i ówdzie żeńskie chórki. Fanów The Rolling Stones bardziej może zainteresuje, że jeden utwór - "Hit Me in the Head" - zawiera jeszcze ścieżki wykonane przez Charliego Wattsa. We mnie jednak większą ekscytację wywołują zagrywki jego następcy, Steve'a Jordana, w czwartej minucie "Divine Intervention" i w trzeciej "Never Wanna Lose You".
Przekrój stylistyczny na trwającym trochę ponad godzinę "Foreign Tongues" jest podobny do tego z "Hackney Diamonds", ale śmielszy. Nie oznacza to, że muzycy sięgnęli po rock psychodeliczny i przypomnieli sobie o sitarze. Chodzi tylko o wyraźniejsze odniesienia do tych samych gatunków muzycznych ze swojej odległej przeszłości, co poprzednio. Pierwszy zbiór spoza rocka i bluesa stanowią soul, disco i w mniejszym stopniu funk. Skojarzenia takie wywołuje już drugi utwór - singlowy "In the Stars". Można się jednak kłócić, czy tym początkowym i powtarzanym w refrenie wokalizom bliżej jest do soulu, czy raczej do popu. Chórki te uważam za najgorsze momenty albumu. Energiczne zwrotki i solówka gitarowa nie zacierają ogólnego złego wrażenia. W następnym kawałku, "Jealous Lover", zespół idzie już na całość. Zwrotki śpiewane falsetem bez problemu dorównującym temu z "Worried About You" z początku lat 80. to mocno soulowe oblicze The Rolling Stones, a gitara basowa w refrenie wprowadza element disco. Tu jednak nie mam zastrzeżeń. Ten kawałek to profesjonalna robota i po prostu miodzio. Doceniam też finisz, w którym Mick Jagger skrzeczy jak wściekła papuga. W końcówce "Never Wanna Lose You" bliżej mu do wrony - i w tym przypadku również stwierdzam, że wokalista daje czadu w zwieńczeniu bardzo dobrego utworu. Temu jest nawet bliżej do disco, a chwytliwy refren z chórkiem sprawia, że powinien to być przebój.
Inaugurację innego stylu słyszę w "Divine Intervention". Samą piosenką - żywą, przyjazną masowemu odbiorcy - uważam za jedną ze słabszych na albumie. Od przelatującego łatwo przez głowę refrenu ciekawsze wydają mi się zwrotki, kojarzące mi się z westernową potańcówką. Znowu wstępnie ukierunkowane myśli stały się bardzo konkretnym wrażeniem w następnym utworze. "Ringing Hollow" to ballada country. Całkiem udana, chociaż wolę "Dreamy Skies" z poprzedniego albumu. Echa tego stylu słychać jeszcze w partiach gitar w "Some of Us", którego początek kojarzy się z "Shallow" Lady Gagi, i "Back in Your Life". Pierwszy z wymienionych zaśpiewał w większości Keith Richards. Zrobił to głosem człowieka, który sporo już przeżył - bardziej umęczonym niż w "Tell Me Straight" z "Hackney Diamonds". Efekt jest smutny i ładny.
Kolejnym podobieństwem między "Foreign Tongues" a poprzednim albumem The Rolling Stones są dwa ostatnie utwory. "Back in Your Life" zaczyna się dość niewinnie i można się nie spodziewać, jak się rozwinie. Sześciominutową balladę jednak upiększa solówka gitarowa Ronniego Wooda, a następnie wzmacniają dęciaki. Pod koniec robi się z tego naprawdę dobry utwór. Mimo to nie dorównuje swojemu odpowiednikowi z "Hackney Diamonds". Na całym albumie nie ma mocarnego kawałka na miarę "Sweet Sounds of Heaven". Zespół przebił za to siebie w "Beautiful Delilah", czyli finałowym coverze bluesowym. Moim zdaniem zdeklasował też autora - Chucka Berry'ego. Nagranie z porywającą gitarą akustyczną brzmi jak z próby i podoba mi się bardziej, niż cały album "Blue & Lonesome", który The Rolling Stones wypełnił właśnie cudzymi, bluesowymi kawałkami w swoim wykonaniu. Na "Foreign Tongues" znalazł się jeszcze drugi cover, zadziwiająco świeżego utworu. Tym razem muzycy sięgnęli nie po twórczość kogoś starszego od siebie, lecz po "You Know I'm No Good" Amy Winehouse, której zdarzyło się kiedyś wystąpić ze Stonesami na scenie. Poza drobnymi adaptacjami, w tym zamianą płci w tekście, zespół popracował też nad istotniejszymi. Motyw w oryginale grany przez dęciaki, w coverze zaaranżowany został na harmonijkę ustną i wokalizy. Nowe wykonanie ma w efekcie więcej charakteru. Nawet jeśli uważam, że albumowi usunięcie utworu ani trochę by nie zaszkodziło, zgadzam się, że sama przeróbka jest dobra.
Z całego "Foreign Tongues" najbardziej podobają mi się końcowy cover i pierwsza minuta. "Rough and Twisted" to soczysty blues rock. Początkowe gitary w stereo od razu przykuwają moją uwagę i zachęcają do dalszego słuchania. Może ciąg dalszy już piorunującego wrażenia nie robi, ale nadal jest w nim życie i energia. Podobać się mogą chociażby partie harmonijki ustnej, jakby prowadzącej dialog z gitarą. Wyróżnia się też "Mr. Charm" z jednoosobowym żeńskim chórkiem w refrenie. Utwór ma prześmiewczy charakter, ostatnia zwrotka zawiera zresztą jawną złośliwość pod adresem Elona Muska. Przede wszystkim jednak jest to kawałek żywy i chwytliwy. W "Side Effects" zespół jakby próbował wypaść podobnie przebojowo, lecz słabo mu to wyszło. Lepiej się zaprezentował w "Hit Me in the Head". Rockowy kawałek przez sam tytuł można uznać za odpowiednik "Bite My Head Off" z poprzedniego albumu - i całkiem słusznie, ale utwór z "Foreign Tongues" jest ostrzejszy i hałaśliwszy. Mieszane uczucia budzi za to "Covered in You". Początek - wstępna wersja refrenu - przypomina mi balladki z lat 80. Melodeklamacja w zwrotkach kojarzy mi się już jednak z gniewną uliczną demonstracją. Sam pomysł takiego połączenia nie jest zły, ale zespół mógł sobie ten utwór odpuścić.
Nie uważam "Foreign Tongues" za pod każdym względem lepszy od "Hackney Diamonds", ale podoba mi się trochę bardziej od poprzednika. The Rolling Stones pozostaje w godnej pozazdroszczenia formie. Nawet bez efektów specjalnych promieniuje młodzieńczą energią. Nie wiem, czy zespół ma jeszcze dość materiału i pomysłów, by szybko wydać trzeci album z tego cyklu, lecz mam taką nadzieję. Tej passy szkoda nie kontynuować.




